Lineker ma zawsze racje

Mam za sobą pierwszy tegoroczny seans ze Złotym Pucharem CONCACAF. Czytelnicy umożliwili mi zarwanie nocy, za co serdecznie im dziękuję. Półfinał USA-Panama był bardzo ciężki do strawienia, zwłaszcza o pierwszej w nocy. Za to Meksykanów z Hondurasem dało się oglądało się całkiem przyjemnie.

Niestety, słabiutki pierwszy mecz dodatkowo zepsuł mi komentator Eurosportu. Spotkanie było transmitowane na żywo, ale komentarz sprawiał wrażenie nagranego za dnia, tak, by sprawozdawca mógł sobie smacznie w nocy spać. Jak to się robi? Proste – komentator w ogóle i kompletnie nie widział boiska. Cały czas zasypywał tylko stosem statystyk. Miał otwartą Wikipedię i zwyczajnie otwierał chyba profile kolejnych zawodników, przytaczając wszystkie ich występy w kadrze. Ani chwili ciszy. Nazwisk piłkarzy będących przy piłce niemal nie podawał, a właściwie tylko do tego jest mi potrzebny. Jedynie, średnio co 7 minut i 34 sekundy wypowiadał frazę „tak więc Stany Zjednoczone nadal nie wygrywają z Panamą”. To tyle jeśli chodzi o odnoszenie się do tego, co się działo na murawie.

Ano nie wygrywały, bo grały słabiutko. Amerykanie jednak choć próbowali grać, podawali piłkę po ziemi, rozgrywali ataki pozycyjne. Panama natomiast prezentowała futbol znany z lig regionalnych – wy$*%$@(*@ piłkę jak najdalej od bramki. Jak wróci to znowu. I znowu. W pierwszej połowie gospodarze mieli jedną znakomitą okazję. Juan Agudelo strzelał głową po dośrodkowaniu z prawej strony i trafił w słupek. Panama jedyną szansę miała w drugiej połowie, gdy minimalnie nad poprzeczką uderzył Armando Cooper. Po tej akcji został zmieniony.

O awansie Jankesów do finału zadecydowały zmiany Boba Bradley’a. W przerwie wprowadził niezastąpionego Landona Donovana, który wraz z Michaelem Bradley’em i Clintem Dempsey’em wzięli się za rozgrywanie piłki. Później na murawie pojawił się natomiast… Freddy Adu. Szczerze, nie byłem pewny, czy ten facet żyje. Gdy miał 12 lat, wróżono mu karierę większą niż Pelemu pomnożonemu przez Maradonę. Teraz jest w Benfice Lizbona, ma za sobą kilka nieudanych wypożyczeń, kluby zmienia zawsze na słabsze i w Europie jeszcze w żadnym się nie sprawdził.

A jednak kilka zagrań miał wybornych. Tak było również 13 minut przed końcem, kiedy świetnie dograł do Donovana na prawe skrzydło. A ten pokazał, jak się dośrodkowuje. Nie żadne balony i świece lecące pół godziny, ale mocny, płaski strzał do kolegi. Taki, że Dempsey tylko przyłożył nogę z kilku metrów. Nic dziwnego, że strzelec gola cały czas pokazywał na Donovana, bo to trafienie to w połowie jego zasługa. W 25 procentach natomiast Adu.

Z rzeczy błahych – dziwny mają na północnoamerykańskich boiskach naciąg siatek. A raczej staroświecki, taki kojarzący się z mistrzostwami świata sprzed 40 lat. Nie jest tak, jak w Europie, że naciągnięta siatka tworzy prostopadłościan, ale jego tylna ściana jest ukośnie ścięta. Jeśli wiesz o czym ja mówię.

***
Co mnie szokuje, to fakt, że godzinę później Meksyk z Hondurasem zagrał na… tym samym stadionie w Houston! W sumie, po co Polska budowała cztery stadiony na EURO, a chciała sześć, po co Francuzi chcą ich sadzić aż 11? Wystarczyłby przecież jeden i nikt by nie narzekał, że na głupie bieganie za piłką się wydaje pieniądze podatników, zamiast otwierać przedszkola i banki chleba.

Podobała mi się bardzo gra stoperów obu drużyn. W Meksyku nadal żelazny, dostojny i dystyngowany Rafa Marquez, a w Hondurasie „nasz” wiślacki Osman Chavez. Naprawdę facet grał świetnie, z dużą pewnością siebie. Dopóki jednak nie dogoni „Malinki”, nie uwierzę, że zrobił postęp. Ironia mogła polegać na tym, że na trzy minuty przed końcem stoper krakowian popełnił jedyny, ale fatalny błąd. Zagrał głową wprost na nogę Chicharito, który prostopadłym podaniem wypuścił Gio dos Santosa. Ten w idealnej sytuacji spudłował, ratując dobrą opinię Chaveza. W podstawowym składzie wystąpił też Oscar Boniek Garcia, którego poznaliśmy rok temu przy okazji mundialu. Nie wyróżnił się niczym, oprócz ostrej gry.

Sporo szczęścia miał w drugiej połowie Noel Valladares, bramkarz Hondurasu, kiedy wypiąstkował do góry piłkę po mocnym strzale Pablo Barrery z dystansu. Tak ją wybił, że gdy jeszcze leżał na boisku, piłka już zaczynała spadać. Okazało się, że może wrócić na boisko tuż przed bramką, gdzie już czekał Javier Hernandez. Wszyscy patrzyli co nastąpi, a futbolówka… spadła na poprzeczkę i odbiła się tak, że… drugi raz spadła na poprzeczkę, po czym wyszła na róg. Za każdym razem decydowały centymetry.

Bramki padły dopiero w dogrywce, za to już na samym początku. Pierwszego gola po świetnym dośrodkowaniu Barrery z rzutu rożnego strzelił głową Aldo de Nigris. To jego czwarta bramka w turnieju. Wszystkie zdobył po wejściu z ławki. W dwóch pierwszych meczach de Nigris trafiał już minutę po wejściu. W ćwierćfinale zajęło mu to… 60 sekund dłużej. Chwilę po objęciu prowadzenia, Barrera znów dośrodkował z rożnego, Nigris znów zagrał głową, a gola biodrem strzelił Hernandez. W tym momencie było po sprawie.

Tak jak pisałem, w Złotym Pucharze wszyscy grają 90 minut i dłużej, a w finale i tak grają Amerykanie z Meksykanami. Będzie okazja do rewanżu za mecz sprzed dwóch lat, gdy USA zostało zmasakrowane pięcioma bramkami. Wtedy jednak w Gold Cup grał rezerwowy skład, bo podstawowi zawodnicy byli na Pucharze Konfederacji. Teraz mecz powinien być zacięty.

PS Inny komentator Eurosportu przez cały mecz przekonywał, że Alfredo Talavera, bramkarz Meksyku, mierzy zaledwie 169 centymetrów. Gdyby tak było, byłby to rekord świata. Sprawdziłem – Wikipedia mówi, że mierzy 188. Facet jednak zdecydowanie na tyle nie wygląda. Zdecydowanie, jest niższy. Gdzie tkwi błąd?


pubsport.pl
Michał Trela

Kronika Beskidzka, Gazeta Wyborcza, SportSlaski.pl

http://trelik.blox.pl