Moim zdaniem Stoch

Kończący się rok był wyjątkowy dla polskiego sportu. Tak udanego roku nie przeżyliśmy dawno.  Wspaniałe igrzyska olimpijskie okraszone sześcioma medalami w tym czterema złotymi, piękne, również medalowe mistrzostwa Europy w lekkoatletyce, sukcesy kolarzy Michała Kwiatkowskiego (tytuł mistrza świata) i Rafała Majki (dwa wygrane etapy w Tour de France, zwycięstwo w klasyfikacji górskiej tego wyścigu, a także tryumf w całym wyścigu Tour de Pologne), tytuł najlepszej drużyny globu w szalenie popularnej w naszym kraju siatkówce, wielkoszlemowy sukces w deblu Łukasza Kubota na kortach w Australii i ciągła obecność w ścisłej światowej czołówce Agnieszki Radwańskiej. Poza tym duże osiągnięcia pływaków, kajakarek, żeglarzy, ciężarowców, żużlowców, a wczoraj – co ciekawe-  także szachistów.  Nie sposób wymienić wszystkich. Nawet tak bardzo wyszydzani – i słusznie zresztą – w ostatnich latach piłkarze wreszcie dostarczyli nam radości. Reprezentacja dobrze zaczęła eliminacje Mistrzostw Europy, przede wszystkim pokonując Niemcy, Legia Warszawa wyszła z grupy w Lidze Europy, a Robert Lewandowski został królem strzelców Bundesligi.

To wszystko ogromnie cieszy, ale też utrudnia wybór dziesiątki najlepszych sportowców Polski w tradycyjnym plebiscycie Przeglądu Sportowego i TVP. Jest to bardzo delikatny temat. Kiedy się go poruszy często dochodzi nie tylko do ostrej wymiany zdań, ale nawet do kłótni. Każdy ma swoje kryteria. Jedni patrzą na trud włożony w osiągnięcie sukcesu. Inni zwracają uwagę na popularność dyscypliny na świecie i liczbę krajów w niej startujących. Są zapewne tacy, którzy kierują się sympatią do sportowca, a nawet jego popularnością pozasportową i nie zdziwiłbym się, gdyby – zakładając, że nie byłoby dwudziestu pięciu nominowanych sportowców – wygrał np. Robert Burneika. No, dobrze, może bym się zdziwił, ale tylko trochę. Ja osobiście najbardziej cenię złoto olimpijskie. I w roku olimpijskim po prostu nie wyobrażam sobie, że może wygrać ktoś inny niż zawodnik, który sięgnął po wspomniane złoto olimpijskie dwukrotnie. W dodatku dorzucił do tego Puchar Świata. Zatem moim skromnym zdaniem na tytuł sportowca roku zasłużył Kamil Stoch.

Chłopak pojechał na najważniejszą imprezę roku i wygrał dwa konkursy. W świecie skoków zdarzyło się to wcześniej tylko dwóm zawodnikom. Byli to Fin Matti Nykaenen oraz Szwajcar Simon Amman (dokonał tej sztuki dwukrotnie). Na drugim miejscu, w mojej opinii, powinien uplasować się Zbigniew Bródka. Nasz panczenista zdobył w Soczi złoto indywidualnie i sięgnął po brąz w drużynie. Podium uzupełniłbym obecnością Justyny Kowalczyk, która ucieszyła nas jednym olimpijskim medalem, ale rzecz jasna, złotym. W dziesiątce powinny się znaleźć również drużyny łyżwiarek (srebro na igrzyskach) i łyżwiarzy (brąz). Wydaje mi się, że mimo dużej komercji, jaka już od dawna zalewa świat sportu, to właśnie igrzyska olimpijskie powinny być najważniejsze. Każdy ma swoje zdanie i swoje argumenty (na pewno też racjonalne), ale ja oceniam to pod kątem igrzysk. Czytałem jakiś czas temu ciekawą dyskusję na ten temat na Twitterze. Dziennikarz Przeglądu Sportowego  Jakub Radomski jest zdania, że plebiscyt powinien wygrać Rafał Majka, ponieważ jego sukcesy kosztowały najwięcej pracy i wysiłku. Doceniam wysiłek kolarzy, tym bardziej, że sam lubię robić sporo – jak na amatora – kilometrów na rowerze. Ogromnie cieszyły mnie sukcesy Majki, ale w roku olimpijskim to jednak za mało. Ani Robert Lewandowski, od którego nikt nie strzelił większej liczby goli w jednej z najlepszych lig w Europie, ani Mariusz Wlazły, który wzruszył mnie do łez prowadząc naszych siatkarzy do złota mistrzostw świata, ani Michał Kwiatkowski, który przywdział tęczową koszulkę za piękną wiktorię w Ponferradzie, ani żaden inny sportowiec, który w tym roku tak pięknie reprezentował nasz kraj na arenie międzynarodowej, nie powinien wygrać z Kamilem Stochem.

Nie trafia do mnie argument, że skokami interesuje się tylko kilka krajów. Po pierwsze futbol amerykański też nie jest zbyt popularny poza Stanami Zjednoczonymi, co nie przeszkadza Amerykanom, by co roku bić rekordy oglądalności Super Bowl. Po drugie może to racja, że akurat na skoczniach narciarskich nie oglądamy przedstawicieli wielu krajów, ale jeśli chodzi o ich rangę, to wygląda to bardzo dobrze. Nie startują tam Mongolia, Tadżykistan, czy Sri Lanka (z całym szacunkiem dla tych krajów), zaś pierwszoplanowe role pełnią Niemcy, Austriacy, Norwegowie, Japończycy, a w mniejszym stopniu także Włosi, czy Francuzi. Stoch może nie jest znany w Hiszpanii, czy Brazylii, ale już nasi zachodni sąsiedzi z pewnością dobrze go znają. Dlatego każdy inny wynik plebiscytu niż tryumf polskiego skoczka będzie dla mnie niespodzianką.


pubsport.pl