Mieliśmy pecha, bo Smuda miał farta

Kiedy robimy jakiś interes lub organizujemy jakieś przedsięwzięcie, to przychodzi taki czas kiedy któraś ze stron mówi: no to może byśmy się tak rozliczyli. W przypadku reprezentacji Polski w piłce nożnej ten czas jest teraz. 

Największa krzywda tej drużynie nie stała się wczoraj, czy podczas meczu z Grecją. Największe zło tej ekipie wyrządzono na długo przed tym jak Robert Lewandowski zawitał do Poznania, i parę ładnych lat przed korupcyjnym występkiem Łukasza Piszczka. To stało się w czasach gdy Szpakowskiego dało się jeszcze słuchać, a ligowa piłka leciała w otwartej telewizji. Wtedy, w połowie lat 90 ubiegłego wieku, zjawił się w tej lidze człowiek z zewnątrz. Polak, choć kiepsko mówiący po polsku, trener, ale jakiś taki inny – odnoszący sukcesy, często bezczelny i przede wszystkim – mający własne zdanie. Przez kilkanaście lat skakał z klubu do klubu i praktycznie wszędzie udawało mu się coś osiągnąć – od spektakularnego ratowania przed spadkiem po mistrzowskie tytuły i udział w Lidze Mistrzów.

Słowem kluczem w tej wyliczance jest właśnie udawało. Franciszek Smuda przez te wszystkie lata miał niemiłosiernego farta, choć uczciwie trzeba przyznać, że umiał temu szczęściu pomóc. Tak czy owak – tam gdzie się pojawiał, na boisku działy się rzeczy niezwykłe, nad murawą unosiły się tumany kurzu, padały bramki, padali piłkarze, kurwy sypały się z ławki, a jak to wszystko się uspokoiło, to koniec końców przy życiu pozostała najczęściej drużyna Smudy. Nie ważne czy był to Widzew, Wisła, Lech czy Zagłębie. Jedni mówili, że to opatrzność czuwa nad Franzem, inni źródła sukcesów upatrywali w jego trenerskim  nosie. Tym samym, który pozwala mu podobno rozpoznać dobrego piłkarza po tym jak idzie po schodach. Smuda był szaleńcem, co by się nie działo – zawsze grał do przodu, kalkulacja i liczenie nie były jego  dobrą stroną… Tak jak mówienie, ale przecież nie za słowa mu płacili. Nie ważne jak, najważniejsze że wygrywał. Nic dziwnego, że naród chciał go na selekcjonera. W końcu był to bodajże jedyny trener w kraju, który miał na koncie jakieś znaczące sukcesy. Nie jakieś pitu pitu na krajowym podwórku – Franz umiał też pograć w Europie. Jak wtedy gdy z Lechem dotarł do 1/16 finału Pucharu UEFA. Jeśli dobrze pamiętam, jeszcze w eliminacjach Rafał Murawski wturlał w ostatniej minucie dogrywki piłkę do bramki Austrii Wiedeń w jakimś niesamowitym zamieszaniu.

W końcu działacze, którzy za Smudą nie przepadali, z wielką namiętną wzajemnością zresztą, ulegli i dali mu kadrę. W najważniejszym momencie, przed historycznym turniejem. Pewnie też liczyli na słynne cuda, niezapomniane boje i okrzyki Turku kończ ten mecz!  Tyle, że Smuda-trener i Smuda-selekcjoner to dwie zupełnie inne postacie. Prowadzenie najważniejszej w Polsce drużyny w najważniejszym w historii turnieju przerosło Franza. Widzieliśmy to już kilka miesięcy po debiucie, w każdym kolejnym sparingu. Niektórzy krzyczeli, inni przymykali oko, ale chyba wszyscy od wazeliniarza Romana Kołtonia, przez Janka Tomaszewskiego, aż po portal Weszło! liczyliśmy, że i tym razem Franzowi się uda i piłka znów wpadnie do bramki rywala o jeden raz więcej niż do naszej. No i się przeliczyliśmy.

Smuda zaplątał się już na samym początku, mówił jedno, robił drugie, kłamał, oszukiwał dziennikarzy, przeczył sam sobie. Byliśmy w stanie to wybaczyć, gdyby tylko na ławce trenerskiej był taki jak dawniej. Gdyby umiał wspomóc swoje szczęście. Bo ono, chciało wspomóc jego – co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Miał turniej w Polsce, miał farta w losowaniu, miał sprzyjającego sędziego w meczu z Grecją, miał za rywala jedną z najsłabszych od lat reprezentacji Czech, a jednak poległ. Zajął się tym co wychodziło mu najsłabiej – kalkulacją i słownymi sporami. Lech Poznań Franciszka Smudy w takim meczu jak starcie z Czechami atakowałby od pierwszej minuty do dziewięćdziesiątej, nie do dziewiętnastej. Widzew Smudy po obronionym karnym przez Tytonia rzuciłby się na Grecję ze zdwojoną siłą, Wisła Smudy, słaniających się na nogach Rosjan tłamsiłaby do końcowego gwizdka, bez fajerwerków taktycznych, raczej charakterem i wolą walki do upadłego. Polska Smudy czekała na egzekucję, liczyła na remis, sama spychała się pod ścianę. Wszystko to, mając w składzie piłkarzy zdolnych wygrać grupę A z siedmioma, może nawet dziewięcioma punktami na koncie.

Selekcjoner popełnił przez ostatnie 2 i pół roku wiele błędów: robił byki marketingowe, taktyczne, mylił się personalnie, może zawalił okres przygotowawczy, ale nawet w tych okolicznościach miał szansę wyjść z grupy. Szkoda tylko, że go zamurowało, chłop nie wiedział co robi na tej ławce. Bardziej bezpośredni ode mnie widzowie, powiedzą pewnie że się zesrał przed swoją życiowa szansą. I ja się pod tym stwierdzeniem podpiszę. Swoją postawą podczas Euro 2012 sprawił, że dziś z pełnym przekonaniem twierdzę: mieliśmy cholernego pecha gdy Widzew eliminował Broendby z Ligi Mistrzów, gdy dokonywał cudu na Łazienkowskiej, wreszcie gdy Murawski wturlał piłkę do bramki Austrii Wiedeń. Szkoda, że te wszystkie sukcesy były udziałem takiego człowieka jak Franciszek Smuda. Pewnie nie zmarnowalibyśmy najważniejszych dwóch lat dla polskiej piłki i nie przegralibyśmy najważniejszego w historii turnieju. To wszystko dało się zrobić lepiej, bardziej profesjonalnie i spokojniej.

Wypada mi tylko przeprosić fanów piłki, za to, że byłem jednym z tych którzy krzyczeli Smuda do kadry!, a potem dajmy mu czas, rozliczymy go z wyników nie z  wywiadów. Mojego samopoczucia nie poprawia nawet to, już pół roku przed Euro zrozumiałem jaki błąd zrobiliśmy wpychając kadrę w objęcia Franza. Jakoś nie daje mi to żadnej satysfakcji…


pubsport.pl
Damian Ślusarczyk
29 lat, wychowany pod Kielcami, mieszka w Manchesterze, PubSport.pl z małymi przerwami ogarnia od 8 lat. Stale udowadnia, że jest w stanie znaleźć "coś" ciekawego w każdej dyscyplinie sportu. Obserwuj mnie na Twitterze
http://www.pubsport.pl/