Klasyk na początek

Osoby odpowiedzialne za ułożenie terminarza rozgrywek Premier League na obecny sezon sprezentowały nam górę emocji już na sam początek. W drugiej kolejce na Emirates, miejscowy Arsenal w pierwszym wielkim hicie Premier League uległ zrewolucjonizowanemu Liverpoolowi Kenny’ego Dalglisha. Niestety nie mogłem przeprowadzić ani zapowiedzi, ani relacji z tego spotkania, gdyż odcięty od internetu przebywałem na wakacjach 🙂

Przed nami trzecia kolejka i mamy kolejny hit. W niedzielę o siedemnastej na Old Trafford Manchester United podejmie Arsenal. Trzeba przyznać, że Kanonierzy nie mają łatwo na początku kampanii 2011/2012. Najpierw Newcastle na wyjeździe, potem Liverpool u siebie i teraz klasyk z Czerwonymi Diabłami w ich twierdzy. Gracze Arsenalu jak dotąd potrafili urwać jedynie punkt Srokom, a Liverpool obnażył ich wszystkie niedostatki i to na ich własnym terenie. Co prawda dwumecz w eliminacjach Ligi Mistrzów z Udinese wypadł pozytywnie, ale kto wie co by było, gdyby nie świetna dyspozycja Wojtka Szczęsnego tak w pierwszym jak i w drugim spotkaniu. Suma sumarum, kibice Arsenalu nie mają zbyt wielu podstaw do tego by sądzić, że ich pupile wrócą z Manchesteru z tarczą. Większość ekspertów na Wyspach przed sezonem mówiło, że o ile poprzednie dwa trzy sezony miały być tymi kiedy Arsenal w końcu zdobędzie Mistrzostwo, o tyle ten sezon będzie tym kiedy Kanonierzy wylecą z Wielkiej Czwórki. Choć za nami dopiero dwie kolejki i daleko idących wniosków nie można wyciągać, to jednak widać, że eksperci ci się nie mylili w negatywnej ocenie Arsenalu. Cała defensywa Kanonierów ma tylko dwa mocne punkty, a są nimi Wojciech Szczęsny i Thomas Vermaelen. Pozostali zawodnicy skoncentrowani na obronie są albo kontuzjowani (Kościelny, Gibbs) albo nie są moim zdaniem takiej klasy zawodnikami by grać w ,pierwszym składzie Arsenalu ( młodzi Jenkinson i Miquel, którym brak jeszcze doświadczenia), albo i jedno i drugie jak „ulubieniec” kibiców Arsenalu Sebastien Squillaci. Jedyną formacją Kanonierów o której jakość można być spokojnym to atak, bo tam króluje nowy kapitan Robin Van Persie. Ale tylko on. Zmienników nie ma.  Bo gdybym miał jechać do Manchesteru z Marouanem Chamakhiem, to bym skoczył wcześniej z jakiegoś mostu. Linia pomocy, czyli serce każdej drużyny też nie mają się za dobrze. Po odejściu Cesca Fabregasa i przy kontuzji Jacka Wilshere’a panuje tam całkowite bezkrólewie. Efektem tego pewne miejsce w środku pola mają wypożyczany do niższych lig, wracający do formy po bardzo ciężkiej kontuzji Aaron Ramsey i równie kontuzjogenny, przez niektórych zapomniany Tomas Rosicky. Nieco lepiej wyglądają skrzydła. Odejście Samira Nasriego nie powinno być mega problemem, chociaż pewnie minie trochę czasu zanim na poziom Francuza wdrapie się nowy nabytek Gervinho. Wiele będzie zależeć od gry szybkiego jak błyskawica Theo Walcotta, który nie wiadomo kiedy stał się jednym z najbardziej doświadczonych Kanonierów. Wartością dodaną ma być szaleniec Frimpong na razie do złudzenia przypominający grą i zachowaniem Mario Balotellego. Jest jeszcze Arshavin, który w tym roku będzie musiał pokazać to co w nim najlepsze, żeby utrzymać się w obiegu bo zbliża się już do trzydziestki.O wnioski z powyższej analizy organizmu Arsenalu nie trudno. Potrzebne są wzmocnienia. Można pokusić się o stwierdzenie, że transfery są wręcz konieczne. Wenger ciągle powtarza, że jego młoda drużyna ma jakość. Każdy zawodnik biegający w czerwono-białej koszulce ma umiejętności nieprzeciętne i temu nie można zaprzeczyć. Podobnie nie można zaprzeczyć, że żaden klub na Wyspach nie wprowadza rocznie do dorosłej piłki tylu młodych graczy co Arsenal, a gracze ci w dodatku z miejsca potrafią kopać piłkę na poziomie Premier League. Tyle że na poziomie środka tabeli. Uzupełniani mistrzami i wicemistrzami świata łapali się na podium. Teraz może być gorzej. Oficjalnie mówi się tylko o zainteresowaniu Garym Cahillem. To dobra droga, bo Cahill to człowiek, który mógłby rozwiązać problemy Arsenalu na środku obrony. Potrzeba jeszcze środkowego pomocnika i napastnika. Zobaczymy co wydarzy się na giełdzie transferowej. Na moje oko coś wydarzyć się musi, bo „In Arsene we trust” jest co raz słabsze, a pozycja Wengera może nie chwiejna, ale na pewno po sześciu latach z zerem w gablocie już nie żelbetonowa.

Kibice Man United tylu problemów i wątpliwości nie mają. Przedstawiając Czerwone Diabły przed niedzielnym spotkaniem można by wkleić tu notkę napisaną o zespole z Old Trafford przed startem rozgrywek. Ludzie przychodzą i odchodzą, ale na ławce pozostaje jeden i ten sam entuzjasta gumy do żucia i Manchester jak wygrywał tak wygrywa. Już mecz o Tarczę Wspólnoty pokazał, że Czerwone Diabły w tym roku mogą być jeszcze silniejsze niż w ostatnich latach kiedy to przecież seryjnie zdobywały mistrzostwa kraju i dochodziły do finałów Ligi Mistrzów. W pierwszej kolejce postraszył ich West Bromwich Albion, który tydzień później postraszył także Chelsea. Manchester wyszedł obronną ręką dzięki szczęśliwemu dosyć uderzeniu Ashleya Younga. Byłoby łatwiej, ale zamieszania narobił David De Gea, który póki co płaci w Anglii frycowe, jak onegdaj Łukasz Fabiański. W ostatni poniedziałek United debiutowali w nowym sezonie na Old Trafford i to z nie byle kim, bo z Tottenhamem, czyli jednym z sześciu który ponoć ma się liczyć. Drużyna Harry’ego Redknappa przyjechała do Manchesteru mocna zdestabilizowana. Z powodu małej rewolty w Londynie, Koguty nie mogły zainaugurować sezonu planowym meczem z Evertonem. Można sądzić, że ich plan przygotowawczy przez to mocno ucierpiał na ładzie i składzie. Biegania po murawie na Old Trafford odmówił ważny element układanki Redknappa – Luka Modrić. Chorwat przez całe lato przechodzi do Chelsea i przejść nie może. Manchester problemy rywali wykorzystał. Pierwsza połowa była trochę dziwna. Gracze w czerwonych koszulkach nie bardzo wiedzieli jak ugryźć przeciwnika i bili głową w mur, a przeciwnik wyglądał jakby w ogóle nie wiedział co robić aby odszczeknąć się gospodarzom. Mecz był szybki, okazje były, ale głównie w postaci strzałów z dystansu, często niecelnych. W drugiej odsłonie mecz był jeszcze szybszy. United zyskiwali jednak coraz większą przewagę i bardzo szybko zdominowali rywala, który zdał się na grę z kontry. Trzy zabójcze ciosy zadane prze graczy Fergusona pokazały jaki potencjał drzemie w drużynie Szkota, a cały mecz z Tottenhamem był jednym wielkim pokazem siły obrońców tytułu. To też oni są zdecydowanym faworytem niedzielnego hitu. Tottenham i Liverpool to ekipy o podobnym potencjale, a 3:0 i 0:2 to jest różnica. Sir Alex dodatkowo potrafi przygotować swój zespół do takiego meczu podczas gdy chłopcy Wengera zazwyczaj w takich sytuacjach się palą.

Dla obu drużyn będzie to spotkanie niezwykle ważne i to nie tylko ze względu na historie ich pojedynków często porównywalnych do tego co dzieje się w Hiszpanii przed Gran Derbi. Jeżeli wygra Manchester, obierze kurs na dwudziesty tytuł Mistrza Anglii. Jeżeli wygra Arsenal, może to być przełomowy moment dla zespołu Arsene’a Wengera, a na pewno byłby to sygnał, że ten sezon może nie być taki zły jak się wydaje. Natomiast porażka Kanonierów na Old Trafford sprawi, że Szczęsny i spółka już na samym starcie sezonu, po ledwie trzech kolejkach będą mieli stratę do czołówki rzędu ośmiu punktów, a takiego dystansu w lidze można nie nadrobić już do końca sezonu.


pubsport.pl
Krystian Nowak
Mam 16 lat. Miłością do piłki zaraziłem się podczas EURO 2004, które nauczyło mnie futbolu. Piłkarzem już raczej nie zostanę, choć szansa na to przez moment była. Chciałbym w przyszłości być dziennikarzem sportowym, bo wydaje mi się , że na sporcie, a szczególnie na piłce, znam się bardzo dobrze. Ponadto byłaby to chyba jedyna praca, którą wykonywałbym z przyjemnością. Od lipca 2010 roku swoimi spostrzeżeniami na temat piłkarskiego świata dziele się na moim blogu, gdzie serdecznie zapraszam: http://prideoflondon.blox.pl/html
http://prideoflondon.blox.pl/html