Ile dasz tyle dostaniesz

Rafał Murawski jest o krok od powrotu do Lecha. De facto, sprawa jest już przyklepana przez wronieckich włodarzy ,,Kolejorza” i choć nieskończenie głęboka kieszeń Józefa Wojciechowskiego po raz enty została użyta jako argument negocjacyjny, akurat w tym przypadku ten główny atut sternika Polonii przepadł. Z prostego powodu – raz do roku to można mieć i gest szefa ,,JW Destruction”

Sprawa ściągnięcia Murawskiego wypłynęła w czasie rozmów Lecha z Widzewem o transferze Davidasa Sernasa. Kiedy ci pierwsi wreszcie zmiękli i zabrakło tawardego ,,nie” na żądaną kwotę około miliona euro, delikatny sprzeciw szybko ewoluował w coś na kształt ,,ani tak, ani nie” bądź ,,może”, za moment było ostrożne ,,tak”. Kiedy wyniku bezkompromisowej strategii negocjacyjnej dowiedział się Jacek Rutkowski – szef wszystkich szefów w Lechu, szara eminencja Świętej Pamięci Komitetu Transferowego – mając w perspektywie identyczną kwotę do wydania na Murawskiego, gra na dwa fronty się skończyła. Jakby się teraz Sernas nie dąsał, ma powody, bo wydarzenia tak się potoczyły, iż ten teoretycznie (a i praktycznie) lepszy z duetu napastników Widzewa został w Łodzi uziemiony. Jakby się też nie dąsał, nic na to począć nie może ? ktoś tam musi biegać na desancie. Głupio wszyło – dobrze powiedziane.

Ale nie o życiowych dramatach Sernasa przecież. Murawski z miejsca stanie się najlepiej zarabiającym ligowcem, z apanażami rzędu 450 tysięcy euro za sezon. Pilnie strzeżona, zabezpieczeniami rodem z Cyfrowej Twierdzy, kasa Lecha uszczupli się o okrągły milion euro. W ogólnym rozrachunku, bilans dwóch transakcji z udziałem Murawskiego dał plus dwa miliony po stronie poznaniaków. Dlatego, panowie, nie krzywić się teraz przy wypisywaniu numeru konta Rubina.

Jednego reprezentanta Lech stracił, jednego zyskuje. Pierwszy – zostawiam debatę nad motywacją i faktycznym postępowaniem Peszki, w końcu Ten Drugi parę dni wstecz sprawę przemaglował przekrojowo ? w lidze niezwykłych dżentelmenów nigdy nie grał, podczas rozstania z klubem wyszły z niego po prostu ludzkiego ułomności. OK, nie każdy jest przecież Murawskim. Ciągle kombinował, kart nigdy nie odkrył, a mówił adekwatnie do danej osoby, z którą akurat przyszło rozprawiać. Panowie się w Poznaniu minęli, ale sam ten fakt ma nieco większą wymowę. Lech ma za sobą najgorszą medialnie telenowelę od przypadku Hernana Rengifo, ściąga natomiast z powrotem człowieka, który w mieście ma nienaganną opinię właśnie ze względu na to, w jak klasowy sposób umiał wymknąć się za granicę. Pomyślcie moment o sprawie Peszki. Już, starczy. A teraz przypomnijcie sobie, jak to było z Murawskim. Widać różnicę?

Zwracam w tym momencie uwagę na czynnik pozasportowy, który nie pozwolił Lechowi wahać się ani przez sekundę.  ,,Muraś to swój chłop” usłyszysz, pytając o niego, na poznańskim Starym Rynku. To prawdziwy mężczyzna w ujęciu Millerowskim, pożegnał się bowiem przykładnie, smrodu (albo, jak kto woli, niesmaku) za sobą nie zostawił. Dlatego witają go z otwartymi rękami, kibice gotowi są nawet z wykorzystaniem chleba i soli powitać repatrianta z Zakaukazia.

Sławek, mówiłeś coś?

Lech pozyskuje etatowego reprezentanta Polski, może tylko nieco okrąglejszego niż dwa i pół roku temu. W środku sezonu, który sprzecznościami stoi. Niemrawi w Ekstraklasie, lechici urzekali na froncie europejskim, sprawiali, że serce polskie fana futbolu rosło w siłę. Trener, który klub ozłocił, wyleciał po spuszczeniu łomotu drużynom krakowskim w przeciągu ledwie kilku dni. Zastąpiony został szkoleniowcem znanym przede wszystkim z popisów boiskowych. W nowym fachu – pozaboiskowych, dla kontrastu. Z tej degrengolady wyłoniła się 1/16 Ligi Europy i poważny problem w lidze. Fura punktów do odrobienia, brak marginesu błędu. A wszystko po to, by uniknąć rozbratu z jakąkolwiek formą bojów zagranicznych i  w rezultacie, utrzymać kurs na produkt eksportowy polskiej piłki klubowej.

Murawski ma pomóc właśnie tutaj, na boiskach rodzimych. W Lidze Europy wszak nie pokopie z uwarunkowań ściśle proceduralnych. Z tego powodu łez jednak w stolicy Wielkopolski nie ronią i już elektryzuje ich myśl wojującego w środkowej strefie Murawskiego. Boje na śmierć i życie z Michałem Pulkowskim – delicje! Osoba Murawskiego, ligowca na swojej pozycji bezsprzecznie dystansującego resztę gromadki, istotnie wzmacnia kluczową dla Lecha formację, do tego w szatni pojawia się też nie byle kto. Przejąć opaskę po Piotrze Reissie i z powierzonej roli w Poznaniu się wywiązać – całkiem nieźle. Lechowi w wydaniu krajowym na jesieni nieraz brakowało jednostki zdolnej zespołem wstrząsnąć w trakcie meczu i wywołać tym reakcję natychmiastową. Jeżeli Bakero nie będzie chwilowo mógł znaleźć odpowiednich słów w języku polskim- kto będzie czekał na wersję zabawnego tłumacza? Murawski go z przyjemnością wyręczy.

Środek pola prezentuje się dość okazale, zwłaszcza że dolegliwości zdrowotnych wciąż nie może się pozbyć Tomasz Bandrowski. A skoro już jego temat poruszyliśmy, bez dwóch słów minimum się nie obędzie. Umowa Bandrowskiego wygasa z końcem sezonu i ani on, ani Lech do rozmów się na palą. Okoliczne wróble ćwierkają, że rozchodzi się o sporą podwyżkę. Czyżby Lech zaczął płacić frycowe za uczynienie milionerem Manuela Arboledy? Cóż, w tym kontekście przyjście Murawskiego sytuacji na pewno nie uzdrowi. Rutkowski przebąkiwał w listopadzie coś o wstręcie do kominów płacowych, więc? No właśnie. W najgorszym przypadku, przynajmniej dziury po Bandrowskim nie będzie, jaka była po Murawskim. To gdybanie.

I jeszcze wątek samego pobytu Murawskiego w Kazaniu. Absolutnie odrzucam prezentowany przez niektórych pogląd, że ten wraca do kraju jako nieudacznik czy płaczące za rodziną beztalencie. Teza o statusie prawie bzdury.

W skali polskiej Murawski w pewnym momencie stał się graczem jednym z najlepszych, więc na wojaże ruszyć musiał, by prawdziwy futbol poznać z bliska. Bajecznej kariery w Rosji nie zrobił, takie było za to płacone tam wynagrodzenie. Od wielkiej piłki w żadnym razie się nie odbił – w drużynie złożonej z piłkarzy dobrych i bardzo dobrych zagrzał miejsce i tak stosunkowo długo, liczby ligowych spotkań wstydzić się w żadnym razie nie musi. Był jednym z wielu, jednego dnia passę miał lepszą, drugiego lądował pod kreską. Nie zawiódł. I to chyba przede wszystkim siebie. Maksymalne wykorzystanie potencjału wystarczyło co najwyżej na miano szeregowego -bywa. Ambicje Rubina i Rafał Murawski wspólnego mianownika nie mają. Chłop zrobił, ile się dało, może wracać z poczuciem wykonanej misji. Posmakował silnych rozgrywek ligowych i międzynarodowych, nie robiąc furory, ale wyciskając z siebie ostatnie krople potu zapracował na nazwisko z rodzaju tych solidnych.

Żeby tylko wszyscy komiwojażerzy ze znaczkiem towarowym Ekstraklasy wracali z takim bagażem doświadczeń. Bo Murawski jest tutaj gwiazdą pełną gębą, jego koledzy za to takimi się tylko mienią.

Mateusz Jaworski
Więcej tekstów na:
Blog piłkarski

pubsport.pl
Pubsport.pl
Pubsport.pl - wiadomości sportowe i publicystyka. Zapowiedzi i podsumowania meczów piłki nożnej, tenisa, sportów zespołowych oraz zimowych. Relacje na żywo! Wpadnij pogadać o sporcie!
http://www.pubsport.pl/