KOLEJNE K.O, CZYLI JAK BARCELONA KROCZY PO TYTUŁ MISTRZA HISZPANII

Hiszpańscy dziennikarze używają terminologii bokserskiej, by jak najlepiej zobrazować strzeleckie wyczyny barcelońskiej maszyny do zdobywania goli. W minioną środę w pył zostało rozbite Getafe, skromna drużyna z przedmieść Madrytu przyjęła sześć razów od Barcy, dziś ofiarą plejady megagwiazd z Katalonii padł outsider z Kordoby. Zespół już dłuższy czas okupujący dno ligowej tabeli, został definitywnie zdegradowany do Segunda Division, a zatem Barcelona nie ma litości dla nikogo, nawet możni światowej piłki mogą mieć obawy przed starciem z uskrzydloną ekipą Luisa Enrique. Bayern Monachium już czeka z niepewnością na środowy wieczór, kiedy rozpocznie się pasjonująca rywalizacja z Katalończykami w półfinale Champions League.

Rok temu o tej porze w lidze hiszpańskiej działy się rzeczy przedziwne, wpadki zaliczała Barcelona, która znajdowała się w stanie dekadencji i życzliwi jej ludzie zaczęli bić na alarm, by uchronić podupadającą potęgę przed utkwieniem w marazmie. Mimo permanentnego kryzysu Barca do samego końca ligowych zmagań była w grze o mistrzostwo, Real bowiem na własne życzenie gubił punkty, ostatecznie na tej niemocy dwójki hiszpańskich hegemonów najbardziej skorzystało Atletico Madryt, które dość nieoczekiwanie na finiszu rozgrywek wysunęło się na fotel lidera i przełamało duopol madrycko-barceloński. Tak czy inaczej oglądaliśmy na hiszpańskich boiskach wyścig żółwi, chroniczną nieporadność i wtórny analfabetyzm futbolowy. Dziś La Liga wskoczyła na najwyższe obroty, nabrała rumieńców, a napięcie rośnie z każdą kolejką, ale ponieważ Barcelona osiągnęła absolutny szczyt formy, tylko najwięksi optymiści z białej części Madrytu liczą na to, że na ostatniej prostej drogi po tytuł straci kontrolę nad sobą i da sobie urwać jakieś punkty. Dziś liga hiszpańska jest bezdyskusyjnie najsilniejsza w całej Europie, a hitów dostarcza nam co nie miara, spotkania szlagierowe mają swój prestiż, jednak nie pęta on nóg piłkarzom, wręcz przeciwnie- grają oni na najwyższym poziomie intensywności, a emocje sięgają zenitu. Oczywiście to wszystko wytarte banały, ale patrząc na takie mecze, jak ten Sevilli z Realem, człowiek nie może oderwać wzroku od telewizora, gdyż chłonie to widowisko z wielkim podziwem, nawet jeśli mecze Primera Division coraz częściej zamieniają się w dość chaotyczne i beztroskie gry, to przecież w ten sposób pojęcie ”partido loco” nie zostaje zdewaluowane, potrzeba nam trochę szaleństwa, dziś nawet Diego Simeone czasami nie potrafi zaprowadzić taktycznej dyscypliny na boisku. Oglądając spotkanie Sevilli z Realem można było od emocji zwariować, Grzegorz Krychowiak starł się z Sergio Ramosem i musiał na chwilę opuścić boisko, by dojść do siebie, w tym czasie Cristiano Ronaldo strzelił Andaluzyjczykom dwa gole, Ronaldo w całym meczu ustrzelił hat tricka, a mimo to nie zagrał perfekcyjnego meczu, zanotował wiele strat, nieudanych zagrań, zwyczajowo też padał na murawę po lekkich zetknięciach z rywalami. To był naprawdę zwariowany mecz, jeszcze więcej takich prosimy, w końcówce tej prawdziwie frapującej rywalizacji Real znalazł się w potrzasku, Sevilla nacierała, natomiast Królewscy nie byli w stanie odeprzeć tych ataków dzielnych piłkarzy Emery’ego. Ten mecz pokazał też, że niektóre drużyny w Hiszpanii dynamicznie się rozwijają, na początku sezonu, kiedy ekipa z Ramon Sanchez Pizjuan wybrała się na Camp Nou do Barcelony, pozostawiła po sobie fatalne wrażenie, poległa 1:5, a Leo Messi wkręcał w ziemię, kogo popadnie, skarcił Sevillę trzema golami, a piłkarze Emery’ego wracali do swoich domów niepyszni. Dziś mogą mieć w sobie trochę nawet takiej pychy, zatrzymali niedawno Barcelonę, dziś byli o krok od tego, by odebrać punkty Realowi Madryt. Sevilla może stanowić zatem pewną alternatywę dla Atletico Madryt, jeśli drużyna Diego Simeone zamknęła swój piękny okres, bez wątpienia ma kto ją zastąpić w uprzykrzaniu życia hiszpańskim kolosom.

Mecz Barcelony z Cordobą zapowiadał się na lekkie przetarcie przed wielką bitwą w LM, to miała być czysta formalność i Barca oczywiście formalności dopełniła, Leo Messi strzelił dwa gole i na moment wywindowało go to na pozycję lidera w klasyfikacji najlepszych strzelców La Liga, Messi jednak nie grzeszy pazernością na gole, oddał przecież karnego Neymarowi, któremu znowu na boisku zbytnio się nie wiodło, tak czy inaczej Brazylijczyk trafił z wapna, co mogło dodać mu otuchy, a stan ducha gwiazdy drużyny w obliczu końcowych rozstrzygnięć w Primera Division to też rzecz istotna dla ludzi z Camp Nou. Przed tym meczem przeczytałem ciekawą opinię byłego trenera Barcelony Gerardo Martino, który w pochlebnych słowach wypowiedział się o Leo Messim, nie szczędził mu komplementów, ale zwłaszcza jeden fragment wyjęty z tej rozmowy jest godny odnotowania. Mianowicie argentyński szkoleniowiec pokusił się o stwierdzenie, że Messi jest teraz mniej efektowny, z czym można polemizować, ale za to dojrzał jako piłkarz, w tej kwestii raczej trudno nie podzielać poglądu Martino. Leo stał się szczodry dla swoich kolegów z drużyny, w przeciwieństwie do Cristiano Ronaldo, który domaga się od nich dopieszczonych podań, samemu nie angażując się dostatecznie w grę zespołową. Messi jest wolnym elektronem na boisku, ale lubi pograć w środku pola, stamtąd posłać kapitalną piłkę do jednego z partnerów, by ten zwieńczył jego najwyższej próby zagranie golem.

Wczoraj minęło równo dziesięć lat od pierwszego gola Leo Messiego dla Barcelony. Wtedy jeszcze długowłosy młokos zmienił w końcówce meczu z Albacete mocno niezadowolonego z tej decyzji personalnej trenera Samuela Eto’o, Kameruńczyk walczył bowiem o tytuł Pichichi, a Frank Rijkaard miał czelność go poświęcić w momencie tak newralgicznym także dla układu tej tabeli strzelców. W każdym razie Leo zaliczył wejście smoka, szybko strzelił gola po podaniu Ronaldinho, ale arbiter przy tej bramce dopatrzył się spalonego, jednak młodzian się nie podłamał, minęło kilka minut i ponownie trafił do siatki. Dziś wszyscy z sentymentem wspominają tamten piękny moment, Messi- czyli flagowy produkt szkółki La Masia, wówczas pracującej pełną parą, dziś trochę zaniedbanej, złotymi zgłoskami zapisał się na kartach historii nowożytnego futbolu, choć może i nie tylko. Wciąż jego kandydatura na gracza wszech czasów zyskuje poparcie licznej grupy futbolowych entuzjastów, szczególnie żarliwie sławią go wielbiciele artyzmu w piłce. ”Marca” w piątek przypominała o Messim w zestawieniu z Maradoną, o tym, że Boski Diego strzelił dwa gole, które potem ”skopiował” jego następca. Tak czy inaczej abstrahując od tych zwałów tekstów, zawierających w zasadniczej mierze komunały, przypominam o taktycznej ewolucji Messiego, kiedyś już o tym pisałem szerzej, a teraz pokrótce mogę skonkludować, że u progu swojej wielkiej piłkarskiej kariery chłopiec z Rosario był egoistycznym skrzydłowym, obecnie ma zadatki na najlepszego playmakera spośród wszystkich, a może już nim jest, kto to wie?

Barcelona rozpędza się i rozpędza, włącza piąty bieg, a za czasów Gerardo Martino nużyła nas, gdyż preferowała bieg jałowy, wymiana niezliczonej liczby krótkich podań po obwodzie mijała się z celem, ale wówczas w Katalonii wyznawano zasadę, że jest to cel sam w sobie i nieodzowny hołd dla klubowych prycnypiów. Owszem, dzisiejsza Barcelona nie czaruje tak jak dawniej, ale wciąż jest piekielnie mocna i punktuje przede wszystkim znakomicie. Tak czy inaczej potrafi nas zachwycić swoim technicznym kunsztem i takimi piłkarskimi fajerwerkami, w ostatnich trzech meczach robiła ze swoimi rywali, co tylko zechciała…Drżyj Bayernie Monachium!

Real Madryt chyba nie ma szans, by sięgnąć w tym sezonie po mistrzostwo Hiszpanii. Ekipa Ancelottiego jest drużyną zbyt chimeryczną, natomiast Barca prezentuje równą formę, nie ma gwałtownych wahań, przez co układ tabeli nie ulega zmianom, nie następują w nim żadne fluktuacje.

Dziś klasę w Realu przejawia głównie James Rodriguez, pozostali grają raz lepiej, raz gorzej. Można ewentualnie wyróżnić jeszcze Javiera Hernandeza, który jednak po sezonie zmieni barwy klubowe, w Realu nie doświadczy ani odrobinę wdzięczności. Choćby Marcelo, który potrafi być świetny, a przeciw Sevilli sabotował grę, jest niezbitym dowodem na ową chimeryczność. Tak czy inaczej nikt nie pobije pod względem piłkarskiej niefrasobliwości Illaramendiego, ten transfer to chyba największa pomyłka jeśli chodzi o politykę transferową Realu Madryt.

Ludziom, którzy podejmują się zgłębienia fenomenu Cristiano Ronaldo, biję pokłony. Muszą sobie zadawać ogromny trud, jest to bowiem zadanie cokolwiek karkołomne. Czy geniuszem jest ktoś, kto wygląda na sępa pola karnego, który żeruje na najdrobniejszych błędach swoich nieprzyjaciół? Owszem, proszę wyczuć nutę ironię, tym niemniej Ronaldo słabnie, to już nie jest ta uznana firma, co kiedyś. Dzisiaj jest takim boiskowym cynglem, który wykonuje wyroki. Od czarowania jest Leo Messi. Gdyby jednak Ronaldo jeszcze umiał się zachować czasem jak dorosły facet, nikt by nie miał tego za złe, on jednak woli zgrywać rozwydrzonego dzieciucha, który jest wiecznie sfrustrowany golami Messiego i daje temu wyraz w sposób kuriozalny, ale też jak najbardziej zasmucający, chociażby wtedy gdy kolega z drużyny pakuje piłkę do siatki, mimo iż przecież winień zostawić futbolówkę najdroższemu Cristiano, Alvaro Arbeloa najwyraźniej nie jest na tyle szlachetny.

TABELA I TERMINARZ LA LIGA >>>

Bartłomiej Najtkowski


pubsport.pl