Maciej Wilusz – błogosławiony cierpliwy?

Kiedy dwudziestokilkuletni piłkarz udanie debiutuje, w naszej lidze, to zaczynamy trochę kręcić nosem. A gdzież on był tyle lat?  – pytamy. Zazwyczaj kwalifikujemy delikwenta do worka „kolejny solidny ligowy średniak”. Czasem, w przypływie wielkiej wyrozumiałości usprawiedliwiamy go nierówną walką z przepłaconymi obcokrajowcami lub dziadowskimi trenerami, co to się na nim nie poznali. Co jednak powiedzieć o człowieku, który przez lata szkolił się w świetnych szkółkach, pod okiem doskonałych trenerów, a do tego sam był obcokrajowcem? Zanim przykleicie mu którąś z popularnych etykietek, poznajcie historię Macieja Wilusza, nowego obrońcy GKS-u Bełchatów.

Oczywiście znamy „mocniejsze” historie niż ekstraklasowy debiut w wieku 24-lat, na przykład debiut w wieku 29 lat, ale jest coś fajnego i motywującego do walki w przypadku Macieja Wilusza. Swój pierwszy kontakt z najwyższą klasą zaliczył 17 lutego w Poznaniu. Wyszedł w pierwszym składzie GKS-u w Poznaniu, a jego drużyna wygrała 1:0 z Lechem. Cała „brunatna” jedenastka zagrała tam na wysokim poziomie, także i jego występ oceniono pozytywnie. Hurraoptymiści powiedzą – o super, w debiucie zatrzymał Rudniewa. Nie możemy jednak przesadzać – Lech w tamtym meczu stworzył pół sytuacji, a większość akcji „Kolejorza” kończyła się ze 30 metrów od pola karnego rywali, więc za dużo roboty stoperzy tam nie mieli. Nie zmienia to jednak faktu, że ten „pierwszy raz” dla Wilusza był z gatunku tych przyjemniejszych.

Prawdziwy test przyszedł kolejkę później, w domowym meczu z Górnikiem Zabrze. W skutek czerwonej kartki dla Popka, całą drugą połowę Wilusz zapierdzielał na lewej obronie. Tak się złożyło, że tamtędy sunęły ataki (w sumie tylko tamtędy) Górnika Zabrze. Obrońca Bełchatowa rywalizował tam m.in. z Prejucem Nakoulmą, który często schodził do boku szukać miejsca do swoich rajdów. Życia nie umilał też boczy obrońca Górnika – Bemben, który tego dnia większość czasu spędził atakując i szukając dośrodkowań. Test moim zdaniem Wilusz zdał bardzo pozytywnie. A że mówi się o nim niewiele? Chyba już przywyknęliśmy do tego, że o obrońcach w naszej prasie pisze się tylko wtedy kiedy popełni błąd jak Pietrasiak lub strzeli gola jak Astiz.

Cichego smaczku tej rywalizacji dodał fakt, że wysłannicy Górnika podobno przez pół roku oglądał niemal każdy mecz Wilusza w drugoligowym MKS-ie Kluczbork. Ostatecznie postawili na Ukraińca Szeweluchina, którego Nawałka wypatrzył w jakimś tam sparingu. Po dwóch wiosennych kolejkach nie możemy powiedzieć o Wiluszu, że jest gwiazdą ligi, ale z pewnością możemy powiedzieć, że zagrał w nich o niebo lepiej od wspomnianego Szeweluchina. Wilusz nie dał się wkręcić w ziemię Nakoulmie, Ukraińca jak dziecko ograł Dawid Nowak.

Fajnie, tylko co ten chłop tyle lat robił w trzeciej klasie rozgrywkowej, można zapytać. Otóż przypadek Wilusza, to nie jest kolejny nagły przebłysk geniuszu, jednorazowy wystrzał, czy efekt „pracy” zdolnego menadżera. Gdyby życie było wobec niego trochę bardziej wyrozumiałe, to prawdopodobnie dziś nie oglądalibyśmy go pośród pustawych trybun bełchatowskiej areny, a na największych stadionach Eredivisie. Dawno temu, dwa razy był blisko debiutu w lidze holenderskiej. Przeszkodziły mu kontuzje. W kraju tulipanów znalazł się jako nastolatek, z juniorskich drużyn Śląska Wrocław ściągnęło go Heerenveen. Wszystko szło dobrze – psychika nastolatka wytrzymała tak wczesny wyjazd, zawodzić zaczęło natomiast kolano. Przeniósł się do Sparty Rotterdam i tam mając 19 lat przebił się do pierwszego zespołu. Jednak zamiast wyjścia w pierwszej jedenastce przyszły kolejne wizyty u lekarzy. Nie załamał się – wrócił, a Sparta wypożyczyła go do drugoligowego Roosendaal. Był styczeń 2009 roku, minęło kilka dni i trzeba było jechać z powrotem do Rotterdamu. Niestety znów do szpitala zamiast na boisko. Ambitne plany legły w gruzach. Jasnym stało się, że Holandia raczej nic mu już nie da, podobnie jak on nie może nic dać holenderskiej piłce.

Po pięciu latach, z opuchniętym i bolącym po operacji kolanem przyjechał do rodzinnego Wrocławia, przeszedł kolejną rehabilitację i znalazł angaż w I-ligowym Kluczborku. Tutaj wreszcie coś zaskoczyło. W sezonie 2010/11 zagrał w 19 meczach, byłoby więcej, gdyby nie… sami wiecie. Tym razem chodziło o pękniętą stopę, przez którą opuścił końcówkę sezonu. W tym czasie drużyna spadła do II ligi. W wywiadzie dla oficjalnej strony GKS-u Bełchatów mówił o tej stopie jakby to było skaleczenie. Widać, że odporność na przeciwności to jego mocna strona. Ten sezon zaczął w Kluczborku, jako podstawowy obrońca. Zagrał pełne 20 spotkań, to właśnie te mecze oglądali skauci Górnika.

Ostatecznie zawitał do Bełchatowa, trener Kiereś widzi w nim mocny punkt drużyny.

– Maciek został ściągnięty jak środkowy obrońca z dobrą lewą nogą, czyli dający alternatywę do gry także na bocznej obronie. Imponuje spokojem zarówno na boisku jak i poza nim. W Turcji był testowany na obu tych pozycjach, pokazał się z dobrej strony i zgłasza aspiracje do gry w pierwszym wyjściu. Rywalizacja jednak wciąż jest otwarta. – powiedział przed startem rozgrywek szkoleniowiec GKS-u.

Jedni mówią, że pan Bóg jest nierychliwy ale sprawiedliwy, inni – że w przyrodzie wszystko się równoważy. Jeśli tak to właśnie jesteśmy świadkami narodzin klasowego, wszechstronnego obrońcy. Kolejna poważna kontuzja, to byłaby w jego wypadku cholerna niesprawiedliwość i nierównowaga.


pubsport.pl
Damian Ślusarczyk
29 lat, wychowany pod Kielcami, mieszka w Manchesterze, PubSport.pl z małymi przerwami ogarnia od 8 lat. Stale udowadnia, że jest w stanie znaleźć "coś" ciekawego w każdej dyscyplinie sportu. Obserwuj mnie na Twitterze
http://www.pubsport.pl/