La Roja Z FURIĄ!

Hiszpanie obronili tytuł Mistrzów Europy. Wypada tutaj powiedzieć tradycyjne: A nie mówiłem? Podopieczni Vicente del Bosque zwyciężyli w finale w taki sposób, że nie można mieć wątpliwości co do tego, czy zasłużyli na obronę tytułu.

Tytuł wpisu celowo nawiązuję do artykułu kolegi Adriana Adamusa sprzed kilku dni, w którym autor zakwestionował wielkość reprezentacji Hiszpanii. Uznał m.in., że wymiana setek podań nie prowadzi do niczego. Owszem, po pierwszych czterech meczach na Euro mógł mieć takie wrażenie. Po 90 minutach półfinału również. Lecz poprawę można było zaobserwować już w dogrywce spotkania z Portugalią, a finał to już był koncert gry (czyli ulubione określenie mojego dziadka) w wykonaniu triumfatorów Euro 2012. Prawdziwych mistrzów poznaje się bowiem po tym jak kończą!

Nie zgodzę się z tymi, którzy sądzą, że to było spotkanie do jednej bramki. Widzieliśmy przecież, że Italia podjęła ryzyko, starała się przejść jak najbliżej hiszpańskiego pola karnego. Jak trudne było to do wykonania mogliśmy się przekonać po pierwszym kwadransie gry. Jednakże należy pochwalić Cesare Prandellego i jego zespół za taką postawę. Nie dali się okładać, walczyli. Mocno pilnowany był Mario Balotelli, ale to oczywiste – mógł wypalić to samo, co w półfinale z Niemcami i znacznie skomplikować sprawę.

Wielokrotnie nadzieję Włochom zabierał świetnie dysponowany Iker Casillas. Z pewnością kapitan hiszpańskiej drużyny był jednym z ojców wielkiego sukcesu, jaki nastąpił dzisiejszego wieczoru w Kijowie. Przed meczem słyszałem głosy bardziej ujmujące mu niż chwalące go, więc tym występem zamknął usta krytykom, którzy wytykali mu to i owo z wiekiem na czele.

Bardziej pokusiłbym się o stwierdzenie, że to był mecz do dwóch bramek i gry w dziesiątkę. Thiago Motta miał ogromnego pecha, a dodatkowo osłabił swój zespół. Od tej chwili tak naprawdę mecz się zakończył. Włosi naprawdę robili co mogli, ale tego wszystkiego było już w tym momencie za dużo. W pierwszych 45 minutach zużyli mnóstwo sił, aby blokować możliwości wykonywania tych szybkich i krótkich podań. Jednak atut ten zabrali rywalowi jedynie częściowo, nie całkowicie.

W finale nie zabrakło również paradoksów. Otóż posiadanie piłki i ilość podań (przynajmniej po godzinie gry) obie reprezentacje miały podobne. Nieco zakłamuje nam to rzeczywistość, ponieważ Hiszpanie przeważali dość zdecydowanie i mieli inicjatywę przez prawie cały czas trwania meczu.

Przed Mistrzostwami mówiłem, że jeśli ktoś miał zatrzymać La Furia Roja, to byliby w stanie uczynić to tylko Niemcy. Stwierdzenie to okazało się słuszne, choć Włosi wyeliminowali podopiecznych Joachima Loewa w półfinale. Na kilka krótkich chwil straciłem tę pewność, ale krótko po rozpoczęciu ostatniego meczu na Euro wróciła do mnie.

Zdenerwowało mnie to, iż trener Del Bosque znów nie wystawił w pierwszym składzie żadnego nominalnego napastnika. Na szczęście miał kto strzelać gole, a podczas drugich 45 minut pojawili się Torres oraz Mata i także pokonali Gianluigiego Buffona. Niby można zapytać, dlaczego nie było tak wcześniej, ale mało kto się tam teraz przejmuje takimi rzeczami. Jest tytuł? Jest. Koniec tematu.

Co by nie powiedzieć, Mistrzostwo należało się Hiszpanom, a medal należał się Włochom, którzy podnieśli się po mundialowej katastrofie sprzed dwóch lat i kolejnej aferze korupcyjnej. Tam znów powstała perspektywa na przyszłość. Zapowiada się dobrze i ciekawie, a tego przecież oczekujemy.

Towarzyszy mi teraz wiele emocji jednocześnie. Przede wszystkim radość, bo ci, na których konsekwentnie stawiałem od początku, wygrali (znów mogłem obstawić u bukmachera, ech). Czuję również dumę, bo mecz finałowy należał do naszego, polsko-ukraińskiego turnieju. Jest mi jednak także smutno, gdyż to koniec naszego święta. 31 meczów zostało rozegrane, wszyscy powoli wracają do siebie, atmosfera znika… Na szczęście mam jeszcze kilka(naście, albo dziesiąt) myśli związanych z Euro 2012, które będę się starał rozwijać w najbliższym czasie. Liczę, że to nieco przedłuży nam tą imprezę, przynajmniej tak w myślach albo sercach…


pubsport.pl
Krzysztof Sędzicki
Uczeń I LO w Łodzi. Już jako przedszkolak oglądałem transmisje sportowe w telewizji. Kilka lat pograłem w koszykówkę, ale nie spodobała mi się i już pod koniec gimnazjum przerzuciłem się na amatorską odmianę siatkówki i skoku wzwyż. Pasjonuję się wieloma dyscyplinami, przede wszystkim piłką nożną, siatkówką, formułą 1 i skokami narciarskimi. Czasami lubię też pooglądać inne sporty, np. koszykówkę, biathlon, tenisa, snookera, darta... Nie ma tygodnia, żebym czegoś nie obejrzał! Tak, uznawaj mnie za sportowego maniaka! Dobrze mi z tym! W przyszłości chciałbym zostać dziennikarzem - komentatorem sportowym. Póki co, próbuję swoich sił na kilku frontach - na blogu (sedzik.blox.pl), tele-sport.pl, TakSięGra TV i właśnie tu, na Pubsport.pl, gdzie piszę artykuły, felietony, relacje i robię kilka rzeczy, których nie widać gołym okiem, gdzieś tam "za kulisami".
http://sedzik.blox.pl