Kolejny raz wiadomo kto, ale tym razem wyjątkowo

Niektórzy fani Formuły 1 już nie oglądają wyścigów (a tym bardziej kwalifikacji) z zaciekawieniem, bo w ciemno mogą przewidzieć, kto wygra. Fakt, tym razem też wygrał Sebastian Vettel, ale to zwycięstwo jest wyjątkowe zwłaszcza dla jego zespołu.

Wszystko dlatego, że to było pierwsza wygrana i pierwsze podium dla zespołu Red Bull na Monzy. Choć raz ktoś z czerwonym bykiem na kombineonie stał na najwyższym stopniu pudła, ale to był wówczas kierowca Toro Rosso. To… Sebastian Vettel trzy lata temu. Wydaje mi się, że podczas grania hymnów po dzisiejszym wyścigu wrócił pamięcią do wydarzeń z 2008 roku i stąd pojawiły się w jego oczach łzy.

Lecz trzeba przyznać, że może być dumny ze swojej postawy. Wydawało się, że jeśli inni mieli go dopaść, to właśnie tutaj, na słynnej Monzy, gdzie to szybkość (lub ewentualnie długość przełożeń skrzyni biegów) gra najważniejszą rolę.  Okazało się, że Adrian Newey znalazł idealny kompromis dla RB7 i dzięki temu lider klasyfikacji MŚ po stracie pierwszego miejsca na początku wyścigu, zaraz zdołał na nie powrócić. I od tego momentu oddalał się konkurencji tak, że już nikt go nie dogonił. Na pewno „użył” też swojego talentu, bo wcale na prostych odcinkach toru nie był najszybszy.

Bardzo szybkie były Ferrari i Mercedes(y). Należy przyznać, iż ta dłuższa przerwa po GP Węgier wpłynęła na nich pozytywnie, bo nie dość, że mają znakomite prędkości w tzw. „pułapkach”, to jeszcze zdobywają dużo punktów do klasyfikacji generalnej. Co prawda dziś drugi dojechał Jenson Button, ale to dlatego, że wykorzystał swój wielki atut – oszczędzanie opon.

Najwięcej, żeby nie powiedzieć wszystko działo się w pierwszej połowie wyścigu. Rozrywkowo zaczął nam Vitantonio Liuzzi, który wywalił z wyścigu na pierwszej szykanie Petrova i Rosberga. Szkoda mi ich, zwłaszcza Niemca, bo sądząc po dyspozycji Schumachera oraz ostatnich wynikach Mercedesów, namieszałby trochę w czołówce. No i sobie chłopaki nie pojeździli…

Jeśli jesteśmy już przy zdaniach typu „co by było, gdyby” to warto zaznaczyć kapitalny występ Schumachera, który byłby jeszcze lepszy, gdyby nie to, że zużyły mu się opony i nie mógł już dłużej trzymać dwóch McLarenów za plecami. Wyobrażam sobie, jak bardzo zirytowany był Hamilton, gdy przez jakieś 10-13 kółek nie mógł wyprzedzić siedmiokrotnego Mistrza Świata. Zabawnie wyglądało, jak Brytyjczyk z DRSem osiąga taką samą prędkość, jak Niemiec bez tej pomocy.

Było słówko o Ferrari, będzie jeszcze jedno. Otóż włoscy kibice, dla których liczą się tylko te czerwone samochody bardzo się cieszą z trzeciego miejsca Fernando Alonso. W ogóle mogą radować się z jego występów w tym sezonie. Z drugiej strony denerwuje i martwi ich forma Felipe Massy. Jego najwyższe miejsce w wyścigu w roku 2011 to piąte, powtarzane 4 razy. A w punktacji zbliżają się do niego zawodnicy Mercedesa. Pora na przebudzenie Brazylijczyka, bo jakoś nie umie się odnaleźć odkąd wrócił do ścigania po wypadku.

Honoru Renault bronił Bruno Senna. I, jak się okazało, bronił całkiem ładnie, zdobył dwa punkty. W Belgii pokazał, że stać go na więcej, więc czekamy. Będzie miał jeszcze kilka szans do udowodnienia swojego talentu. Pewnie nawet w swojej ojczyźnie w listopadzie.

Drugi raz w tym roku mamy taką sytuację, że tylko sześciu zawodników było niezdublowanych. Złożyły się na to co najmniej dwa czynniki – świetna jazda Vettela i duża liczba zawodników, którzy nie ukończyli wyścigu (9). Poprzedni raz stało się tak w… Monako. Cieszą się z tego w Toro Rosso, bo w czasówkach lądują daleko od czołówki, ale dzisiaj mieli szczęście, że nikt w nich nie wjechał i że auto bezawaryjnie dojechało do mety. Taki właśnie jest sport.

Na pożegnanie z Europą zmieniła nam się sytuacja w klasyfikacji ogólnej zawodników. Wszystko przez brak docisku na Parabolice Marka Webbera i szybki koniec występu Australijczyka we Włoszech. Jego szanse na Mistrzostwo Świata spadły z poziomu „jakichś tam” na „potrzebujący cudu”. Zresztą tak jest w przypadku zarówno jego, jak i Hamiltona, Alonso i Buttona. Prawdopodobnie po GP Japonii Sebastian Vettel zapewni sobie obronę tytułu i walka zarówno w klasyfikacji indywidualnej, jak i zespołowej toczyć się będzie już tylko o podium… No cóż, raz na wozie (czyli emocje – sezon 2008), raz pod wozem (emocji mało – sezon 2011)…

To koniec Formuły 1 w Europie, a więc (prawie) koniec wyścigów o „wygodnych” porach dla nas. Po nocach w Singapurze dopiero się okaże, ilu mamy prawdziwych kibiców królowej sportów motorowych.


pubsport.pl
Krzysztof Sędzicki
Uczeń I LO w Łodzi. Już jako przedszkolak oglądałem transmisje sportowe w telewizji. Kilka lat pograłem w koszykówkę, ale nie spodobała mi się i już pod koniec gimnazjum przerzuciłem się na amatorską odmianę siatkówki i skoku wzwyż. Pasjonuję się wieloma dyscyplinami, przede wszystkim piłką nożną, siatkówką, formułą 1 i skokami narciarskimi. Czasami lubię też pooglądać inne sporty, np. koszykówkę, biathlon, tenisa, snookera, darta... Nie ma tygodnia, żebym czegoś nie obejrzał! Tak, uznawaj mnie za sportowego maniaka! Dobrze mi z tym! W przyszłości chciałbym zostać dziennikarzem - komentatorem sportowym. Póki co, próbuję swoich sił na kilku frontach - na blogu (sedzik.blox.pl), tele-sport.pl, TakSięGra TV i właśnie tu, na Pubsport.pl, gdzie piszę artykuły, felietony, relacje i robię kilka rzeczy, których nie widać gołym okiem, gdzieś tam "za kulisami".
http://sedzik.blox.pl