Klasyki północy – epilog

W ostatnią niedzielę odbył się ostatni z kolarskich klasyków północy, o których pisałem w tekście pod tytułem nomen omen Klasyki północy, mianowicie Liége-Bastogne-Liége, czwarty z wielkiej piątki monumentów kolarskich. W ten sposób mamy już sobą niemal wszystkie poważne wiosenne wyścigi jednoetapowe zaliczane do klasyfikacji World Tour, będąc jednocześnie u progu wieloetapowych wyścigów z „górnej półki”.

Przed nami rozpoczynający się dziś Tour de Romandie, a niebawem w maju Giro d’Italia oraz Amgen Tour of California (który prawdopodobnie jest najważniejszym wyścigiem spoza cyklu World Tour). Entuzjaści wyścigów klasycznych będą musieli cierpliwie poczekać do sierpnia na kolejne tego typu próby sił (hiszpański Clasica Ciclista San Sebastian, niemiecki Vatenfall Cyclassic i francuski GP Quest France – Plouay), nie mające jednak ani takich tradycji, ani takiego prestiżu w świecie kolarskim jak do niedawna kończące sezon włoskie Giro di Lombardia.

Ostatnie kilometry Liége-Bastogne-Liége wyglądały podobnie do Ronde van Vlaanderen, choć z nieco innym scenariuszem i z pewnego rodzaju niespodziewanym rozstrzygnięciem. Tak jak trzy tygodnie wcześniej, akcja decydująca o wynikach została zainicjowana niecałe 20km przed metą. Ponownie w głównej roli wystąpił Włoch, równie znany, co Ballan, jednak mniej utytułowany – Vincenzo Nibali z grupy Liquigas. Zaatakował na ostatnich metrach podjazdu na przedostatnie wzniesienie i uzyskał ponad 40-sekundową przewagę nad kilkunastoosobową grupą, w której znaleźli się prawie wszyscy faworyci wyścigu. Pomimo fatalnej realizacji transmisji telewizyjnej, udało się wypatrzeć w grupie pościgowej m.in. Gilberta, ‚Purito’ Rodrigueza, Gasparotto, Vanenderta czy Voecklera, ograniczając się do tych, o których wspominałem w poprzednim materiale. Kilkukrotne próby kilkuosobowych kontrataków, z których najbardziej obiecujący przeprowadzili Irlandczyk Daniel Martin (Garmin) i Francuz Pierre Rolland (Europcar), spełzły jednak na niczym. Dopiero śmiała akcja Kazacha Maxima Iglinskiego z najliczniej reprezentowanej w czołówce Astany zakończyła się powodzeniem. Nie dość, że samotnie zniwelował niemal niemożliwą do odrobienia przewagę, to jeszcze na ostatnim podjeździe przed metą pozostawił daleko za sobą Nibali’ego, którego zresztą w EuroSporcie ogłoszono przedwcześnie zwycięzcą (na usprawiedliwienie moich ulubionych komentatorów muszę jednak przyznać, że nie mieli łatwego zadania podczas relacji live wobec braku wiarygodnych informacji). Włoch stracił aż 21 sekund do cieszącego się już na ostatnich kilkudziesięciu metrach zwycięzcy, co wydatnie pokazało, ile sił kosztowała go brawurowa ucieczka. Po finiszu z grupy, trzecie miejsce zajął Gasparotto, dla którego było to już drugie kwietniowe podium, pieczętując niejako sukces kazachskiej grupy Astana. Niestety trudów końcówki nie wytrzymali dwaj bohaterowie środowej Strzały Walońskiej – Rodriguez i Gilbert – którzy nie dojechali na metę razem z grupą pościgową i zajęli miejsca poza czołową dziesiątką. Jako potwierdzenie, że Iglinski jest raczej sensacyjnym zwycięzcą wystarczy przypomnieć, że jego dotychczasowymi największymi sukcesami były wygrany etap i 9. w klasyfikacji końcowej w Tour de Romandie (2008) oraz czwarte miejsce w Tirreno-Adriatico (2010). Jeśli chodzi o Polaków, to oczywiście niespodzianki nie było, bowiem nasi kolarze wypełnili poprawnie swoje zadania pomocników i tradycyjnie zajęli dalekie miejsca (najwyżej sklasyfikowany został Maciej Paterski – na 56. miejscu).

Patrząc już teraz na cały ‚cykl’ można niewątpliwie stwierdzić, że jedyną gwiazdą na północnym firmamencie był Tom Boonen, który wygrał trzy pierwsze klasyki, a w sumie cztery, gdyby doliczyć uwzględnić jeszcze mniej ważną Strzałę Brabancką. Ponieważ w każdym wyścigu lista startowa może być zupełnie inna, to nie ma za bardzo możliwości wygodnego i obiektywnego porównania czy rankingowania kolarzy w tym przypadku. Patrząc na szczegółowe wyniki, mogę stwierdzić, że ostatni z wyścigów właściwie nie zmienił specjalnie mojej wstępnej analizy przeprowadzonej kilka dni temu. Bracia Schleckowie i Valverde nie pokazali znów nic (choć tym razem na przeszkodzie stanęły kłopoty techniczne), Cunego pozostał niespełniony, Gilbert nie poradził sobie w trzecim rozegranym w ciągu tygodnia wyścigu, a jedynie Gasparotto udało się dołączyć do grona kolarzy, którzy dwukrotnie zajmowali ‚medalowe’ pozycje. Zatem, oprócz zwycięzców (Boonena, Gasparotto, Rodrigueza i Iglinskiego), na wyróżnienie zasłużyliby Ballan, Breschel, Freire, mimo wszystko Gilbert, Mollema, Nibali, Pozzato, Sagan, Terpstra, Vanendert, Voeckler, gdyby przyjąć, że wyróżnikiem są co najmniej dwa miejsca w pierwszej dziesiątce.


pubsport.pl
Marek J. Śmietański
Bardziej analityk i statystyk niż dziennikarz sportowy, jednak tylko z zamiłowania. Oprócz tego, incydentalnie dziennikarz muzyczny. W życiu zawodowym - pracownik naukowo-dydaktyczny Wydziału Matematyki i Informatyki Uniwersytetu Łódzkiego. Choć amatorsko uprawiałem jedynie tenis stołowy i koszykówkę, to obecnie moje zainteresowania koncentrują się na wielu przeróżnych dyscyplinach, jednak ze wskazaniem na kolarstwo.
http://smietan.wordpress.com