Mała hala, wielkie emocje – po wizycie na meczu Vive – Metalurg

W niedzielę udałem się do Hali Legionów na mecz 1/4 finału Ligi Mistrzów szczypiorniaka między Vive Targami Kielce i Metalurgiem Skopje. Teraz mam dla was kilka spostrzeżeń z tego spotkania, zwłaszcza, że jakby nie było, znalazłem się w dość wąskim gronie szczęśliwców, którzy spotkanie oglądali na żywo, a nie w TV.

***

Od razu uprzedzam – drugi raz w życiu byłem na meczu piłki ręcznej i może niektóre moje odkrycia nie są tak epokowe jak mi się wydaje. Może i napiszę kilka bzdur, jako laik w temacie hadballa, ale chciałem podzielić się z tym jak ja widziałem jeden z największych sukcesów kieleckiego sportu.

***

Na wstępie duże pochwały dla kieleckiego klubu, za „szastanie” akredytacjami. Trybunka prasowa w hali mieści pewnie nie więcej niż 30 osób, a przepustek wydano podobno 120. Oczywiście od początku wiedziałem, że nie będę miał miejsca na loży prasowej, nie wiedziałem nawet czy w ogóle będę miał jakieś miejsce, ale przynajmniej mogłem być na meczu. W końcu znalazłem miejscówkę stojącą w pobliżu młyna kibców Iskry, a oglądaniem zmęczyłem się chyba bardziej niż zawodnicy grą. Co chwilę trzeba było stawać na palcach, czasem kucać, ewentualnie wychylać się przez czyjeś plecy.

***

Stanie obok młyna sprawiło, że byłem praktycznie w centrum tego wspaniałego dopingu, który zapewne bardzo dobrze był słyszalny także w TV. Nie za bardzo wiedziałem jak reagować –  jasnym było, że jako kielczanin kibicuję klubowi ze swojego miasta. Postanowiłem jednak, że powstrzymam się od fetowania poszczególnych bramek, a przede wszystkim śpiewów. Wierzcie nie było łatwo, bo przy takim wydarzeniu emocje są ogromne i łatwo dać się ponieść. Jednakże na mojej szyi „dyndała” akredytacja dziennikarska, trzeba się było jakoś hamować. Udało się, ograniczyłem się jedynie do bicia braw po bardziej efektownych akcjach i rzecz jasna po końcowym gwizdku. Chyba zatem nikt nie zapamięta mnie tak jak niektórych krakowskich dziennikarzy, którzy na meczach Wisły wyciągali nad głowy szaliki gdy leci „Jak długo na Wawelu”.

***

Jeszcze co do dopingu – doprawdy fantastyczny, liczna, rozśpiewana grupa, zbita na małej przestrzeni pod dachem daje radę. Chwalę, chociaż nigdy nie przyzwyczaję się do tego zastępowania śpiewu gwizdami i trąbieniem, jak tylko przeciwnik przejmie piłkę. Druga sprawa – rzekomy piknik na sportach halowych. Fikcja, przynajmniej w tym wypadku. Oprawy, śpiewy, zabrakło tylko fanatyków gości. Bo tych 5 osób w kącie z macedońską flagą nie liczę. I jeszcze, parę razy z trybun poleciało coś, co w telewizji zostałoby pewnie wypikane. „Wstawaj, wstawaj, chuju nie udawaj” itd. Nie muszę dodawać, że jako stałemu bywalcowi stadionów piłkarskich, takie „ubarwienie” kompletnie mi nie przeszkadza. Co więcej, podnosi rangę wydarzenia. Jeżeli ktoś jest gotów zbesztać drugiego człowieka, to znaczy że sprawa jest na prawdę ważna.

***

Podobało mi się też rozpoczęcie dopingu jeszcze podczas rozgrzewki, około pół godziny przed pierwszym gwizdkiem. To coś, czego brakuje mi m.in. na stadionie Korony. Nie mówię, żeby śpiewać cały czas, ale przynajmniej na wyjściu piłkarzy…

***

Zaskoczył mnie natomiast spiker. I to trochę negatywnie – może źle to odczytuję, ale dość prowokacyjnie brzmi tekst „Na parkiet wychodzą zawodnicy Metalurga, pamiętamy jak przywitano nas w Skopje, nie mówię, żeby witać ich z wrogością, ale zróbmy to tak jak my potrafimy!”. I w tym momencie wjeżdżają gwizdy 4 tysięcy osób. Nie wiem czy to akceptowalny zwyczaj na meczach piłki ręcznej, bo za mało ich widzłiałem, czy też taki „rewanż” na Macedończykach znanych z podobnych zachowań. Pytanie czy to potrzebne – jak pisałem wyżej – napięcie na trybunach było spore i bez tego.

***

Trochę o piłce ręcznej  – piękny sport, szalenie dynamiczny. Telewizja nie do końca oddaje to co się dzieje na boisku. Wiele razy mieliśmy pretensje do sędziów podczas meczów reprezentacji za decyzje, które na ekranach wyglądają jako błędne. Będąc na hali uświadomiłem sobie jak potwornie trudne w prowdzeniu są takie zawody. Ciągły ruch, nieustanna walka.

***

Piękne obrazki były po zakończeniu. Dziwnie się złożyło, ale bardziej niż na wygranych skupiłem się na pokonanych. Jako pierwszy parkiet opuścił ich trener Lino Cervar. Wygląda na równego gościa, ale schodził tak przygarbiony, jakby dostał „bejsbolem” po plecach. W sumie, wynik 26:15 na takim poziomie to trochę jak rozbój z użyciem niebezpiecznego narzędzia. Podopieczni Cervara też ulotnili się dość szybko, niektórzy zbijali po drodze piątki z kieleckimi kibicami, więc i wrogość szybko minęła. Jeden rzucił nawet fanowi przepoconą frotkę z nadgarstka. Po upraniu pamiątka będzie bardzo fajna.

Tylko jeden gracz Metalurga został na ławce i patrzył długo na żółto-niebieską fetę. Żałuję, że nie miałem sprzętu pozwalającego zrobić mu zdjęcie z dalekiej odległości, bo chyba wystarczyłoby ono za tysiąc słów podsumowania tego meczu.

***

Konferencja prasowa. Cervar mówi bez ściemy – „w drugiej połowie grały tylko Kielce”. Może i to oczywiste, ale znamy z futbolowych ławek, fachowców, którzy po pogromach potrafią znaleźć winnych w stu osobach, tylko nie w sobie.

***

Jeszcze o spotkaniu z dziennikarzami – jakoś nie mam szczęścia, bo drugi raz z rzędu w sali konferencyjnej kminię nad pytaniem, czekam tylko aż ktoś pierwszy się „wychyli” i bach… „jeżeli nie ma pytań, to dziękujemy za uwagę”. I teraz zagwostka – czy ja jestem dziwny, że w takim momencie chcę o coś pytać, czy grupa dziennikarzy, których nic nie ciekawi po takim widowisku?

***

Bogdan Wenta stwierdził natomiast, że czas poszerzać tę halę. Wydało mi się to lekką utopią. Racja, było ciasno i cholernie niewygodnie. Ale właśnie wokół takich spotkań, w takich warunkach, rodzą się legendy, o których się pamięta przez lata. Gdybyśmy sobie wygodnie siedzieli i zajadali popcorn to wspomnienia byłyby nieco bardziej zwyczajne. Wracając jednak do tej hali na 10 tysięcy miejsc. Ja patrzę na to w taki sposób – albo to będzie ostatni taki sukces Vive i siłą rzeczy zainteresowanie spadnie, albo sukcesów będzie tyle, że spowszednieją i wyjdzie na to samo.

***

Nadal odnośnie pojemności trybun. Gdzieś trafiłem na wypowiedź prezesa, który twierdzi że niedługo klub będzie miał budżet większy niż piłkarski Lech Poznań. Jeżeli rzeczywiście chce i wie jak to osiągnąć, to nie wypada by taka potęga „gniotła” się w czterotysięcznej hali. Problem w tym, że nie wypada też by w mieście takim jak Kielce były dwie nowe hale, bo ta obecna, jest w gruncie rzeczy nową. Realnie patrząc brakuje nam teraz pewnie ok 3-4 tysiące krzesełek, które w optymistycznym wariancie zapełnią się 10 razy w sezonie. W pesymistycznym – nie zapełnią się nigdy (gdyby nagle Vive obniżyło znacząco loty, np. nie zakwalifikowało się do LM). Zastanawiam się czy gra warta jest świeczki. Szczypiorniści to jedyna w okolicy ekipa, która może mieć widownię w hali ponad 5 tysięcy. Nie łudźmy się – wielkich imprez reprezentacyjnych  też za dużo do Kielc nie ściągniemy – inne ośrodki, jak Wrocław, Łódź, Gdańsk, Warszawa, Katowice czy Kraków wyprzedzają nas w tym temacie o lata. Największe zło to zaprojektowanie Hali Legionów na 4, a nie na przykład na 6 tys. miejsc. Z zaistniałej sytuacji widzę jedno wyjście – niestety nie mniej utopijne jak nowy, wielki obiekt. Przenieśmy część gier na Arenę Kielc. Tam spokojnie 7-8 tysięcy osób obejrzy je w komfortowych warunkach.

***

Na zakończenie – Vive powinno mi dać dożywotni karnet, bo zawsze jak jestem na ich meczu to wygrywają + 10. Tylko, że poprzednio to było chyba z Chrobrym Głogów, a nie z ćwierćfinalistą Ligi Mistrzów.


pubsport.pl
Damian Ślusarczyk
29 lat, wychowany pod Kielcami, mieszka w Manchesterze, PubSport.pl z małymi przerwami ogarnia od 8 lat. Stale udowadnia, że jest w stanie znaleźć "coś" ciekawego w każdej dyscyplinie sportu. Obserwuj mnie na Twitterze
http://www.pubsport.pl/