Ich troje – polscy herosi w Soczi

Polska w Soczi bierze tylko złoto! Za nami sobota, która przeszła do historii jako jeden z najpiękniejszych dni w historii polskiego sportu.

Na pewno był to najpiękniejszy polski dzień w sportach zimowych. Zbigniew Bródka rozpalił lód do czerwoności i zgasił w sercach rywali ogień nadziei na złoto. Kilka godzin później Kamil Stoch na skrzydłach wyobraźni poszybował tam gdzie trzeba było i rosyjska przestrzeń powietrzna po raz drugi została przez niego naruszona. Japońska wisienka pięknie zakwitła w wiosennym Soczi, a Holender ścigał tę kreskę oznaczającą liderującego Bródkę i ją dogonił, ale nie przegonił. Jedyne 0,003 sekundy zadecydowało o historycznym polskim złocie w panczenach. Była jedna Wenta, a w Soczi już nam powstały dwa Stochy i jedna Bródka. I do tego jeszcze złota stopa Justyny Kowalczyk z czwartku. W sumie cztery złote o wartości większej niż wszystkie pieniądze tego świata, bo nie zapewnią nam one tego szczęścia, które przeżyliśmy w ciągu niecałego tygodnia igrzysk.

Nasza mistrzyni po raz kolejny udowodniła nam, że dla niej nie ma muru, przez który nie mogłaby się przebić, choć sama przecież pokryta jest twardym pancerzem. To on pozwala jej bronić się w najlepszy możliwy sposób przed atakiem kwestionujących jej profesjonalizm byłych wielkich sportowców, dziennikarzy i zwykłych kibiców. Kowalczyk ma specyficzny sposób bycia, który sprawia że albo się ją lubi albo się jej nie cierpi. Ale nikt nie ma prawa jej nie szanować, bo to jedna z największych atletek w historii polskiego sportu i ten fakt jest bezsporny. A że jest mocna w gębie. Jest też bezczelnie mocna na trasach biegowych, tam również nie daje sobie w kaszę dmuchać i walczy ze wszystkich sił. Lepiej że jest mocna zarówno w sporcie, który uprawia, jak i w gadaniu (to jest dla mnie bezsprzecznie jej wielki atut, niestety w Polsce tacy sportowcy zawsze mieli pod górkę, bo generalnie nie lubi się u nas ludzi wyszczekanych, między szczerością a pychą stawiamy zupełnie niesłusznie znak równości) niż ma być mistrzynią tylko w tym drugim, w czym szczególnie wyróżnia się pewna grupa polskich sportowców.

Czarodziej skoków sprawił, że kibice bujali się przed telewizorami w rytm jego tanecznych lotów, dalekich i niemal perfekcyjnych stylowo. A kilka godzin wcześniej strażak wśród panczenów zrobił wszystko, by Holender Koen Verweij nie spalił tej kreski. Choć tak niewiele brakowało, by złoty żar euforii przemienił się w srebrny blask radości. Ale taki przecież jest sport na tym najwyższym poziomie, granica oddzielająca złoty i srebrny mały raj na ziemi jest często gołym okiem niezauważalna. Dziś ich życie lśni jak najpiękniejszy diament, a kibicowskie serca są upojone pozytywnym myśleniem i to ciągłe narzekanie na szarość dnia codziennego zamieniło się w autentyczne przekonanie, że w głowie każdego z nas z jajka marzeń może wykluć się piękna rzeczywistość.

Kamil, Justyna i Zbigniew – ich troje dołączyło to panteonu polskich herosów. Kowalczyk już w sumie w nim była, ale na rosyjskiej ziemi jeszcze raz pokazała jak wielką jest wojowniczką, u której im trudniej tym zawsze lepiej. W porównaniu z USA, Chinami czy Niemcami nie mamy tak ogromnego oceanu wypełnionego wodą spełnionych marzeń o nieśmiertelności. Ale może właśnie tak dlatego szanujemy i podziwiamy naszych sportowców, tak się radujemy ich sukcesami, choć też tak często psioczymy na nich i narzekamy, a zarazem tych którzy najwięcej przegrywają obdarzamy niezmiennie wielkim zaufaniem i wierzymy, że w końcu zła karta się odwróci. Śpiewamy, że „nic się nie stało”.

My tak bardzo lubimy cierpieć, jesteśmy przyzwyczajeni do pięknych porażek, więc niewiarygodne wiktorie smakują wyjątkowo. Oczywiście serce kibica jest naiwne i wierzy zawsze i wszędzie, czasem aż za bardzo, ale to nie jest grzech. Grzechem jest pompowanie balona i błyskawiczne przechodzenie od euforii do rozpaczy i odwrotnie, w czym jesteśmy mistrzami świata. Czemu tak łatwo wybaczamy piłkarzom kolejne klęski, a nazywamy turystami większość polskich sportowców jadących na igrzyska? Przecież nie ma większych turystów niż piłkarze. Nie ma bardziej zmarnowanych pieniędzy niż te pakowane w naszym kraju w piłkę nożną! Ale to już temat na inną dyskusję.

Oto polscy geniusze nart i łyżew, których sen na jawie stał się złotą rzeczywistością. Justyna już wcześniej znalazła się w tym naszym oceanie herosów, a w Rosji tylko umocniła swoją pozycję żywej legendy sportu. Kamil i Zbigniew w Soczi powiększyli grono żeglujących po falach chwały mocarzy nie do skruszenia. Oni wszyscy mają pancerne głowy i pancerne serca, które są potrzebne największym z największym do pokonywania największych przeszkód, do spełniania swoich pragnień. Spieszmy się szanować sportowców z mentalnością zwycięzcy, tak niewielu ich mamy.


pubsport.pl
Łukasz Iwanek
Lubartów, w 2009 roku ukończył studia na kierunku Ekonomia. Od 2009 roku pracuje w portalu SportoweFakty.pl, najczęściej cytowanym serwisie internetowym. Pisze tam o tenisie, ale interesuje się też piłką nożną i wieloma innymi dyscyplinami, jak lekkoatletyka, siatkówka, pływanie czy sporty zimowe. Od 2007 roku prowadzi bloga Sportowa Publicystyka.
http://sportowapublicystyka.blox.pl