Londyński zawód polskich olimpijczyków

Jeśli twierdzisz, że oglądanie dwóch meczów dziennie z okazji Mistrzostw Europy jest szaleństwem, nie zadawaj się z Igrzyskami Olimpijskimi. To jest dopiero wyzwanie – sportowe emocje od samego rana do późnej nocy przez kilkanaście dni! Tysiące sportowców przyjeżdżających do jednego miasta, setki konkurencji, a cel jeden, niezmienny – złoty medal olimpijski, najcenniejsze trofeum dla prawie każdego sportowca.

Londyńskie Igrzyska były moimi szóstymi świadome przeżytymi, z czego trzecimi letnimi (niby mam jakieś przebłyski rzutów Kamili Skolimowskiej z Sydney 2000, ale ich nie liczę). Jednak dopiero po raz pierwszy miałem pełen komfort oglądania jej. Dawniej przeszkadzały mi wyjazdy wakacyjne, obozy, różnice czasowe, czy brak transmisji w internecie. Teraz już nic nie stanęło mi na przeszkodzie, żeby przez prawie 3 tygodnie oddać się w pełni magii Igrzysk Olimpijskich. Słowo „magia” w poprzednim zdaniu użyte jest celowo, ponieważ aby się w to wciągnąć, trzeba to poczuć. To nie są zwykłe zawody, to święto, na które czeka się całe cztery lata! Wielu powie nawet, że to sens życia! Trudno mi się z nimi nie zgodzić.

Skupmy się jednak na tym, co odbywało się w stolicy Wielkiej Brytanii przez kilka dni lipca i połowę sierpnia. My, Polacy, nie zaliczymy tych Igrzysk do udanych. Wiele wskazywało na to, że zdobędziemy wiele medali, tymczasem skończyło się na dziesięciu, co stało się już swego rodzaju klątwą, bo z Aten i Pekinu przywieźliśmy dokładnie tyle samo krążków. Jednak nie było wówczas aż tylu brązowych, a poza tym oczekiwania przed Londynem były większe. Tymczasem ledwie dwa razy usłyszeliśmy Mazurka Dąbrowskiego (na pocieszenie aż dwie zwrotki), zaś praktycznie codziennie doznawaliśmy jakiegoś zawodu. Ale pójdźmy po kolei.

Zacznę od siatkarzy, bo właśnie zmagania w tej dyscyplinie śledziłem z największym zainteresowaniem. Polacy byli jednymi z naszych największych faworytów do medalu,  ba, po wygranej Lidze Światowej, a także medalom z trzech wielkich imprez w 2011 roku przedstawiało się ich jako kandydatów do złota! W naszym kraju przez sezonowych kibiców i niesportowe media napompowany został balon oczekiwań, który, zanim pękł z hukiem po ćwierćfinale z Rosją, przedziurawił się po porażkach z Bułgarią i Australią. Wielu ekspertów za przyczynę tej porażki podaje nie presję, a po prostu zbyt szybki szczyt formy. Szkoda, że na docelowej imprezie zawiedliśmy, bo na kolejne Igrzyska do Rio poleci już inna kadra, a ta zasługiwała na medal olimpijski. Teraz trzeba się skupić na przyszłorocznych Mistrzostwach Europy i Mundialu za dwa lata, bo obie te imprezy zorganizujemy.

Drugą „pewną” kandydatką do olimpijskiego podium była Agnieszka Radwańska, ale jej występ na kortach tenisowych okazał się jedną wielką katastrofą. Odpadła już w pierwszej rundzie singla, a później jeszcze w drugiej rundzie debla i pierwszej miksta. Isia totalnie się spaliła po osiągnięciu życiowego sukcesu (miesiąc przed IO doszła do finału Wimbledonu w tym samym miejscu). Dodatkowo po meczu z Julią Goerges powiedziała mediom, że turniej olimpijski wcale nie należy do najważniejszych. Powiedziała prawdę (w przypadku tenisistów bardziej prestiżowy jest Wielki Szlem), wyżyła się, ale nie powinna tego robić jako chorąży polskiej reprezentacji na ceremonii otwarcia.

Najwięcej krążków  wyłowiliśmy z wody, ale miało być ich jeszcze więcej. Na basenie olimpijskim nie wpadło nic. Eksperci mówią, że świat nam odpłynął po zakazie zakładania kostiumów poliuretanowych. W wiosłach i kajakach było trochę lepiej, ale kilka załóg również złamało serca polskim kibicom, jak choćby kajakarska czwórka kobiet, która w półfinale pobiła rekord świata, a w finale dopłynęła dopiero na 4. miejscu. Lepiej spisali się żeglarze, choć zdobyli „tylko” po brązie.

Dwa medale przywieźliśmy z pomostu olimpijskiego dzięki dzielnym ciężarowcom – Adrianowi Zielińskiemu i Bartłomiejowi Bonkowi, lecz mogło być ich więcej, gdyby nie kontuzje Arsena Kasabijewa oraz Marcina Dołęgi. Znawcy byli przekonani, że ci dwaj sięgną po medale. Niestety, zatrzymało ich zdrowie.

Na stadionie lekkoatletycznym również dwa razy widzieliśmy Polaków na podium, choć tu wypadałoby dodać, że są to tylko dwa razy. Klasę pokazali Tomasz Majewski i Anita Włodarczyk, ale poza nimi mało który z naszych reprezentantów zabłysnął, bo wiele minimów olimpijskich było albo przekroczone minimalnie albo osiągnięte rzutem na taśmę (o ile w ogóle).

Najbardziej szkoda mi jednak polskich badmintonistów – Nadieżdy Zięby i Roberta Mateusiaka oraz siatkarzy plażowych – Grzegorza Fijałka i Mariusza Prudla. Oba te duety były bardzo blisko sensacyjnego wejścia do strefy medalowej, ale niestety okazały się gorsze w końcówkach. Z aren olimpijskich żegnałem ich łamiącym się głosem i kilkoma łzami. Żałuję także 4. lokaty kajakarza górskiego, Mateusza Polaczyka, który udowodnił, że jest wielkim walczakiem, a w finale zabrakło mu przeszło sekundy do podium. Brakowało mi również medalu dla kolarki górskiej, Mai Włoszczowskiej, ale ona kilka dni przed startem przewróciła się na treningu i nawet nie poleciała do Londynu.

Taki wynik sportowy daje do myślenia władzom i stawia rozmaite pytania o przyszłość. Czy mamy szkolenie na odpowiednim poziomie, aby osiągać więcej? Po co wysyłać aż tylu sportowców, skoro i tak tylko malutki procent z nich przywiozło medale? Mam nadzieję, iż silniejszych bodźców do obudzenia się już nie trzeba, bo niewiele brakuje do tego, by mówić, że gorzej już być nie może…

Ko[...]rnik_logo


pubsport.pl
Krzysztof Sędzicki
Uczeń I LO w Łodzi. Już jako przedszkolak oglądałem transmisje sportowe w telewizji. Kilka lat pograłem w koszykówkę, ale nie spodobała mi się i już pod koniec gimnazjum przerzuciłem się na amatorską odmianę siatkówki i skoku wzwyż. Pasjonuję się wieloma dyscyplinami, przede wszystkim piłką nożną, siatkówką, formułą 1 i skokami narciarskimi. Czasami lubię też pooglądać inne sporty, np. koszykówkę, biathlon, tenisa, snookera, darta... Nie ma tygodnia, żebym czegoś nie obejrzał! Tak, uznawaj mnie za sportowego maniaka! Dobrze mi z tym! W przyszłości chciałbym zostać dziennikarzem - komentatorem sportowym. Póki co, próbuję swoich sił na kilku frontach - na blogu (sedzik.blox.pl), tele-sport.pl, TakSięGra TV i właśnie tu, na Pubsport.pl, gdzie piszę artykuły, felietony, relacje i robię kilka rzeczy, których nie widać gołym okiem, gdzieś tam "za kulisami".
http://sedzik.blox.pl