Jest lepiej, ale miejmy się na baczności!

Zdobyliśmy kolejny punkt w finałach Mistrzostwach Europy w piłce nożnej. Już jest to najlepszy wynik w historii naszych występów na tej imprezie – cztery lata temu, w Austrii, uciułaliśmy jedynie punkcik. Jeśli dodamy do tego fakt, iż jedno oczko zdobyliśmy po remisie z Rosją, to możemy uznać wtorkowy występ i rezultat za sukces polskiej kadry.

Ale jest jeszcze dużo rzeczy, do których można się przyczepić, m.in. do funkcjonowania naszej obrony. Mieliśmy kłopoty z kryciem, ciągle ktoś nam się urywał – głównie Kerzhakov, Dzagoev i Arshavin. Z Grecją panowaliśmy nad tym przez 45 minut, ale tym razem przyjechali Rosjanie, którzy są bardziej dynamiczni i sprawiali nam kłopoty przez całe spotkanie.

Jednak bardziej defensywne ustawienie polskiej reprezentacji sprawiło, że rywale nie byli w stanie pokazać swoich maksymalnych możliwości w ataku. Ten mecz wyglądał zupełnie inaczej anizeli starcie Sbornej z Czechami cztery dni temu. Tam Czesi chcieli zagrać otwarty futbol i skończyło się to dla nich zabójczo. My tego błędu nie popełniliśmy. Trochę ucierpiała na tym jakość naszej gry, ale jeśli po końcowym gwizdku trafiła nam się mała, punktowa zdobycz, wybaczamy.

Wydawało mi się, że nasi zawodnicy nie byli dobrze zorganizowani i skomunikowani. Przy tym ustawieniu, jakie zaaplikował Franciszek Smuda na Rosjan, powinniśmy jak najszybciej wybiegać do kontry na odpowiednich pozycjach. W pamięci utkwił mi moment tuż po przerwie, kiedy czterech piłkarzy w białych strojach znalazło się na przestrzeni 5×5 m i zerwało się do ataku jakby bez wiary i chęci.

Kiedy udawało się naszym wbiec w szesnastkę przed bramką Malafeeva, zachowywali się, jakby dostali sraczki. Nie wiedzieli, co zrobić z piłką i często kończyło się to jej stratą, bądź słabym albo niecelnym strzałem. Dlatego jeśli miał paść gol, to po strzale z dystansu – Kuba Błaszczykowski dokonał tego i sprawił, że wydzierałem się na całe gardło, jak chyba nigdy w życiu!

Chciałem też rzucić światło na Roberta Lewandowskiego. Był to jedyny napastnik w polskiej drużynie, ale chwilami odnosiłem wrażenie, iż pełnił rolę najbardziej wysuniętego… pomocnika. Przecież on jest od wykańczania akcji, a nie od ich kreowania! Rozumiem jeszcze, gdy takie coś zdarzy się 20-25 m od bramki, ale nie 40! Wypuszczanie go, aby od połowy ogrywał po 3-4 mocno pilnujących go defensorów ekipy przeciwnej było z góry skazane na niepowodzenie.

Pół żartem pół serio przekażę sensacyjną informację – selekcjoner reprezentacji Polski robił zmiany! Według mnie, Adrian Mierzejewski powinien zameldować się na murawie już w piątek. Przez te kilkanaście minut, jakie spędził na boisku pokazał, że ma siłę i werwę do walki. Co do zmiany Brożka za Obraniaka i reakcji pomocnika Lille, to nie pochwalam jego zachowania, ale jest to wyraźny sygnał, że jest naprawdę walecznym piłkarzem na miarę kadry narodowej. Chce grać za wszelką cenę i to się chwali. Może sposób, w jaki to wyraził był nieodpowiedni, ale mamy sygnał, że Ludo zasługuję na koszulkę z Orłem na piersi.

Wspominałem o walce, a tej absolutnie nie brakowało. Paru naszych rodaków odniosło „rany” w jej wyniku. Damien Perquis powiedział nawet do masażysty „It’s a war!”. Ta wielka wojna nie została jednak roztrzygnięta, choć mogła zakończyć się każdym innym wynikiem.

Bałem się, iż po niezłym tempie na początku gry, po 30 minutach znów zabraknie nam sił. Wydawało mi się, że po bramce Kuby Błaszczykowskiego znów kondycja naszych piłkarzy spadła i czekali tylko na końcowy gwizdek. Jednak co jakiś czas stwarzaliśmy sobie okazje, blisko było do wyjścia na prowadzenie. A ostatnie minuty należały już zdecydowanie do nas. Wprawdzie zanim to nastąpiło, to Rosja zamknęła nas na naszej połowie, ale daliśmy radę obronić się przed obleganymi nas podopiecznymi Dicka Advocaata.

Rosjanie mają prawo czuć niedosyt. Byli stawiani w roli faworytów tego meczu, liczyli na wygraną i bezpieczny awans do 1/4 finału, a tymczasem jeszcze nie mają go jeszcze zapewnionego. Z perspektywy widowiska to dobrze, bo dzięki temu mecz Grecja – Rosja nie będzie pozbawiony emocji. Wciąż Hellada przy remisie Polaków z Czechami mogą wejść do najlepszej ósemki.

Był taki moment w drugich 45 minutach, że im bliżej Przemka Tytonia znajdowała się piłka, tym bardziej wzrastało mi ciśnienie w żyłach. Strasznie się denerwowałem, że nie będziemy w stanie dowieźć remisu do końca. A wspomniany nasz bramkarz zasługuje na ciepłe słowa. Nie bał się wychodzić do trudnych piłek, zaś przy golu Dzagoeva nie miał praktycznie szans na ruch, a co dopiero obronę.

Powstaje pytanie, kto stanie między naszymi słupkami w sobotę we Wrocławiu. Według mnie trener bramkarzy, Jacek Kazimierski (podobno to on ma podjąć decyzję w tej sprawie), powinien postawić na Przemka Tytonia. Jest na fali, rozgrywa turniej życia, szkoda byłoby zabierać mu taką szansę. Wojtek Szczęsny jeszcze nie raz powinien dostarczyć nam powodów do radości.

Co ciekawe, będąc na stadionie, niespecjalnie odczuwałem, że 1:1 to wynik bardzo satysfakcjonujacy. Kiedy spojrzałem do internetu po powrocie z meczu, widziałem tak entuzjasyczne komentarze, jakbyśmy wygrali, a nie zremisowali. Tymczasem wśród kibiców wychodzących ze Stadionu Narodowego widać było radość, ale umiarkowaną, nie ekstremalną. Biorąc pod uwagę to, że zarówno my, jak i nasi rywale, mogliśmy strzelić roztrzygającego gola, to rezultat traktuję jako niezły. Przecież i tak będziemy musieli bezwzględnie pokonać Czechów w sobotę.

Nie da się ukryć, że polska reprezentacja poczyniła postęp. W XXI wieku na wielkich imprezach po dwóch meczach mogliśmy się już pakować do domu. Teraz, w roku 2012, na naszym Euro, mamy szansę na wyjście z grupy i jest ona zależna wyłącznie od nas. Co prawda stoimy pod ścianą, ale będziemy grać o coś więcej niż honor, a to wyróżnia ten turniej od wszystkich tych, do których kwalifikowaliśmy się przez ostatnią dekadę.

Maciej Iwański, komentator TVP z Doniecka, nazwał sobotnie starcie z Czechami „naszym finałem Euro 2012”. Trzeba przyznać, że trafnie to ujął. Oby Biało-Czerwoni podeszli do meczu z Czechami faktycznie jak do finału i zakończyli go po naszej myśli, tj. zdobywając trofeum w postaci ćwierćfinału ME!

Przepraszam, że ten tekst przesłałem dość długo po zakończeniu spotkania, ale nie mogłem jakoś dojść do siebie, gdy wróciłem do domu. Wciąż gotują się we mnie emocje, mam fantastyczne wspomnienia. Być może, kiedy już nadgonię wszystko, zaprezentuję kilka filmików z wyprawy na ten mecz, o ile znajdą się chętni do oglądania 🙂


pubsport.pl
Krzysztof Sędzicki
Uczeń I LO w Łodzi. Już jako przedszkolak oglądałem transmisje sportowe w telewizji. Kilka lat pograłem w koszykówkę, ale nie spodobała mi się i już pod koniec gimnazjum przerzuciłem się na amatorską odmianę siatkówki i skoku wzwyż. Pasjonuję się wieloma dyscyplinami, przede wszystkim piłką nożną, siatkówką, formułą 1 i skokami narciarskimi. Czasami lubię też pooglądać inne sporty, np. koszykówkę, biathlon, tenisa, snookera, darta... Nie ma tygodnia, żebym czegoś nie obejrzał! Tak, uznawaj mnie za sportowego maniaka! Dobrze mi z tym! W przyszłości chciałbym zostać dziennikarzem - komentatorem sportowym. Póki co, próbuję swoich sił na kilku frontach - na blogu (sedzik.blox.pl), tele-sport.pl, TakSięGra TV i właśnie tu, na Pubsport.pl, gdzie piszę artykuły, felietony, relacje i robię kilka rzeczy, których nie widać gołym okiem, gdzieś tam "za kulisami".
http://sedzik.blox.pl