Mecz Gwiazd w Kaliszu – gdzie najlepsze były krowy

Bilety na spotkanie do Kalisza leżały w mojej kieszeni już od dłuższego czasu i po początkowym podnieceniu spowodowanym tym, że zobaczę na żywo Mecz Gwiazd pierwszy raz od kilku lat (ostatni chyba w 2007 roku we Wrocławiu) przyszło opamiętanie, że jednak nie powinienem spodziewać się cudów. Czy moje przypuszczenia okazały się słuszne? W kilku aspektach jak najbardziej, ale może jest to efekt pewnego „przesiąknięcia” NBA i jej perfekcjonizmem. W niedzielnym MG znajduję jednak także pozytywy.

Najważniejsze informacje

Południe pokonało Północ 119-117, a MVP meczu wybrany został Harding Nana z Polonii Warszawa. Konkurs wsadów zakończył się zwycięstwem amatora Łukasza Biednego, natomiast Darnell Hinson pokonał „trójkowego dominatora” Andrzeja Plutę w konkursie rzutów za trzy.

Kalisz

Miasto od początku wzbudzające kontrowersje jako gospodarz tego wydarzenia spisało się akurat udanie. Pozytywne wrażenie wywarły na mnie tabliczki na skrzyżowaniach informujące już od wjazdu do miasta, w którą stronę kierować się aby trafić na spotkanie. Niby banał, a jakże znaczący nawet w erze GPS-ów . Samo miasto przywitało niezbyt smaczną kuchnią w restauracji meksykańskiej na Rynku oraz spotkanym w tym miejscu Ratko Vardą. Podjeżdżając pod halę Winiar kolejny raz zostałem kolejny raz pozytywnie zaskoczony sporym parkingiem gdzie bez problemu można było znaleźć miejsce (ciekawe tylko w jakim celu na każdym kroku była policja? Czy to jakiś wymóg przy imprezach masowych, aby na jednego kibica przypadał jeden policjant?). Niestety przy wejściu do samej hali pojawiał się problem w postaci wielkiej kolejki. Kiedy wiadomo, że ma się pojawić kilka tysięcy osób wydawało mi się oczywiste otwarcie przynajmniej paru wejść. I tu pierwszy raz się zawiodłem ponieważ otwarte były dwie bramki. Kolejkę dodatkowo spowalniali ludzie, którzy byli bardzo zdziwieni, że nie wejdą na obiekt ze swoimi napojami (ehh…). Hala wrażenie robi bardzo pozytywne. Dobra widoczność i dużo miejsca dla kibiców. Problem pojawił się jednak przy nagłośnieniu ponieważ prawdę mówiąc zrozumiałem tylko kilka słów pana konferansjera, a słuch mam naprawdę niezły. Jeszcze jedno – czy jeden punkt gastronomiczny na kilka tysięcy osób wystarczy? Życie pokazało, że trzeba było czekać na kupno Coli lub popcornu jakieś 10 minut, a to już zakrawa na śmieszność.

Dla popularyzacji koszykówki w Kaliszu ten mecz zrobił dużo, ale czy ta sama koszykówka została odpowiednio zareklamowana w całej Polsce? Tu niestety muszę ponerzakać. Takie wydarzenie jak mecz ALL-STAR musi być rozegrane w:

– większej hali

– mieście związanym z koszykówką

Idealnym miejscem na to spotkanie był Wrocław i Hala Stulecia. Tak wiem, że w stolicy Dolnego Śląska takie mecze odbywały się już kilka razy. Jednak moment na powrót w to miejsce jest najlepszy. Śląsk wraca do TBL, Wrocław jest spragniony koszykówki, a do „Ludowej”  przybyłoby pewnie z 7 tysięcy ludzi. Jakże inaczej wyglądałby ten mecz w TV w takiej hali. Polityka władz TBL jest jednak inna, no cóż?.

Prezentacja

Wydarzenie zasługujące na osobny podpunkt. Przyznam, że przy Dannym Ewingu (szósty gracz przedstawiany w kolejności) zacząłem ziewać. Przyczyniła się do tego także pani, która próbowała wcześniej (jeszcze przed prezentacją) udawać Whitney Houston. Z jakim skutkiem jej się to udało ? domyślcie się sami.

Pomysł z czerwonym dywanem i podestem ze schodami jak najbardziej dobry. Tylko dlaczego te schody były tak strome? Nikt nie przewidział, że taki Chris Burgess ma rozmiar buta pewnie z 50 i musiał schodzić po nich bokiem, a reszta graczy idąc w dół wyglądała jak kobiety, które pierwszy raz założyły wysokie szpilki.

Wymagałbym jednak od zawodników więcej luzu aniżeli tylko podniesienie rąk podczas przywitania z kibicami. Jedynie Harding Nana wyraźnie wyluzowany pokazał się publiczności. Kolejnym punktem było przywitanie gwizdami zasłużonego dla koszykówki w Polsce jakby nie było Grzegorza Schetyny.

Konkursy

W konkursach „trójek” i wsadów szansę dostali amatorzy, którzy dzień wcześniej wygrali eliminacje. Pomysł bardzo fajny i pewien ukłon w stronę kibiców dający możliwość identyfikowania się „ze swoim” w walce z zawodowcami.

W eliminacjach po 21 punktów zgromadzili „pewniak” Andrzej Pluta rzucający na końcu i Ivan Koljevic dysponujący techniką rzutu przypominającą Matta Bonnera z szeroko rozstawionymi nogami. Dlaczego do finału wszedł Hinson? No właśnie. To stanowi dla mnie pewna zagadkę i mogę tylko domyślać się co się wydarzyło. Otóż w przerwie między pierwszą, a druga kwartą odbył się przedziwny konkurs rzutowy z udziałem kibiców. Po pierwsze nikt ze zgromadzonych nie usłyszał zasad tejże konkurencji ponieważ były problemy z wyżej wspomnianym nagłośnieniem, ale już zupełnie na łopatki rozłożyli mnie uczestnicy. Oprócz zawodowców udział w nim wzięli ludzie z trybun (podejrzewam, że ci którzy złapali maskotki sponsora ligi) i w parach rywalizowali między sobą. Chaos jaki panował w tym momencie na parkiecie jest ciężki do opisania i nawet obrotny Adam Romański wydawał się zagubiony. Wśród rzucających kibiców był chłopiec, który nie był w stanie dorzucić nawet do kosza zza linii rzutów za trzy (nikt nie pomyślał żeby młody rzucał np. z linii rzutów osobistych) oraz pan z gipsem na nodze co dopełniało komizmu całej sytuacji.

W finale zwyciężył właśnie Hinson zdobywając 21 punktów.

Polski Slam Dunk Contest muszę przyznać wywołał we mnie kolejny raz efekt znudzenia. W pewnym momencie zastanawiałem się czy mam zwidy czy kolejny raz widzę te same wsady po wcześniejszym narzuceniu sobie piłki. Trochę świeżości wniósł Łukasz Biedny, który w amatorskich eliminacjach pokonał niejakiego ?Slasha?. Jego wsady ponad kumplami, a następnie nad cheerleaderkami były obiektywnie mówiąc bardzo udane i wykonane poprawnie już w pierwszych próbach. Od wszystkich jurorów dostał maxa czyli po 5 punktów i wygrał zasłużenie.

Brakowało mi podczas tej zabawy nieco improwizacji, ale i próby wcześniejszego przygotowania programu wsadów przez zawodników. Szczególnie od Amerykanów oczekiwałem jakiejś inwencji twórczej.

Niekoniecznie od razu trzeba robić to co Dwight Howard albo Nate Robinson, ale wzory trzeba czerpać od najlepszych w danej dziedzinie.

Z jurorami wiąże się kolejna zabawna sytuacja z tej imprezy. Mający oceniać „dunkerów” Maciej Zieliński i Adam Wójcik w momencie gdy zaczynał się konkurs zniknęli gdzieś nagle i dobrą chwile trwały ich poszukiwania.

Mecz

Moje wcześniejsze wypowiedzi są głównie drwiące i krytykujące, ale tak zwyczajnie uważam. Nie mogę się przyczepić jednak do samego meczu z gwiazdami w rolach głównych, a nawet muszę go pochwalić. To właśnie był największy pozytyw tego dnia. Od początku gracze do serca wzięli sobie, że kibiców trzeba rozpieszczać efektownymi akcjami i mnóstwem punktów. Oczywiście obrona była lżejsza niż zwyczajowo jest to przyjęte podczas meczów o stawkę, ale nie obyło się i bez efektownych bloków. Ciekawą sytuacje zaobserwowałem w drugiej kwarcie kiedy do wznowienia gry po timeoucie szykowali się gracze Północy. Na środku boiska Cameron Bennerman razem z Michaelem Hicksem ustalali rozegranie następnych akcji, a słyszący wszystko Walter Hodge z Południa zatwierdził tylko, że „odpuści” krycie na Bennermanie. Po chwili oglądaliśmy najefektowniejszą akcje tego spotkania. Hicks zagrał piłkę za plecy na alley-oopa do wbiegającego Bennermana, a ten zakończył akcję idealnym dunkiem. Po kilku akcjach ponownie ta para dała dużo radości kibicom. Hicks odbił piłkę o tablicę, a punkty wsadem zdobył Bennerman. Zapamiętam z pewnością Rajdy Ratko Vardy, wsady Bryana Davisa, Tonego Easleya i tytuł MVP dla Nany jak najbardziej zresztą zasłużony. Opisywanie meczu wydaje mi się zbędne bo nie o wygraną w nim chodziło, a o korzystny wizerunek koszykówki. Taki właśnie na pewno zobaczyli kibice w TV oglądając tylko sam mecz. O słabościach imprezy jako całości napisałem wyżej. Mam nadzieję, że kolejne Mecze Gwiazd będą odznaczały się idealną organizacją bo od niej wszystko się zaczyna i nie daje powodu do śmiechu dla osób szukających dziury w całym (trochę jak ja).

Skąd w tytule mojego postu z Krowami? Już śpieszę wytłumaczyć. Przerwy w grze umilały publiczności cheerleaderki z Wrocławia i Trójmiasta jednak ich popisy nijak się miały do show, które zaprezentowały nam maskotki głównego sponsora ligi czyli Tauronu. Wyglądają tak:

Oczywiście nazwa „Krowa” została nadana przeze mnie, a w internecie znalazłem informację o tym, że są to po prostu „Tauronki”. Najbardziej przypomina mi właśnie Krówkę, ale mniejsza o to. Ich zachowanie było wprost z ALL-STAR NBA. Czego nie robiły te maskotki. Naśladowały cheerleaderki, bawiły się z dziećmi koszykarzy, które co chwila nękały je ciągnięciem za ogon. Bawiły się z publicznością na trybunach oraz z zawodnikami podczas przerw. Brakowało tylko wsadów wykonywanych po skokach na trampolinie, ale to już specjalność maskotek z NBA. Zabawa w wykonaniu”Krówek” tudzież „Tauronków” było show pierwszej klasy i organizatorzy z nich powinni brać w przyszłości przykład.


pubsport.pl
gladysh
Student AWF Wrocław, trener piłki nożnej i jej fan. Miłośnik NBA. Prowadzę bloga enbijejowo.blox.pl
http://enbijejowo.blox.pl/html