Klasyki północy

Za nami już cztery jednodniowe wyścigi kolarskie zaliczane do tzw. klasyków północy, zatem dobry to czas na pewne podsumowania, skoro jesteśmy tuż przed końcem cyklu. A gdyby dołączyć do tej grupy pierwszą, a zarazem najłatwiejszą, jednoetapówkę czyli Gent-Wevelgem, to będziemy mieli już naprawdę solidną podstawę do analizy.

Zacznijmy jednak od odrobiny wyjaśnień, historii i statystyk. Klasyki północy tradycyjnie odbywają się zwykle w kwietniu, długość każdego z nich obowiązkowo znacznie przekracza 200 km na drogach przypominających jakościowo polskie szosy (czyli z mnóstwem dziur i nierówności), oprócz tego kolarze muszą pokonać liczne pagórki, no i na kilku z nich poradzić sobie z najważniejszym elementem w tej kwietniowej kolarskiej zabawie dla wybranych czyli brukiem. Mimo powszechnych zwykle protestów i częstych dyskusji, na szczęście trasy wyścigów nie są stałe i zmieniają się od czasu do czasu, co zapewnia swego rodzaju nową jakość pomimo wieloletniej historii, szczególnie dwóch, które po raz pierwszy odbyły się jeszcze w XIX wieku Liége-Bastogne-Liége (1892) i Paris-Roubaix (1896). W tym roku mieliśmy już okazję śledzić następujące imprezy: belgijski Ronde van Vlaanderen rozgrywany po raz 96, francuski Paris-Roubaix – po raz 110, holenderski Amstel Gold Race – po raz 47, belgijski La Flache Wallonne – po raz 76, a przed nami 98. edycja belgijskiego Liege-Bastogne-Liege. Zanim o tym, co działo się na trasach poszczególnych klasyków, najpierw przypomnę krótko niedawnych zwycięzców, żeby uświadomić sobie jak znani kolarze walczą o sukces w najważniejszych jednoetapowych wyścigach kwietnia. Tylko zwycięzców, bo – jak często powtarzają najgenialniejsi polscy komentatorzy kolarscy czyli panowie Wyrzykowski i Jaroński – w kolarstwie pamięta się jedynie tych, którzy wygrywają. Ograniczę się jednak tylko do aktywnych zawodników (z jednym wyjątkiem, gratuluję wiedzy temu, kto od razu się zorientuje) i ostatnich lat, żeby nie sięgać do zbyt dawnych czasów, bo  nazwiska starych mistrzów niekonieczne muszą być znane młodszym kibicom kolarstwa. W XXI wieku na najwyższym stopniu podium stawali przede wszystkim:
– Flandria – Boonen, Devolder (obaj dwukrotnie), Ballan, Cancellara;
– Paris-Roubaix – Boonen (trzykrotnie), Cancellara (dwukrotnie);
– Amstel Gold Race – Gilbert (dwukrotnie), Cunego, F.Schleck, Di Luca, Winokurow;
– Strzała Walońska – Gilbert, Evans, Valverde, Di Luca;
– Liége-Bastogne-Liége – Valverde, Winokurow, Bettini (wszyscy dwukrotnie), Gilbert, Di Luca.

Trzeba przyznać, że kwietniowe wyścigi w tym roku są dość interesujące, tym bardziej, że zakończenie każdego z nich przebiegało według niemal całkiem innego scenariusza. Na trasie Ronde van Vlaanderen działo się sporo, być może dlatego że była to niejako próba sił przed następnymi imprezami. Akcja, która zadecydowała o ostatecznym rozstrzygnięciu, została zainicjowana przez mistrza świata z 2008 roku i zwycięzcę Tour de Pologne z 2009 roku Włocha Alessandro Ballana (BMC) na 18km przed metą. Aby nie przegapić swojej szansy, dołączyli do niego mistrz świata z 2005 roku i zwycięzca wielu wyścigów jednoetapowych belgijski sprinter Tom Boonen (Omega) i były mistrz Włoch – Filippo Pozzato (Farnese Vini), odskakując od ponad czterdziestoosobowej czołowej grupy. Na ostatnich kilometrach Ballan kilkakrotnie próbował zaskoczyć towarzyszy ucieczki, jednak za każdym razem Boonen nie pozwalał mu odskoczyć na więcej niż kilka metrów, aż w końcu sam zaatakował nie dając szans rywalom. Zmęczony Ballan pozwolił się jeszcze wyprzedzić swojemu rodakowi Pozzato. Wyścig Paris-Roubaix wygrał również Tom Boonen, ale tym razem nie pozostawiając żadnych wątpliwości co do swojej wyższości, bo po samotnej 53-kilometrowej ucieczce i niejako przy okazji bijąc rekord średniej prędkości. Co ważniejsze, zwyciężył w tym wyścigu po raz czwarty (poprzednio w latach 2005, 2008 i 2009), doganiając w klasyfikacji indywidualnych zwycięstw w tym wyścigu innego Belga Rogera De Vlaemincka, jeżdżącego w zawodowym peletonie w latach 70-tych. Na marginesie wspomnę, że De Vlaeminck jest zresztą jednym z tylko trzech kolarzy na świecie (obok Rika van Looya i legendarnego Eddy’ego Merckxa), którzy wygrali wszystkie pięć wyścigów zwanych monumentami kolarstwa tj. Milan-San Remo, analizowane w niniejszym tekście Ronde van Vlaanderen, Paris-Roubaix i Liege-Bastogne-Liege oraz Giro di Lombardia. Boonen z kolei w ten sposób został jedynym kolarzem, który dwukrotnie zdobył dublet na bruku czyli wygrał w jednym roku Ronde van Vlaanderen i Paris-Roubaix (poprzednio dokonał tego w 2005 roku). Walkę o pozostałe miejsca na podium rozgrywaną tradycyjnie na betonowym torze kolarskim rozstrzygnęła między sobą piątka kolarzy, która bez skutku próbowała gonić mistrza. Drugi był Francuz Sebastien Turgot z grupy Team Europcar, a trzeci – ponownie Włoch Ballan, którzy poradzili sobie na finiszu z Hiszpanem Flechą (Sky) i Holendrem Terpstrą (Omega).

Zupełnie inny przebieg miały wyścigi rozegrane w ostatnich dniach. Już wydawało się, że Amstel Gold Race wygra trzykrotny mistrz świata Oscar Freire (Katusha), który po kilkukilometrowej ucieczce został doścignięty niemal na ostatnich metrach przez niewielką grupę. Nie udał się atak zwycięzcy poprzednich dwóch edycji Belgowi Philippe’owi Gilbertowi z grupy BMC i w efekcie finisz rozegrali między sobą Włoch Enrico Gasparotto (Astana), Belg Jelle Vanendert (Lotto) oraz Słowak Peter Sagan (Liquigas), przejeżdżając linię mety właśnie w takiej kolejności. Freire był dopiero czwarty, a Gilbert – szósty. Podobnie było w Strzale Walońskiej, gdy do ostatniego kilometra dojechała duża grupa goniąca dwóch śmiałków (Nordhaug i Hesjedal), którzy oderwali się od peletonu niespełna 8km przed metą. Jednak na finiszu mogli liczyć się tylko ci, którzy wytrzymali podjazd o nachyleniu 20-25%. Najlepiej poradził sobie Hiszpan Joaquin Rodriguez z Katushy, który dał niesamowity pokaz siły, odskakując na kilkanaście metrów goniącym go Szwajcarowi Albasiniemu (GreenEdge) oraz Belgom Gilbertowi (któremu znów nie udało się wygrać po ubiegłorocznym sukcesie) i Vanendertowi.

Tak jak w ubiegłym roku mieliśmy dwóch niemal sensacyjnych zwycięzców z Belgii (Nick Nuyens triumfował we Flandrii, natomiast kostkę brukową wręczaną zamiast pucharu za wygraną w Paris-Roubaix podniósł do góry Johan Vansummeren), w tym roku specjalnych sensacji jak dotychczas nie było, co więcej w ogóle ze świecą można szukać znaczących niespodzianek. Moim zdaniem, za jedyne godne uwagi zaskoczenie należy uznać drugie miejsce w wyścigu Paris-Roubaix Francuza Turgot – zawodnika, którego największymi dotychczasowymi sukcesami w zawodowym peletonie były wygrany etap w mniej znanym wyścigu Driedaagse De Panne-Koksijde i dwukrotne ukończenie Tour de France (za każdym razem jednak poza pierwszą setką). Wszystkie pozostałe miejsca na podium zajmowali kolarze, którzy już zapisali na swoim koncie niejedno zwycięstwo w poważnych wyścigach. Oprócz najlepszych, z bardzo dobrej strony pokazali się Peter Sagan, który był raz drugi, raz trzeci i raz piąty, Alesandro Ballan – dwukrotnie trzeci, Jelle Vanendert – raz drugi i raz czwarty, Oscar Freire – dwukrotnie czwarty oraz Filippo Pozzato – raz drugi i raz dziewiąty. Niestety rozczarowali zawodnicy, którzy obiecująco zaczęli ten sezon: Norweg Edvald Boasson-Hagen (grupa Sky) – jedynie piąty w Gent-Wevelgem, Sylvain Chavanel (Omega) – dziesiąty we Flandrii czy Lieuwe Westra (Vacansoleil), aczkolwiek ci dwaj ostatni musieli jechać na konto swoich liderów, Boonena i Marcato. Nie mogą zatem dziwić ich dalekie miejsca, choć jedynie w przypadku Chavanela ciężka praca pomocnika nie poszła na marne. Wydaje się, że w tym sezonie jakiś błąd w przygotowaniach popełnił Philippe Gilbert, który w ubiegłym roku zajął dziewiąte miejsce we Flandrii, a następnie wygrał wszystkie trzy pozostałe klasyki. Tegoroczna forma pozostawia wiele do życzenia, aczkolwiek należy zauważyć tendencję wzrostową, ponieważ po dalekich miejscach w dwóch pierwszych wyścigach i odpuszczeniu jazdy po francuskim bruku mistrz Belgii pokazał znaczącą zwyżkę formy, zajmując odpowiednio 6. i 3. miejsce w Amstel Gold Race i La Flache Wallonne.

Czy Gilbert wygra zatem Liége-Bastogne-Liége? Co prawda, kolejny raz nieobecny będzie Tom Boonen, ale prawdopodobnie pojawią się zarówno zwycięzcy poprzednich wyścigów Joaquin Rodriguez, Enrico Gasparotto, jak i Australijczyk Simon Gerrans (GreenEdge), który wygrał jedyny marcowy włoski klasyk – wyścig Milan-San Remo. Czy tym razem pokażą się dotychczas niemal prawie niewidoczni Hiszpan Alejandro Valverde (Movistar) oraz najsłynniejsi luksemburscy bracia Frank i Andy Schleckowie (RadioShack)? A może uda się akcja zawsze nieprzewidywalnemu Francuzowi Thomasowi Voecklerowi (Europcar) albo wciąż nie do końca spełnionemu kolarsko Włochowi Damiano Cunego (Lampre)? Jak wypadnie tym razem inny Włoch Vincenzo Nibali (Liquigas), który był 3. w Milan-San Remo i 8. w Walonii? Żałować tylko należy, że poważnej kontuzji – złamania obojczyka na skutek upadku w wyścigu dookoła Flandrii – doznał czterokrotny mistrz świata w jeździe na czas Szwajcar Fabian Cancellara z grupy RadioShack, który co prawda w ubiegłym roku nie wygrał żadnego klasycznego wyścigu, ale trzykrotnie stał na podium, a w tym roku był drugi w Milan-San Remo.

PS. Na koniec kilka słów o Polakach, którzy jednak po ostatnich sukcesach w kilku wieloetapowych wyścigach (dobre występy Gołasia i Szmyda w Volta a Catalunya, Huzarskiego w Settimana Coppi e Bartali, Rutkiewicza w Circuit des Ardennes) nie podtrzymali dobrej passy polskiego kolarstwa. Inna sprawa, że nasi nie pojechali tam w roli faworytów czy też czarnych koni, ale aby wykonywać ciężką pracę pomocników. Nie jest to jednak żadne zaskoczenie, biorąc pod uwagę, że całej historii klasyków w ‚dziesiątce’ plasował się jedynie kilkakrotnie Zbigniew Spruch (5. i 9. miejsce w Ronde van Vlaanderen odpowiednio w latach 1999 i 2000). Najwyżej sklasyfikowany był jeżdżący w barwach Saxo Banku Jarosław Marycz, który zajął 56 miejsce w wyścigu Gent-Wevelgem, nie licząc 25 miejsca Michała Gołasia w mniej znaczącej Strzale Brabanckiej, którą zresztą wygrał nie kto inny, jak sam mistrz Boonen. Zatem tegoroczne wyniki Polaków należy potraktować z jednej strony jako normę, a z drugiej – jako etap przygotowań do ważniejszych dla nich wyścigów. Inna sprawa, że należy się cieszyć z zauważalnego udziału Polaków w klasykach Północy po wielu latach posuchy, kiedy to żaden nasz kolarz nie pojawiał się na tych trasach. W tym roku, poza Paris-Roubaix, na każdym wyścigu widzieliśmy co najmniej dwóch polskich cyklistów, a w Strzale Walońskiej – nawet czterech. Oprócz Marycza, pokazali się Maciejowie Bodnar i Paterski (Liquigas), Michałowie Kwiatkowski i Gołaś (Omega) oraz Tomasz Marczyński (Vacansoleil).


pubsport.pl
Marek J. Śmietański
Bardziej analityk i statystyk niż dziennikarz sportowy, jednak tylko z zamiłowania. Oprócz tego, incydentalnie dziennikarz muzyczny. W życiu zawodowym - pracownik naukowo-dydaktyczny Wydziału Matematyki i Informatyki Uniwersytetu Łódzkiego. Choć amatorsko uprawiałem jedynie tenis stołowy i koszykówkę, to obecnie moje zainteresowania koncentrują się na wielu przeróżnych dyscyplinach, jednak ze wskazaniem na kolarstwo.
http://smietan.wordpress.com