Kobieta jaka jest, każdy widzi

Sparafrazowany tytuł wydaje się pewnikiem. W sporcie  pewnikiem nie jest, bo medale w konkurencjach kobiet zdobywali mężczyźni. To wydaje się zwykłym oszustwem, ale co w sytuacjach, gdy płeć trudno stwierdzić? W lekkoatletyce przykładów co niemiara.

Maciej Petruczenko, spec Przeglądu Sportowego od lekkoatletyki, opowiadał na swoim blogu, jak jadąc na zawody MŚ w  Helsinkach, uciął sobie w podmiejskim autobusie pogawędkę  z młodym zawodnikiem z Afryki, by następnie spaść z krzesła, widząc ją (!)  startującą w biegu na 400 metrów. Amy Mbacke Thiam była nawet mistrzynią świata z Edmonton (2001) na tymże dystansie.

Głośny był zgrzyt z Caster Semenya, która 4 lata temu w Berlinie wygrała bieg na 800 m. Rywalki pokonała niczym… facet. Rok trwał proces badań nad jej płcią, w tym czasie nie mogła stratować. Badania wykazały, że jednak jest kobietą, dopuszczając ją do zawodów. W MŚ w 2011 w Taegu zdobyła srebro, taki sam krążek wywalczyła na igrzyskach w Londynie. Na zbliżające się MŚ w Moskwie nie uzyskała wymaganego minimum, co wydaję się być łabędzim śpiewem  zawodniczki, za którą ręczył nawet Nelson Mandela. Problem płci dotyczy sportu od zawsze. Nader frapująca wydaje się biografia Stanisławy Walasiewicz, która w 1932 na igrzyskach w Los Angeles zdobyła złoty medal w biegu na 100 m.

Walasiewicz przychodzi  na świat w 1911 roku w Wierzchowni, 100 km od Torunia. Gdy ma zaledwie 3 miesiące, wraz z rodzicami emigruje do Stanów Zjednoczonych. W Cleveland trenuje jako nastolatka, osiąga spore sukcesy, jednak na igrzyskach nie może wystąpić, wyraźnie przeszkadza brak amerykańskiego obywatelstwa, a uzyskać je mogła, osiągając pełnoletność. Z perspektywy czasu wydaje się znakomite dla Polski. Bodźcem zachęcającym do przyjazdu do ojczyzny jest wielki sukces Haliny Konpackiej, która w 1928 roku w Amsterdamie wywalczyła pierwszy złoty medal dla Polski na igrzyskach. Walasiewicz trenujew polonijnym klubie Sokół, a następnie przyjeżdża do Warszawy. Jako osiemnastolatka jest zawodniczką klubu  Sokół-Grażyna, pięć lat później przechodzi do Warszawianki.

Zbliżają się igrzyska w Los Angeles, amerykańska federacja przypomina sobie o Polce i proponuje jej obywatelstwo. Walasiewicz woli reprezentować kraj swojego pochodzenia i kraj, gdzie – bez wątpienia – wspięła się na wysoki poziom lekkoatletyczny. Nie obchodzi się bez krytyki wobec pani Stanisławy za Oceanem. Amerykanie mieli nosa,  proponując jej obywatelstwo USA. Walasiewicz wyrównuje rekord świata (11,7 s) i zdobywa złoto. Co ciekawe, tego samego dnia zajmuje 6 miejsce w rzucie dyskiem. 

Na tych samych igrzyskach na 10 000 metrów zwycięża Janusz Kusociński, a biegnie w źle dobranych butach. Mimo tego przełamuje hegemonię Finów na tym dystansie.  Wraz z Walasiewicz stają się najpopularniejszymi sportowcami w latach międzywojennych, oboje wielokrotnie wygrywają plebiscyt Przeglądu Sportowego. Na kolejnych igrzyskach Stanisława ulega tylko Helen Stephens, z czego jest jednak niezadowolona.

Pewnie zdziwiło Was, że ani razu nie wspomniałem o sukcesach na ME czy MŚ.  Mistrzostw Świata nie było, bo na początku XX wieku IAAF stwierdził, że taką rolę mają pełnić igrzyska. Ideę stworzenia MŚ podjęto jakieś 50 lat później. Ale w 1938 r. kobiety mogą wystartować po raz pierwszy na ME. W Wiedniu startuje także nasza duma narodowa i robi niemałą furorę. Na 100 m i 200 m jest bezkonkurencyjna, wespół z koleżankami  w sztafecie 4x100m zdobywa srebro, dokłada także srebro w skoku w dal. Gwiazdą staje się także na Światowych Igrzyskach Kobiet w 1930 roku. Wojna przerywa jej starty. Bierze później udział w 1946 na ME w Oslo, ale bez powodzenia. Po zakończeniu kariery za Wielka Wodą działała na rzecz Polonii, do Polski przyjeżdża jako gość Igrzysk Polonijnych w Krakowie. Cała jej biografia do momentu śmierci to dosyć typowa historia jak na tamte czasy. Sukcesy na kolejnych igrzyskach uniemożliwia wojna, ale złoty medal na IO i inne wielkie wiktorie pozwalają zdobyć uznanie w świecie sportu. 

Aż do jednego wydarzenia. 4 grudnia 1980 r. zostaje zastrzelona  podczas napadu na sklepu w Clevend. Koroner, czyli biegły medycyny sądowej w USA, podczas sekcji zwłok stwierdza, że Walasiewicz to obojnak i ma nie w pełni rozwinięte narządy płciowe męskie i żeńskie.  Badania wykazały, że miała męski chromosom Y. Konsekwencji żadnych nie wyciągnięto, oficjalne organizacje nie odniosły się do tej sprawy. Gdyby nie to zabójstwo, ta sprawa nigdy nie wyszłaby na jaw.

Przykrą historią jest przypadek Ewy Kłobukowskiej, która musiała skończyć karierę sportową po donosie działaczy NRD i ZSSR do IAAF. Międzynarodowa Federacja Lekkoatletyczna anulowała jej rekord świata na 100 m (11,1), a także rekordy polskiej sztafety z udziałem Ewy na IO w Tokio. Kłobukowska opuściła sport, aby uniknąć międzynarodowego skandalu, gdyż posądzano ją o, jakby to powiedzieć, bycie nie-kobietą. Jednak rozróżnienie płci poprzez pary chromosomów, co wówczas stosowano, z punktu widzenia dzisiejszej medycyny jest nieprawidłowe. Męski chromosom nie pomaga zbytnio w sporcie, nie decyduje o masie mięśniowej. Przyznam się bez bicia, że te chromosomy średnio rozumiem.

Inspirowałem się artykułem z „Magazunu Przeglądu Sportowego” (XII 2010)


pubsport.pl
Bartosz Śliwicki

Uczeń gimnazjum, mieszkaniec Sompolna, fanatyk sportu. Lubi futbol w najwyższym wydaniu, ale nie gardzi biegami i skokami w zimę. Często ślęczy nad tenisem, namiętnie śledzi poczynania Radwańskiej i Janowicza. Pseudo-erudyta, nieokrzesany humanista, ministrant, ironista, leń i naczelny krytyk wszystkiego. Gustujący w refleksyjnych filmach oraz Depeche Mode. Żarliwy entuzjasta reportaży i Jerzego Pilcha.