I ruszyli…

Na Albert Park w Melbourne rozpoczął się 63. sezon Mistrzostw Świata Formuły 1. Trzeba przyznać, że wyścig o GP Australii był całkiem niezły, choć od ideału ekscytacji było mu daleko.

Zanim przejdę do konkretów raz jeszcze przestrzegam przed wyciąganiem zbyt pochopnych wniosków, bo to dopiero pierwszy wyścig i nie wszystko jeszcze po nim wiemy. Najważniejsze, że zaspokojono nasze pierwsze pragnienia zobaczenia ścigających się bolidów.

Najbardziej pasjonującym momentem wyścigu według mnie był jego start. Button wykorzystał nienajlepszy start Hamilltona i wyprzedził go. Prowadzenia nie oddał już do końca (z wyjatkiem pit stopów). Znakomicie wystartowały Mercedesy, co potwierdza ich dobre przygotowanie do tego sezonu. Romain Grosjean nieco się stremował i spadł na szóste miejsce, ale przed nim znaleźli się znakomici kierowcy. Vettel musiał walczyć, więc walczył, przebijał się do przodu. Tradycyjnie źle poszło na początku Markowi Webberowi, nad czym ubolewam, lecz na szczęście, w dalszej części wyścigu radził sobie lepiej.

Jak zwykle w Melbourne, wielu kierowców nie dojechało do mety. Najbardziej żałuję, że nie udało się trójce Schumacher, Grosjean, Maldonado. Siedmiokrotny Mistrz Świata, jak często podkreśla Andrzej Borowczyk, uwielbia auta nadsterowne, zatem polubił tegoroczne wersje samochodów. Dobre wyniki w treningach i kwalifikacjach, a w wyścigu wysiadła skrzynia biegów… Francuza mi szkoda, ponieważ pokazał, że ma talent, ale jedna kolizja – z Maldonado – pozbawiła go szansy na jakikolwiek wynik już po trzech okrążeniach. Z kolei kierowca Williamsa zaryzykował z oponami i był o kilka kilometrów od szczęścia w postaci aż ośmiu punktów. Niestety nie utrzymały one na jednym z zakrętów i Wenezuelczyk uderzył w bandę. Był bardzo blisko najlepszego wyniku w karierze.

Trochę się dziwię, dlaczego nie udało się Sebastianowi Vettelowi przedostać przed Jensona Buttona. Przed pierwszym zjazdem do boksów Niemiec błyskawicznie odrabiał do Brytyjczyka, aż w końcu Mistrz Świata z 2009 roku zjechał na zmianę opon. Chwilę później uczynił to triumfator z następnych lat. Był pomiędzy nimi Lewis Hamilton, ale jechał jak nie on – jakoś za mało agresywnie – więc po drugiej wizycie u mechaników został prześcignięty przez Vettela. Potem wjechał samochód bezpieczeństwa i zawodnik Red Bulla był tuż za Jensonem. Jednak się nie udało. Przynajmniej poużywał sobie trochę DRSu w niedzielnym wyścigu, bo w poprzednim sezonie rzadko miał ku temu okazję…

Zarysowała nam się drobna hierarchia, jaka może nastąpić w tym roku. Za McLarenami i Red Bullami kilkanaście sekund przyjechało na metę Ferrari prowadzone przez Fernando Alonso. Potwierdziły się wnioski z testów, że czerwone bolidy strasznie zużywają opony. Hiszpan musiał więc większość niedzielnej rywalizacji przejechać na twardszym ogumieniu. Nie wiem, jak u Massy, ale gdzie on w ogóle był? Może zabrzmi to komicznie, ale odkąd dostał w głowę, zapomniał, jak ściga się na najwyższym poziomie. Chyba Robert musi się szybko leczyć…

Nieźle sezon rozpoczęli Kobayashi, Raikkonen, Perez i Ricciardo. Wszyscy zapunktowali w Australii. Częściowo ich lokaty to efekt pecha innych, ale trzeba korzystać z takich okazji, zwłaszcza na początku sezonu, bo kto wie, jak losy rywalizacji potoczą się dalej? Pierwszy na myśl przychodzi mi przykład Lotusa (Renault) z poprzedniego roku. Nie to, że źle życzę temu zespołowi. Jedynie przestrzegam.

Ponieważ GP Australii 2012 nie było jakoś szczególnie emocjonujące, trzeba było spojrzeć na niektóre rzeczy z przymrużeniem oka. Zastanawiam się, co po niedzielnej transmisji myśli sobie żona Andrzeja Borowczyka, który tak się zachwycał pięknymi kobietami w padoku… Ten temat powinien trafić do jego motywów przewodnich na nonsensopedii. A obrazkiem podsumowującym pierwszy tegoroczny wyścig byłaby dla mnie ta ciężarówka, która wyprzedziła nawet samochód bezpieczeństwa i przez około pół okrążenia była liderem wyścigu 😉

Jak na pierwszy wyścig, było nieźle, choć mogloby lepiej. Na szczęście już w najbliższą niedzielę kolejne emocje i to o bardziej dogodnej porze, bo o 10:00. Nie zapomnij tylko zmienić czasu. Ja na wszelki wypadek ustawiłem zegary na 09:00 i 10:00, by nie przegapić!


pubsport.pl
Krzysztof Sędzicki
Uczeń I LO w Łodzi. Już jako przedszkolak oglądałem transmisje sportowe w telewizji. Kilka lat pograłem w koszykówkę, ale nie spodobała mi się i już pod koniec gimnazjum przerzuciłem się na amatorską odmianę siatkówki i skoku wzwyż. Pasjonuję się wieloma dyscyplinami, przede wszystkim piłką nożną, siatkówką, formułą 1 i skokami narciarskimi. Czasami lubię też pooglądać inne sporty, np. koszykówkę, biathlon, tenisa, snookera, darta... Nie ma tygodnia, żebym czegoś nie obejrzał! Tak, uznawaj mnie za sportowego maniaka! Dobrze mi z tym! W przyszłości chciałbym zostać dziennikarzem - komentatorem sportowym. Póki co, próbuję swoich sił na kilku frontach - na blogu (sedzik.blox.pl), tele-sport.pl, TakSięGra TV i właśnie tu, na Pubsport.pl, gdzie piszę artykuły, felietony, relacje i robię kilka rzeczy, których nie widać gołym okiem, gdzieś tam "za kulisami".
http://sedzik.blox.pl