Huśtawka nastrojów; Igrzyska zaczynają się na dobre

Za nami faza grupowa zawodów siatkówki mężczyzn na Igrzyskach Olimpijskich w Londynie. Polacy awansowali do 1/4 finału jako drugi zespół z grupy A. W ciągu pięciu meczów dawali nam powody do radości ale i sprowadzali nas, bujających w obłokach, na ziemię.

Ten wpis jest jednak przeznaczony na podsumowanie całej fazy grupowej, bo na naszych świat się przecież nie kończy. Turniej mężczyzn jest o tyle ciekawy, że nie ma drużyny, która nie zaznałaby goryczy porażki. W grupie B, którą ochrzczono mianem grupy śmierci, faworyci pokąsali się wzajemnie – Brazylijczycy wygrali z Rosjanami, Rosjanie z Amerykanami, a Amerykanie z Brazylijczykami. Oczywiście wszystkich zobaczymy w 1/4, ale patrząc z perspektywy reprezentacji Polski, każdego można pokonać.

Rywalizację w grupie B dałoby się jeszcze rozbić na kilka podgrup: pierwsza – mistrzowska (USA, Brazylia, Rosja), która pozostałych tłucze i przoduje w tabeli, druga – walcząca o awans do 1/4 (Niemcy, Serbia) usiłująca coś urwać gigantom i wygrać w bezpośrednim starciu o ćwierćfinał i trzecia, jednozespołowa (Tunezja) dostarczyciel punktów. Nawet jeśli zespół ten okazał się najlepszy w kwalifikacjach kontynentalnych Afryki, to świata na razie nie zawojuje…

Myślę, że wypada poświęcić trochę miejsca Brazylijczykom. Mistrzowie Świata już nie są tak nieosiągalni jak kiedyś. Chociaż pokonali Sborną 3:0, to należy nadmienić, iż w tamtym meczu strasznie dużo punktów zdobyli po błędach rywali. Ponadto, męczyli się w ostatnim meczu grupowym z Serbami do 01:00 w nocy. Ich dyspozycja najgorzej wyglądała w meczu przeciwko USA, kiedy zaczęli się ze sobą kłócić zamiast grać (trochę więcej o tym spotkaniu TUTAJ). Co prawda nie było sytuacji, aby ich awans był zagrożony, lecz w kontekście poziomu reprezentowanego przez innych ćwierćfinalistów obawiam się, że ich wielka żądza rewanżu za Pekin może zostać mocno przytemperowana.

Najgroźniejszą drużyną niepolskiej grupy wydawała mi się ekipa Stanów Zjednoczonych, ale straciła w moich oczach sobotnim spotkaniem z Rosją. Podopieczni Alana Knipe’a mieli już piłkę meczową na wygraną w trzech setach, a ostatecznie przegrali 2:3. Taki obrót sprawy z pewnością był dla nich bolesny. Jednak mógł być również alergenem uodparniającym na przyszłość. Być może następnym razem nie pozwolą sobie na coś takiego. Potencjał na pewno mają. Pytanie, czy będą potrafili go wykorzystać do – jakby nie było – obrony złota olimpijskiego.

U Rosjan również może pojawić się wspomniany metaforyczny alergen. Podczas jesiennego Pucharu Świata tak właśnie się stało. Żeby było ciekawiej dodam, że wtedy również doznali porażki 0:3 z Brazylią. Ot taki zimny prysznic na orzeźwienie przed następnymi meczami. W Londynie na meczu ze Stanami, o którym już też była mowa w poprzednim akapicie, pokazali, że podnieśli się po porażce, choć wydawało się, że zapowiada się cięższy kryzys. Wynik z Ligi Światowej jest w tej chwili nieistotny, jeśli szczyt formy przychodzi właśnie teraz.

W 1/4 zobaczymy również Niemców, ale według mnie będą są pierwsi do odstrzału. Samym Grozerem meczów się nie wygra. O tym, że to właśnie oni, a nie Serbowie wyjdą z grupy zadecydował stosunek setów. Gdyby wygrali jednego mniej lub przegrali jednego więcej, pakowaliby się już do domu. Z drugiej strony, Mistrzowie Europy sprawę mieli we własnych rękach. Warunek do awansu był jasny – trzeba było pokonać Brazylię. Ale z czym do ludzi… Podobnie, jak w kobiecym zespole, nie widać w nich Mistrzów Europy. Na Earls Court odnieśli tylko jedno zwycięstwo, oczywiście nad Tunezją. Pozostałe „oczka” do tabeli wywalczyli sobie po przegranych pięciosetowych bojach, więc i tak pewnie długo nie zabawiliby w turnieju olimpijskim.

W polskiej grupie, oznaczonej literką A również niemało się działo. Okazało się, że aby znaleźć się w ćwierćfinale, należało wygrać trzy spotkania. Jedyną ekipą, która zwyciężyła więcej razy i dzięki temu wygrała grupę jest Bułgaria. Podopiecznym Naydena Naydenova trzeba oddać, że miejsce, na którym się znaleźli jest zasłużone. Zatrzymali ich jedynie Argentyńczycy, co otworzyło nam drogę do pierwszej lokaty, ale nie skorzystaliśmy z niej.

Włosi także słabi nie są, ale ponieważ ulegli i Polakom i Bułgarom, musieli zająć trzecią lokatę. Chyba odpuszczenie LŚ nie wyszło im na dobre. Jeszcze poczekajmy, bo przecież do fazy pucharowej dotarli, ale już widać, że nie wyglądają na głównych kandydatów do medali. Czwórkę z grupy A dopełnia jeszcze Argentyna, która gra w kratkę. Co miała wygrać, to wygrała, lecz wydaje się, że to już jest maksimum możliwości tej drużyny.

Brawa za walkę należą się Australijczykom, którzy szukali swojej szansy nie tylko w pojedynku z gospodarzami, ale także z Włochami i Polakami. Mało brakowało, a wyeliminowaliby Italię z gry.

W związku z powyższymy roztrzygnięciami, utworzyły nam się wielce pasjonujące pary ćwierćfinałowe. Na początek pojedynek południowoamerykański, czyli Argentyna kontra Brazylia. Teoretycznie faworyt jest oczywisty, ale pamiętam ubiegłoroczny półfinał Ligi Światowej i najwyżej punktowany set w historii tychże rozgrywek. Jeśli weźmiemy jeszcze pod uwagę falowanie gry obu tych ekip, to może być naprawdę ciekawie.

Kolejna para to Włochy – USA. Jeśli Amerykanie nie zagrają w półfinale, to będziemy mówić o niespodziance. Wydaje mi się, że w tej chwili Wicemistrzowie Ligi Światowej prezentują się lepiej. Nie chcę powoływać się na ostatni mecz pomiędzy tymi drużynami (PŚ 2011 i wygrana Italii 3:1), gdyż sporo się od tamtego czasu zmieniło.

Najpóźniej wieczorem na parkiet wyjdą Bułgarzy i Niemcy. Ponieważ przedstawiłem już w tym felietonie swoją opinię na temat jednych i drugich nie będę się powtarzał. Strefa medalowa dla gospodarzy Final Six Ligi Światowej jest na wyciągnięcie ręki.

Czy to wszystkie ćwierćfinały? Nie! Przecież został jeszcze nasz! Polska – Rosja to mecz przyciągający największą uwagę kibiców. Nie muszę chyba tłumaczyć, jak ważny jest to mecz. Smaczku dodaje jeszcze sam fakt, że zagramy z triumfatorami Pucharu Świata 2011. Historia pokazuje, że gra się toczy ciężko i różne są jej efekty. Chcielibyśmy znów wygrać, jak w 2006 na Mundialu, czy w 2011 na Eurovolleyu, ale może się również powtórzyć historia z ubiegłego roku – półfinału Ligi Światowej albo „finału” Pucharu Świata…

O motywację naszych chłopaków się nie obawiam. Doskonale wiedzą, o co chodzi. To jest dziecinnie proste – wygramy, jesteśmy w strefie medalowej, przegramy – odpadamy, wracamy do domu bez krążka. Przed nami ciężki bój o czwórkę z odwiecznym rywalem. Oni mają najlepiej atakującego (Maxim Mikhailov), a my najlepiej serwującego (Bartosz Kurek). Można to ciągnąć dalej, ale do niczego to nie prowadzi. Ja tylko chciałbym, ażeby powrócił blok, bo bez niego Rosjanów nie skrzywdzimy.

Przed naszymi siatkarzami najważniejszy mecz w ich karierach. I tak już będzie to końca, niezależnie, kiedy on nastąpi. Turniej olimpijski zaczyna się właśnie teraz. Nie ma miejsca na błędy, liczą się wyłącznie wygrani.


pubsport.pl
Krzysztof Sędzicki
Uczeń I LO w Łodzi. Już jako przedszkolak oglądałem transmisje sportowe w telewizji. Kilka lat pograłem w koszykówkę, ale nie spodobała mi się i już pod koniec gimnazjum przerzuciłem się na amatorską odmianę siatkówki i skoku wzwyż. Pasjonuję się wieloma dyscyplinami, przede wszystkim piłką nożną, siatkówką, formułą 1 i skokami narciarskimi. Czasami lubię też pooglądać inne sporty, np. koszykówkę, biathlon, tenisa, snookera, darta... Nie ma tygodnia, żebym czegoś nie obejrzał! Tak, uznawaj mnie za sportowego maniaka! Dobrze mi z tym! W przyszłości chciałbym zostać dziennikarzem - komentatorem sportowym. Póki co, próbuję swoich sił na kilku frontach - na blogu (sedzik.blox.pl), tele-sport.pl, TakSięGra TV i właśnie tu, na Pubsport.pl, gdzie piszę artykuły, felietony, relacje i robię kilka rzeczy, których nie widać gołym okiem, gdzieś tam "za kulisami".
http://sedzik.blox.pl