„Łatków” dwóch

Gdy przychodził do Podbeskidzia, wiązano z nim spore nadzieje na rozwiązanie problemu z brakiem rozgrywającego. Jako, że przez pół roku mógł tylko trenować i mało kto w ogóle widywał go na żywo, trwał w zbiorowej (nie)świadomości jako ofensywny pomocnik. W sparingach grał na tej pozycji i był beznadziejny. W lidze grał na tej pozycji i był jeszcze bardziej beznadziejny. Kiedy już wydawało się, że trzeba będzie go okrzyknąć niewypałem transferowym, okazał się zawodnikiem nieprzeciętnym na pozycji… Claude’a Makelele, mrówki Z, wyrobnika, człowieka od czarnej roboty. Jak zwał tak zwał. Matej Nather po prostu zasługuje na kilka słów, choćby dlatego, że… on sam nie zwraca uwagi.

Zobaczyłem go pierwszy raz na treningu tuż po awansie do ekstraklasy. Dryblował, strzelał, z dystansu, z bliska, lewa, prawa noga. „Cud, nie zawodnik!” – tak myślałem i tak opowiadałem wszystkim, którzy chcieli słuchać. A potem przyszły letnie sparingi. Ktoś pyta „A jak grał Nather?”. A, wiesz, nie wiem, nie rzucił mi się w oczy. Tydzień później to samo i to samo. Zacząłem podejrzewać, że coś jest nie tak.

Wreszcie na którymś z kolejnych meczów towarzyskich siadłem na trybunach i powiedziałem sobie: mecz obserwuję tylko na tyle, żeby być w stanie napisać relację, jednak głównie skupiam się na oglądaniu Nathera. Muszę sobie o nim wyrobić zdanie. I wiecie co? Zniknął mi. I zawsze mi tak znikał. Po 42 minutach nagle przypominałem sobie, kogo to ja miałem obserwować.

Zobaczyłem dopiero w lidze, jaki jest „beznadziejny”. Że playmaker z niego może nie jak ze mnie, ale jednak nawet nie jak z Adama Kompały.

Pierwszy raz spodobał mi się bodaj dopiero w pucharowym meczu ze Śląskiem Wrocław. Wtedy, gdy był ustawiony jako typowo defensywny pomocnik, zwróciłem na niego uwagę pierwszy raz w życiu. Nie podawał, nie strzelał, nie miał oczu dookoła głowy. Po prostu mylił się z Dariuszem Łatką. To znaczy był zadziwiająco ofiarny, świetny w odbiorze, przewidywał wszystko. No, no…

I nagle, niepostrzeżenie, skład Podbeskidzia na jego nieobecności bardzo traci. Bardzo. Byłem wielkim zwolennikiem Frantiszka Metelki w I lidze, ale w ekstraklasie zazwyczaj ciężko na niego patrzeć. Piotrka Komana zwolennikiem nie byłem nigdy, taki typ gracza, chociaż doceniam, że potrafi być przydatny. Ale Nather… Nather to obecnie rozmnożenie Łatki. Z jednego pomocnika, który, gdyby trzeba było, wsadziłby za drużynę rękę do ognia, jak Gajusz Mucjusz Scevola, zrobiło się takich dwóch. Co lepsze, obaj są niemal identycznego wzrostu, mają ten sam sposób gry, taką samą fryzurę, posturę i kolor włosów. Jeden ma numer 28, drugi 22, co z daleka wygląda bardzo podobnie.

Na eksplozji umiejętności Słowaka skorzystał też Łatka. Zawsze mówiło się, że jest go wszędzie pełno, ale teraz na trybunach często słyszę, że „ten Łatka to już przesadza. Sekundę temu był po drugiej stronie boiska”. No właśnie, bo teraz Nather jest w tak niewdzięcznej roli, że jego zadania na murawie same w sobie są trudne do dostrzeżenia. A jeśli już ktoś je dostrzeże, zazwyczaj… zapisze na konto Łatki. Matej, ja widzę! 🙂


pubsport.pl
Michał Trela

Kronika Beskidzka, Gazeta Wyborcza, SportSlaski.pl

http://trelik.blox.pl