Karolina ponownie liderką, demonstracja siły Söderlinga, kanadyjski wstrząs

Karolina Woźniacka triumfalnie powróciła na czoło rankingu WTA wygrywając turniej w Dubaju. Lourdes Domínguez tak jak cztery lata temu ponownie najlepsza w Acapulco. Szalejący Robin Söderling niepokonany od dziewięciu meczów w Marsylii wywalczył trzeci tytuł w sezonie. Robiący błyskawiczną karierę Kanadyjczycy Milos Raonić i Rebecca Marino.

Karolina zagrała tak jakby postawiła sobie za punkt honoru błyskawicznie pokazać Clijsters kto tu rządzi w tym kobiecym tenisie. Zrobiła to z uśmiechem na ustach i do do tego pięknie ubrana (bo z tym to różnie u niej bywa). U szejków nie straciła nawet seta i zdobyła pierwszy tytuł w sezonie, a 13. w karierze. Numer jeden rankingu, czyli najlepsza? Pozostańmy przy tym, że najbardziej regularna tenisistka świata. Bo pełnoprawnym numerem jeden zostanie dopiero wtedy, gdy zdobędzie wielkoszlemowy tytuł, taki już jej los i nie ma się o co obrażać. Tak ten ranking jest skonstruowany, że premiuje regularność. A może by tak więcej punktów dawać za wielkoszlemowe tytuły, bo to trochę kiszka, że zawodniczka, która od połowy 2009 roku wygrała siedem turniejów, w tym trzy wielkoszlemowe na czele rankingu znalazła się tylko na jeden tydzień.

Są zawodniczki, które na korcie błyszczą jedynie urodą, a są też zawodniczki jednego turnieju. I do takich z pewnością należy zaliczyć Lourdes Domínguez. 29-letnia Hiszpanka w Bogocie, tam gdzie „piłki latają jak szalone” (tak to określiła Joanna Sakowicz), zdobyła swój drugi tytuł. W 2005 roku jako kwalifikantka zawędrowała tutaj do finału, rok później sięgnęła w Kolumbii po swój pierwszy tytuł. Czekała całe pięć lat by wywalczyć kolejne trofeum. Może gdyby więcej turniejów było rozgrywanych na wysokości powyżej 2500 m n.p.m to Hiszpanka miała by tych tytułów więcej i osiągnęła by w rankingu wyższą pozycję niż 40.?

Robin Söderling szaleje. W Rotterdamie i Marsylii wygrał turnieje tydzień po tygodniu i ma już trzy tytuły zdobyte w tym sezonie. Szwed to specjalista od gry w hali, w bezwietrznych warunkach zdobył on siedem ze swoich dziewięciu tytułów. I może mi ktoś wytłumaczy jak ten potężnie serwujący szwed z rewelacyjnym forhendem i bardzo groźnym oburęcznym bekhendem do finału Wielkiego Szlema zawędrował na kortach Rolanda Garrosa (i to dwukrotnie), a w pozostałych Wielkich Szlemach nie jest w stanie przejść fazy ćwierćfinału (a w Melbourne raptem raz osiągnął 1/8 finału i to w tym roku). Da się to jakoś logicznie wytłumaczyć?

Powoli nam się objawia kanadyjska siła. Milos Raonić w San Jose został pierwszym kanadyjskim triumfatorem w cyklu ATP World Tour od 1995 roku, gdy… Greg Rusedski (tak, Greg Wielką Brytanię reprezentował od 1996 roku) wygrał turniej w Seulu. W ubiegłym tygodniu 20-latek o serbskich korzeniach zawędrował do finału w Memphis i zatrzymał go dopiero Andy Roddick. Raonić, który sezon rozpoczął od 1/8 finału Australian Open (jako kwalifikant), robi błyskawiczną karierę. Atomowy serwis, do tego potężny forhend pozwalają mu się piąć w górę rankingu. Rok zaczynał będąc na 156. miejscu, teraz jest już 37. tenisistą rankingu ATP. Czy to nie za szybkie tempo? Z błyskawicznymi karierami bywa bardzo różnie, ja bym się jeszcze wstrzymał ze stwierdzeniem, że Raonić jest skazany na sukces. Poczekajmy 2-3 lata, zobaczymy gdzie wtedy będzie. Może wtedy już nikt nie będzie o nim pamiętał, czego mu oczywiście nie życzę, bo ten chłopak ma papiery na grę. Ale nie takie talenty ginęły nie wytrzymując psychicznie wszystkiego, z czym się wiąże gra w ATP World Tour. A w WTA mamy także 20-letnię Rebeccę Marino, która pokazała się w zeszłym roku w US Open przegrywając w II rundzie w dwóch zaciętych setach z Venus Williams. Kanadyjka prezentuje bardzo podobny styl do swojego rodaka rówieśnika, czyli potężny serwis i forhend. W ubiegłym tygodniu w Memphis zaliczyła swój pierwszy finał i musiała skreczować w meczu z Magdaléną Rybárikovą  po przegraniu I seta (problemy z mięśniami brzucha). Póki co dwójka kanadyjskich 20-latków mogła by sobie zaśpiewać „ja mam 20 lat, ty masz 20 lat, przed nami siódme niebo”, a wraz z nimi Petra Kvitová, która w tym sezonie wygrała już dwa turnieje (w paryskiej hali Pierre de Coubertina na luzie pokonała Kim Clijsters). Życzę im (także pięknej Czeszce), by zaszli jak najdalej, bo wszyscy mają papiery na grę, ale mieć papiery to tylko niewielka część składająca się na sukces w tenisie.

Przestrogą niech będzie właśnie Rybáriková, która w 2009 roku zdobyła swój pierwszy tytuł, do tego zaliczyła dwa półfinały i kilka ćwierćfinałów oraz III rundę US Open 2008 i 2009 i zadebiutowała w Top 40 rankingu. Wydawało się, że świat stoi przed nią otworem. A co było w ubiegłym sezonie, aż z 11 turniejów odpadła w I rundzie i wypadła z czołowej 100. Lepiej zatem nie ryzykować opinii, że już za chwilę Kanadyjczycy zawojują światowy tenis i nie należy się dziwić, gdy spotka ich jakiś zimny prysznic, to samo zresztą tyczy się Kvitovej. Rybárikovą wielu widziało już w Top 20, jaka to miała nie być dominacja Any Ivanović, co to miała nie zrobić Nicole Vaidišová. Michelle Larcher de Brito – przecież jaki to talent, już w 2009 roku tę aktualnie 18-latkę wielu widziało w czołowej 50, gdy doszła do III rundy Roland Garros (co było dla mnie istnym szaleństwem). A w tenisie jak to niektórzy mówią głowa to co najmniej 50% sukcesu, a dopiero w dalszej kolejności talent. Talent Raonić i Marino nie podlega dyskusji, a jak jest z ich psychiką? Chyba jeszcze za wcześnie, by móc się na ten temat wypowiadać, przecież oni dopiero zaczynają swoje kariery w ATP i WTA.


pubsport.pl
Łukasz Iwanek

Lubartów, w 2009 roku ukończył studia na kierunku Ekonomia. Od 2009 roku pracuje w portalu SportoweFakty.pl, najczęściej cytowanym serwisie internetowym. Pisze tam o tenisie, ale interesuje się też piłką nożną i wieloma innymi dyscyplinami, jak lekkoatletyka, siatkówka, pływanie czy sporty zimowe. Od 2007 roku prowadzi bloga Sportowa Publicystyka.

http://sportowapublicystyka.blox.pl