LE: Fantastyczny mecz na Sanchez Pizjuan!

Gdy większość z nas po meczu Lecha z nieśmiałym uśmiechem na twarzy zabrał się za… inne sprawy, ja kontynuowałem czwartkowy wieczór z Ligą Europy. Nie mam wprawdzie Polsatu Futbol, ale od czego jest internet… Mogę jedynie powiedzieć: żałujcie, żeście nie widzieli!

Już miesiąc wcześniej postanowiłem sobie, że po spotkaniu w Poznaniu obejrzę starcie Sevilli z FC Porto. Dopiąłem swego. Wprawdzie mecz można było zobaczyć tylko w Shanghai TV (przez SopCasta oczywiście), ale po 10 minutach przestałem się przejmować komentatorem i zacząłem komentować sam.

Po pierwszych 30 minutach wydawało mi się, że z hitu będzie kit. Było dużo ostrej walki, a strzałów na bramki jak na lekarstwo. Twarda gra utrzymywała się do końca meczu. Na szczęście jednak najgorsze miałem już za sobą. Zaczęły się bowiem odważniejsze ataki na bramki zarówno jednej, jak i drugiej drużyny. Jednakże to „ciosy” podopiecznych Gregorio Manzano były groźniejsze, bo celniejsze i częstsze. Wprawdzie po żadnym z nich gol nie padł, ale po zakończeniu I części spotkania można było wskazać gospodarzy jako faworytów do wygranej tego meczu.

Druga połowa była fantastyczna, o ile pominiemy pierwsze 7 minut, kiedy to gra była zbyt ostra i doszło do przepychanki na boisku. Potem było już tylko lepiej. Sevilla powróciła do przesiadywania na połowie Porto, ale ciągle brakowało albo dobrego ostatniego podania do Kanoute czy Luisa Fabiano, albo miejsca na strzał, bądź też celności po uderzeniu któregoś z nich. W 58. minucie rzut wolny dla klubu z Portugalii z ok. 30 metrów wykonywał James Rodriguez, a w polu karnym Rolando jeszcze zmienił jej kierunek i pokonał Heltona. 5 minut później także z rzutu wolnego, ale bitego kilka metrów bliżej od bramki Potro, dośrodkowywał gracz Sevilli, Ivan Rakitić. Najwyżej w szesnastce wyskoczył Federic Kanoute i wyrównał stan meczu. Tak krzyczałem „gooooooool”, że do pokoju wszedł mój tata i kazał mi siedzieć cicho. A graniczyło to z cudem, ponieważ mecz był bardzo emocjonujący! Później spotkanie wyglądało podobnie, jak w ostatnim kwadransie pierwszej połowy – Sevilla atakowała groźniej i częściej, choć podopieczni Andre Villasa-Boasa (felieton Michała Treli o nim tutaj) również zagrażali bramce strzeżonej przez Andresa Palopa. Aż nadeszła 86. minuta i akcja FC Porto. Cristian Rodriguez został zablokowany, ale zdołał dojść do piłki szybciej niż obrońcy Sevilli. Palop rzucił mu się pod nogi i pewnie sędzia Craig Thomson odwizdałby rzut karny, ale znalazł się Fredy Guarin, który trafił do pustej bramki. Pod koniec meczu gospodarze przycisnęli jeszcze gości, ale nie zdołali strzelić gola i przegrali to spotkanie, moim zdaniem niezasłużenie.

Mecz był twardy. Dużo sytuacji było przerywanych wślizgami, ale większość z nich była czysta. Nie pozwalało to jednak na beztroskie samotne rajdy pod pole karne jednej bądź drugiej drużyny. Dlatego właśnie mieliśmy dużo stałych fragmentów gry. Dość powiedzieć, że było aż 19 rzutów rożnych, a dwa gole padły właśnie po nich. Bardzo mi się podobała rywalizacja na skrzydłach. Navas z Perottim w Sevilli i Beluschi z Joao Moutinho w Porto. Nie ma co, napracowali się. Miło się to oglądało.

Emocje emocjami, ale spójrzmy realnie. Kiepsko prezentowali się w ataku Luis Fabiano i Federic Kanoute. Malijczyk był trochę mniej widoczny, ale nieskuteczność Brazylijczyka raziła w oczy. Później zmienił go Alvaro Negredo, ale nie miał zbyt wielu okazji, by się zaprezentować.

Szkoda mi tego dwumeczu, bo porwało mnie to widowisko, a ktoś z tej pary będzie musiał się pożegnać z Ligą Europy już na 1/16 finału!  Co prawda była nutka brutalności, ale zmusiło to do poszukania innych środków piłkarzy obu ekip. Lepiej wyszedł z tego Andre Villas-Boas i jego FC Porto, a nie powinni, patrząc na przebieg gry. Może rzeczywiście wyrośnie z niego większa osobistość niż Jose Mourinho…

Podsumowując, w czwartek wieczorem w Sevilli było bardzo ciekawie.  Poza tym, że ktoś odpanie, smuci mnie też to, że rewanż odbędzie się w środę o 18:00. Świetna pora, ale nie dla mnie. Mam angielski… Jeśli ktoś będzie mógł zobaczyć ten mecz, to zachęcam. A przy okazji niech mi opowie.


pubsport.pl
Krzysztof Sędzicki
Uczeń I LO w Łodzi. Już jako przedszkolak oglądałem transmisje sportowe w telewizji. Kilka lat pograłem w koszykówkę, ale nie spodobała mi się i już pod koniec gimnazjum przerzuciłem się na amatorską odmianę siatkówki i skoku wzwyż. Pasjonuję się wieloma dyscyplinami, przede wszystkim piłką nożną, siatkówką, formułą 1 i skokami narciarskimi. Czasami lubię też pooglądać inne sporty, np. koszykówkę, biathlon, tenisa, snookera, darta... Nie ma tygodnia, żebym czegoś nie obejrzał! Tak, uznawaj mnie za sportowego maniaka! Dobrze mi z tym! W przyszłości chciałbym zostać dziennikarzem - komentatorem sportowym. Póki co, próbuję swoich sił na kilku frontach - na blogu (sedzik.blox.pl), tele-sport.pl, TakSięGra TV i właśnie tu, na Pubsport.pl, gdzie piszę artykuły, felietony, relacje i robię kilka rzeczy, których nie widać gołym okiem, gdzieś tam "za kulisami".
http://sedzik.blox.pl