Mister Kankan

Im dłużej oglądałem dzisiejsze spotkanie Łukasza Kubota z Lopezem w IV rundzie Wimbledonu, tym mocniej kreowała się w mojej głowie laudacja naszego zawodnika, którą chciałem napisać na swoim blogu. Jednak później okazało się że wyżej wspomniane „im dłużej”, choć trwało ze dwie godziny, było dopiero półmetkiem. A im jeszcze dłużej trwało spotkanie, tym bardziej moje zamiary się ostudzały. Ale co tam – o Kubocie i tak można, ba, należy napisać dziś niemało dobrych słów.

Na wstępie zaznaczam – moja znajomość z tenisem jest dość przelotna. Czasem coś tam obejrzę jak Agnieszka Radwańska dostanie się do jakiegoś ćwierćfinału, czy jak nasi debliści w Mastersie grają. Albo jak jest Wimbledonu. Może nie ślęczę całymi dniami przed telewizorem, ale jednak ten turniej to jest to czym dla rajdów terenowych jest Dakar, a dla kolarstwa Tour de France – obok tego nie da się przejść obojętnie. A tym bardziej nie da się przejść obojętnie obok szalejącego na londyńskich trawach Polaka. Przy czym szalejącego jest dobrym słowem. I to odnoszącym się nie do zachowania Kubota. On dziś grał jak szalony. Szaleńczo ofensywnie, szaleńczo konskwentnie i szaleńczo spokojnie. Tylko szaleńczych sił zabrakło. Tych sił, które pozwoliły temu kwalifikantowi przecież, pokonać przedwczoraj ósmą rakietę świata. Te, które pozwoliły dziś przez dwie godziny gry być maszyną. Po tym czasie był już tylko fenomenalnym tenisistą, który na przeciwko siebie spotkał podobnej klasy zawodnika. Ciężko było uwierzyć, że tak wspaniała gra może nie wystarczyć. Ale i tak: dziękuję! Za wszystkie asy serwisowe: dziękuję! Za wszystkie kończące returny: dziękuję! Za niezliczone skończone piłki przy siatce: dziękuję! Za ponad cztery godziny wspaniałych emocji: dziękuję! I powodzenia. Przecież za rok też jest Wimbledon, a po drodze jeszcze mnóstwo innych imprez na których, miejmy nadzieję, będziemy mogli być dumni za wspaniałych występów Kubota. No i w swojej manii na pewnym punkcie nie sposób mi nie wspomnieć o wydarzeniu tuż po przyszłorocznym Wimbledonie, choć także goszczącym na tych słynnych trawach – wszak myśli te są dość dalekosiężne, ale z tyłu głowy się pojawiło: Igrzyska Olimpijskie. Pozornie fikcja i mrzonka, ale jednak taka myśl się pojawiła. I dzielę się nią, bo może za kilkanaście miesięcy okaże się że będę mógł powiedzieć „a nie mówiłem?!”.


pubsport.pl
Paweł Kazimierczyk
Wrocławianin, student Wydziału Mechanicznego Politechniki Wrocławskiej. W styczniu 2010 rozpocząłem prowadzenie bloga olimpijsko.blox.pl. Grudzień tegoż roku przyniósł mi zaproszenie do PubSportu, kolejna zima zaowocowała z kolei przeniesieniem bloga do serwisu naTemat.pl, gdzie można mnie znaleźć pod adresem pawelkazimierczyk.natemat.pl. Pisuję o wielu dyscyplinach. Być może wygląda to tak, że myślę, że znam się na wszystkim, ale sądzę, że przeboleję taką opinię i będę robił swoje. Największe emocje wzbudzają we mnie zawody w których sportowcy występują pod barwami narodowymi, stąd też ogromna fascynacja imprezą jaką są Igrzyska Olimpijskie. Przy czym wobec tych wszystkich rozgrywek niemal zawsze w ślepej kibicowskiej naiwności wierzę w sukces tych pod biało-czerwonym sztandarem.
http://pawelkazimierczyk.natemat.pl