Legio, nie tędy droga

Przed kilkoma dniami zostaliśmy poczęstowani newsem, że Maciej Skorża odchodzi z Legii, a na jego miejsce przychodzi Jan Urban. Tak, to ten, za którego czasów stołeczna ekipa nie miała żadnego wypracowanego stylu, jak wygrywała, to bardzo nieefektownie i po prostu brzydko. Ja, choć nie jestem fanem Skorży, uważam, że powinien on dalej pozostać na swoim dotychczasowym stanowisku.

W minionym sezonie, a przede wszystkim w jego pierwszej części, Legia mogła się nam, entuzjastom futbolu, naprawdę podobać. Grała ciekawie, ładnie dla oka, utrzymywała się przy piłce. Często legioniści grali z klepki, był ruch bez futbolówki, była gra ofensywna, efektowna, taka, jaką byśmy w wykonaniu polskich drużyn chcieli oglądać zawsze. Osiągnęli zawodnicy z Łazienkowskiej sukces: wyszli z grupy Ligi Europejskiej, spokojnie, zapewniając sobie awans jeszcze na dwa spotkania przed końcem gier w fazie grupowej.

Zimą kadra Legii uszczupliła się o trzech bardzo wartościowych grajków – Polaków, którzy byli jednymi z bohaterów pięknej warszawskiej jesieni. Komorowski i Rybus, jak wiemy, polecieli daleko, daleko na wschód, natomiast Ariel Borysiuk powędrował do Bundesligi. Na wiosnę ekipa Skorży grała znacznie gorzej, mniej ciekawie, należy wspomnieć, że mniej efektywnie zarazem. Trener zadowalał się zwycięstwami mało efektownymi, jednobramkowymi, po brzydkiej grze. Z czasem zaczął sprawiać wrażenie, że remisy z Bełchatowem czy z Widzewem to jest dla jego drużyny bardzo dobry wynik. Legia zaczęła przegrywać, jej seria spotkań bez tryumfu coraz bardziej się wydłużała, ale i tak w tabeli przeważała i była, wskutek słabości bezpośrednich rywali, główną faworytką do ostatecznego zwycięstwa. Dopóki nie nastąpił mecz z gdańską Lechią pod koniec sezonu. Wtedy wszystko się odwróciło. Doskonale wiemy, jak się to zakończyło.

Legia, owszem, sezon skończyła bez happy end’u, ale jednak był to chyba jeden z najlepszych sezonów przy Łazienkowskiej od lat. Bo warszawscy zawodnicy dostarczyli nam, kibicom futbolu (a niekoniecznie samej Legii), wielu niezapomnianych wrażeń, kapitalnych meczów w europejskich pucharach.

Ale jednak działaczy warszawskiej ekipy to nie interesuje. Właśnie poleciał Maciej Skorża, a na jego miejsce przyszedł Jan Urban. Gdy to pierwszy raz usłyszałem, nie za bardzo chciało mi się w to wierzyć. Nie sądziłem, że zarząd Legii poczyni tak bezsensowny i beznadziejny krok.

Wielkim zwolennikiem Macieja Skorży nie jestem, nigdy nie byłem i prawdopodobnym jest, że nigdy nim nie zostanę. Ale gdzie w działaniu klubu jakakolwiek logika? Jej tu nie ma. W ogóle. Skorża potrafił  jednak w Warszawie zbudować dobrą ekipę, która jesienią, tak jak wspominałem, momentami zachwycała. Wygrywała regularnie. Drużyna ta sprawiła, że na Legię w stolicy była moda. Na stadionie frekwencja i atmosfera była świetna. Skorża ostatecznie przegrał sezon  feralnym meczem w Gdańsku.  Gdyby wygrał, byłby największym wygranym tego sezonu. Przegrał, działacze popełnili, w mojej opinii, duży błąd i go zwolnili – jest największym przegranym. Najbardziej dziwne jest to, że Skorże działacze Legii zwolnili  miesiąc po podpisaniu z nim nowej umowy.

Oczywiście Skorża jest z drugiej strony sam sobie winien. Byłem zawiedziony, kiedy prowadził Wisłę i odpadał z Levadią, szkoda mi było pamiętnej porażki z Tottenhamem, ale wiem, że wtedy nie za dużo mógł zrobić. Ale tak, jak po meczu ze Sportingiem w Lizbonie nie byłem na niego wkurzony nigdy.  Nigdy nie byłem tak zawiedziony jego decyzjami. Znowu okazał się minimalistą. W stolicy Portugalii legioniści nie zaatakowali, nie zaryzykowali, trwając przy niekorzystnym rezultacie, grali asekuracyjnie, swoje działania ograniczali do długich, rzadko dających jakiekolwiek korzyści i sytuacje, piłek. A rywal był w tamtym momencie w bardzo słabej dyspozycji, legioniści mogli go spokojnie ograć, gdyby tylko spróbowali zaatakować. Wtedy byłem okropnie rozczarowany. I właśnie to jest największy minus byłego szkoleniowca stołecznej ekipy. Ten minimalizm. To ograniczanie się, ta asekuracyjna gra pt. „Najważniejsze, by nie stracić bramki, z przodu może jakoś to będzie. Nieważne. Nawet jak z przodu jakoś nie będzie, to przecież najważniejsze, by nie stracić bramki. Tak, to nasz priorytet.”

Często widzieliśmy też to na polskich boiskach. Jak już wcześniej pisałem, Skorża sprawiał wrażenie zadowolonego z remisów z zespołami w naszej lidze dołującymi, po bardzo słabych, choć szczęśliwych zwycięstwach ze słabymi: ŁKS’em i Podbeskidziem, poprawy od swoich zawodników nie oczekiwał. Przestał wymagać. Zadowolił się przeciętnością. Ale, mimo wszystko, powinien zostać. Chyba jednak zasłużył.

Zresztą tę przypadłość, ten minimalizm, nietrudno dostrzec u większości polskich szkoleniowców. Czemu w hitach naszej ligi notorycznie powtarzają się wyniki 0:0, ewentualnie 1:0? Dlaczego w tych prestiżowych meczach polskich ekip, czy to na polskim podwórku, czy na europejskim, chodzi przede wszystkim o to, by nie stracić bramki? A to polska myśl szkoleniowa właśnie. Rzadko się zdarza, by w jakimś klasyku hiszpańskim czy angielskim było 0:0, tam ekipy chcą strzelać gole, wygrywać, bierzmy przykład z lepszych, trenerzy i wszyscy „polscy Mourinho”. Atakujmy.

Uciekłem trochę od tematu. Przepraszam, już wracam do Legii. Nie jestem specjalnie przekonany do  angażu Jana Urbana. Dwa lata temu go zwalniano, teraz, po zupełnie nieudanym epizodzie w Lubinie, wraca, by kontynuować  budowę zespołu na miarę Europy. Urban to jest taki sobie, przeciętny polski coach, myślę, że z trochę gorszym warsztatem niż Skorża. „Jego” Legia nie grała ani efektownie, ani za bardzo efektywnie. Nie miała stylu, a z właśnie zwolnionym trenerem, choć przez pół roku, naprawdę go posiadała.

Napisałem, że Skorża okazał się minimalistą, ale zarazem wymieniłem też sporo zalet jego pracy. Myślę, że decydujące o mistrzostwie Polski mogło okazać się odejście wspomnianej trójki legionistów. Napisałem, że Legia przegrała mistrzostwo meczem w Gdańsku, ale tak naprawdę to ona zaczęła przegrywać je znacznie wcześniej: z Bełchatowem, Widzewem, Lechem, Polonią Warszawa etc. Sądzę, że z kilkoma ciekawymi wzmocnieniami (nie mówię o emerytach za darmo, a piłkarzach właśnie pokroju Rybusa czy Borysiuka), Skorża może przy Łazienkowskiej kontynuować tworzenie zespołu, o którym będzie można wkrótce powiedzieć, jak to mawiał Leo Beenhakker: „international level”.

Zastanawiam się teraz, co dalej będzie się działo z Legią. Boję się, że odejdzie kolejnych kilku młodych, głodnych gry polskich chłopaków, a przyjdzie kolejny zawodnik wieku i pokroju Ismaela Blanco. Niestety, ale tak funkcjonuje obecnie ten klub. Wierzyłem, że w Warszawie zaczyna się budowa silnego europejskiego zespołu, ale swoimi ostatnimi ruchami i przede wszystkim zimową wyprzedażą włodarze pokazali, że na szczęściu i rozwoju Legii niespecjalnie im zależy.


pubsport.pl
Daniel Flak
Mam czternaście lat. Uwielbiam sport, a w szczególności piłkę nożną, w której zakochałem się oglądając w telewizji Mistrzostwa Świata w Niemczech. Od tego czasu regularnie trenuje i gram w klubie, obecnie w Rakowie Częstochowa. Oprócz tego, wielką przyjemność sprawia mi pisanie o futbolu. W przyszłości chciałbym zostać dziennikarzem sportowym. Prowadzę bloga, na którego serdecznie zapraszam: http://daniel99.blox.pl/html
http://daniel99.blox.pl