Majstersztyki i majsterszaft

Co z tego, że stała obsada finału może się wydawać nudna, skoro sama rywalizacja o złoto zdecydowanie nudna nie jest? Ach, co to był za mecz! Meksyk ponownie najlepszą drużyną Ameryki Północnej, Środkowej i Karaibów. Tak jak dwa lata temu pokonał Amerykanów, a w finale padło jeszcze więcej bramek. Tym razem jednak zamiast masakry była dramaturgia.

Uwielbiam, gdy drużyna tuż po gwizdku rzuca się na rywala. Gdy wychodzi na boisko jak jedenaście wygłodniałych bulterierów, które chcą rozszarpać gardła rywali nie później niż po pierwszych czterech minutach. I Meksykanie tacy na boisko wyszli! Ruszyli na Amerykanów. Stoperom urwał się Javier Hernandez, ale nie sięgnął piłki, wychodząc sam na sam z Howardem. Z dystansu strzelał Giovani dos Santos. Tuż obok słupka. Oj, Amerykanie minki mieli zdecydowanie nietęgie. Żeby nie powiedzieć wychudzone.

Ale jak tylko wyszli za połowę – rąbnęli w podbródek Meksykanów. Michael Bradley wykonał dobrą robotę dla swojego taty trenera i strzelił głową z rzutu rożnego. No to przeciwnicy dawaj, jeszcze mocniej do przodu. Hernandez urywa się obrońcom. Strzela głową, nad poprzeczką. Hernandez urywa się obrońcom – trafia w słupek. Potem następuje zaś kontra Amerykanów – Landon Donovan ze spokojem komandosa strzela na 2-0. Nokaut, choć Meksyk gra świetnie. W tym momencie wydaje się, że Jankesi szarpnęli się na rozbicie południowych sąsiadów przynajmniej pięcioma bramkami, rewanżując się w pełni za finał z 2009 roku.

Sprawiedliwość jednak zaistniała. Po pięknej akcji gola strzelił Pablo Barrera. Przed przerwą wyrównał Andres Guardado. Świetnie w tej sytuacji zachował się Hernandez. Co za dojrzałość! Piłka leciała już do bramki, była tuż przed linią i Chicharito był koło niej. Jako prawdziwy napastnik powinien był wbić ją do siatki i zdobyć ósmego gola w turnieju. Nie zrobił tego jednak, bo… wiedział, że jest na spalonym. Gdyby tylko ją dotknął – nie wiadomo, jak ten mecz by się potoczył.

Ze wszystkich zagrań , jakie można wykonać butem, chyba najbardziej lubię strzały „fałszem”, czyli zewnętrzną stopy. Właśnie takie, jakim tuż po przerwie Barrera po raz drugi pokonał Howarda. Zresztą czwarty gol to też majstersztyk dos Santosa – najpierw położył bramkarza i obrońców, później się wycofał i pięknym, mięciutkim lobem trafił do siatki. Palce lizać.

Meksykanie pokazali wirtuozerię, jakiej się po nich nie spodziewałem. Udowodnili, że siłę ofensywną, jak mało który zespół na świecie. A obrony też nie zaniedbali, mimo że ta grała pierwszy raz w takim zestawieniu personalnym – przed przerwą boisko musieli opuścić Carlos Salcido i Rafa Marquez. Swoją drogą nie pamiętam w żadnym innym meczu trzech zmian jeszcze przed przerwą – Amerykanie musieli zmienić Stevena Cherundolo już po 10 minutach.

Tymczasem w cieniu triumfu Meksykanów gasną szansę na wielką karierę. Bob Bradley bardzo niespodziewanie dał szansę gry w pierwszym składzie Freddy’emu Adu, podstarzałemu i podrdzewiałemu, ale jednak złotemu dziecku ichniejszego futbolu. Gdyby dziś zagrał wybitny mecz i poprowadził zespół do zwycięstwa – może by się w tej seniorskiej piłce odnalazł. Może by się przełamał. Zamiast tego – kilka przyzwoitych dryblingów, a poza tym tragiczna bezproduktywność. Drugi raz w finale nikt go już nie wystawi.

PS Pierwsze trzy gole dla Meksyku strzelili Pablo Barrera i Andres Guardado. Pierwszy spadł w tym sezonie z Premier League z West Hamem Londyn, drugi z Primera Division jako piłkarz Deportivo La Corunia. Teraz mają medale do ocierania łez.?


pubsport.pl
Michał Trela
Kronika Beskidzka, Gazeta Wyborcza, SportSlaski.pl
http://trelik.blox.pl