Kryzys zażegnany. Nad Camp Nou słońce wreszcie wyszło zza chmur

Od pewnego czasu coraz więcej  sportowych mediów trąbiło o rzekomym kryzysie, który dopadł Dumę Katalonii. Nawiasem mówiąc, głosy te z każdym dniem zdawały się być coraz bardziej uzasadnione. Ostatnie wyniki zdecydowanie nie napawały optymizmem. Luis Enrique powoli zaczynał sprawiać wrażenie człowieka nieodnajdującego się w tym, co robi. Gdy przed tygodniem jego drużyna miała fantastyczną  okazję, by  doskoczyć do Realu Madryt, ten zostawił na ławce  dwóch liderów zespołu – Messiego i Neymara. Decyzja ta była o tyle dziwna, że obaj zawodnicy – podobnie jak reszta drużyny – mieli przecież dość długą przerwę od grania (po co więc dawać im kolejną możliwość odpoczynku?). Efekt wszyscy doskonale znamy, porażka z Sociedad po bezbarwnej grze. Potem gruchnęła wiadomość o rzekomym konflikcie pomiędzy Messim a Enrique. Ktoś sypnął nawet, że trener postawił przed zarządem absurdalne (!) wręcz ultimatum, które brzmiało: albo Messi, albo ja. Dzisiejszy mecz miał dać odpowiedź, czy na Camp Nou  rzeczywiście jest aż tak źle. Atletico, podbudowane pucharowym triumfem w środku tygodnia nad Królewskimi, w konfrontacji z Blaugraną nie miało jednak żadnych szans. Barca nie pozostawiła im skrupułów. O kryzysie na Camp Nou – przynajmniej przez jakiś czas – już nie usłyszymy.

Nie boję się tego typu stwierdzeń – uważam, że pierwsza połowa w wykonaniu teamu Enrique była niemal perfekcyjna.  Barcelona doskonale grała w defensywie. Każda akcja Atletico była duszona już w zarodku. Griezmann, który w ostatnim czasie potrafił wręcz zadziwiać swoimi umiejętnościami, nie istniał. Gdy tylko dotknął piłkę, zaraz pojawiało się przy nim kilku zawodników ubranych w granatowo – bordowe stroje. Arda Turan nie wnosił nic, Koke sprawiał wrażenie gościa, który nie może odnaleźć się na placu gry. Mandżukicia to już w ogóle nie było widać, śmiem nawet twierdzić, że osoba, która nie znała wyjściowych składów obu zespołów na ten mecz, mogła Chorwata zlokalizować na boisku dopiero przy okazji karnego dla Atletico. W pierwszej części gry Rojiblancos nawet raz nie zagrozili bramce Bravo. Dużo mówi zresztą statystyka strzałów z pierwszej odsłony – 11:1, oczywiście na korzyść gospodarzy.

Siła Barcy nie tkwiła dzisiaj w środku pola. Oglądając jej mecze zwykle słyszymy co rusz powtarzane przez komentatora nazwiska Busqetsa, Iniesty czy Rakitcia, którzy zaliczają zdecydowanie najwięcej kontaktów z piłką i regulują tempo gry. Dzisiejszego wieczora wspomniana trójka usunęła się w cień, a gra zespołu momentami zupełnie nie przypominała tej starej, monotonnej tiki – taki. Barca najgroźniejsza była z kontry. Imponowało południowoamerykańskie trio Messi – Suarez – Neymar. Każdy z nich był dzisiaj w bardzo dobrej formie i każdy zaliczył po golu. Doskonale się poruszali, nawzajem robili sobie miejsce, stale wymieniali się pozycjami. Mały Argentyńczyk był momentami genialny, tak jak kiedyś. Suarez wreszcie zaczął przypominać tego bezczelnego typa, który był koszmarem dla wszystkich obrońców w Premier League. A Neymar…… Neymar mijał rywali jak tyczki slalomem, z uśmiechem na ustach, na luziku, czasem tylko dawał się sfaulować Juanfranowi, który raz po raz polował na jego nogi (i chyba zasłużył na drugą żółtą kartkę). A, no i raz jeszcze Gimenez prawie rozwalił mu nogę, ale „genialny” tego dnia Undiano Mallenco nie dopatrzył się faulu (zresztą, o tym panu jeszcze za moment napiszę).

Druga połowa to obraz troszeczkę innej gry obu zespołów. 57 minuta, beznadziejny tego dnia Gamez potyka się o własne nogi, zaliczając przy tym delikatniutki kontakt ze stopą Leo Messiego, a pan w żółtym nie ma wątpliwości – wskazuje na wapno. Absurdalna decyzja, wydana przy stanie 2:0 dla FCB, ale to mógł być moment zwrotny tego spotkania. Mandżukić pewnie wykorzystał karnego. Jednak bandę Simeone tego dnia stać było na wypracowanie jeszcze tylko jednej dogodnej okazji – koncertowo zresztą zaprzepaszczonej.

Barca w drugiej połowie była inna. Mniej efektowna i błyskotliwa. Więcej było Iniesty i Rakitica, Messi gdzieś nam zaginął. Ale mimo wszystko, chłopaki Enrique przez cały czas kontrolowali mecz, którego wynik chyba nawet na moment nie wymknął im się z rąk. W końcówce Messi dobił rywala, który – przykro to pisać – w stu procentach na taki los zasłużył.

No i na koniec rzecz o panu Mallenco. Okolice piętnastej minuty, Gimenez z wielkim impetem wchodzi w kostkę Neymara (coś à la wejście jednego ze szkockich defensorów w nogę Lewego, ta nakładka, pamiętacie!), a pan z gwizdkiem spokojnie każe kontynuować grę. Faul na kartkę, jeśli nie na czerwoną, to na żółtą już z całą pewnością. Jakiś czas później ręka Messiego, która zapoczątkowała efektowny rajd Argentyńczyka zakończony dograniem do Suareza, który strzelił wtedy gola na 2:1. Potem jeszcze ten karny. Dzisiaj to chyba nawet pan Sławek z Ligi Plus Extra nie znalazłby argumentów na obronę arbitra. Żenujący performance.

Zawiodłem się na Atletico. W dzisiejszym starciu byli bezradni, między nimi, a ich przeciwnikiem, była przepaść. Jedyne, na co stać było bandę „El Cholo”, to agresywna gra. Czasem, rzekłbym nawet, zdecydowanie zbyt agresywna. Dzisiaj, poza wycinaniem kolejnych rywali, nie pokazali nic. A Barcelona udowodniła, że jeszcze potrafi…


pubsport.pl
Daniel Flak
Mam czternaście lat. Uwielbiam sport, a w szczególności piłkę nożną, w której zakochałem się oglądając w telewizji Mistrzostwa Świata w Niemczech. Od tego czasu regularnie trenuje i gram w klubie, obecnie w Rakowie Częstochowa. Oprócz tego, wielką przyjemność sprawia mi pisanie o futbolu. W przyszłości chciałbym zostać dziennikarzem sportowym. Prowadzę bloga, na którego serdecznie zapraszam: http://daniel99.blox.pl/html
http://daniel99.blox.pl