Moskal – człowiek na właściwym miejscu

Wisła Kraków we wczorajszym meczu ze Śląskiem Wrocław wreszcie zainkasowała trzy punkty. I myślę, że większość tych, którzy mają na sumieniu dobro drużyny spod Wawelu, odetchnęła z ulgą. Wszak zwycięstwo dało Kazimierzowi Moskalowi znacznie większy komfort na stanowisku i spokój przed zbliżającą się przerwą na reprezentacje. A Moskal to jedna z najlepszych rzeczy, jaka mogła spotkać Wisłę, co – mimo wielu remisów – widać od samego początku obecnej kampanii.

Pamiętam jesień 2011 roku, kiedy wspomniany szkoleniowiec pierwszy raz objął stery w ekipie „Białej Gwiazdy”. Z klubu zwolniony został Robert Maaskant, który pozostawił po sobie spory bałagan, bo i wyniki w sezonie 11/12 pozostawiały sporo do życzenia, a i szatnię nietrudno nazwać było prawdziwą wieżą Babel. Moskal, mimo kiepskiej sytuacji wyjściowej, zdołał rzutem na taśmę wyjść z grupy Ligi Europejskiej. Z czasem w grze Wisły widać było wyraźny postęp. Wiślacy zaczynali grać tak jak kiedyś – za dawnych, dobrych czasów – na małej przestrzeni, kombinacyjnie, z dużą ilością podań z pierwszej piłki. Wyniki może nie były aż tak obiecujące, ale w związku z coraz lepszą postawą boiskową zespołu, wydawało się, że one prędzej czy później przyjdą. Cupiał jednak tylko czekał aż napatoczy mu się dobra okazja. Wolny był trener Probierz, który już 1 marca zawitał na Reymonta.

Bałem się, że i tym razem Moskal nie będzie traktowany w klubie jako długoterminowe rozwiązanie. O mało moje obawy nie ziściły się już na końcu minionego sezonu, kiedy pojawiało się wiele informacji na temat możliwego zwolnienia. Na szczęście Wisła zaczęła jednak obecną kampanię z tym samym szkoleniowcem. Moim zdaniem, wyniki są naprawdę niezłe, bo po pierwsze: Wisła jeszcze nie przegrała, a po drugie: spora liczba remisów wiążę się z dość trudnym kalendarzem (1:1 z Górnikiem to żaden sukces, ale z remisów z Legią i Lechią chyba należy się cieszyć aniżeli bić na alarm). Dlatego nawet nie przyszło mi do głowy, że po czterech kolejkach ktoś znowu zacznie plotkować na temat ewentualnego zwolnienia Moskala. Pojawiały się nawet newsy, że opuszczenie klubu przez jego osobę jest już niemal pewne w związku z wezwaniem go przez Bogusława Cupiała do siedziby Tele – Foniki. Obecnie krąży taka opinia, że Moskal na stanowisku jest tylko dzięki temu, że przed popularnym „Bogusiem” wybronili go Robert Gaszyński i Zdzisław Kapka, a w kolejce już czeka trener z Bałkanów.

Wisła Moskala to jest drużyna, którą ja – jako kibic „Białej Gwiazdy” – po prostu lubię oglądać. To jest zespół, który nie stroni od kombinacyjnej piłki. Często gra ofensywnie, atakuje i z niezłym skutkiem próbuje tej małej krakowskiej gry. Jednak jej problemem są przestoje w grze. O ile w meczu ze Śląskiem było ich niewiele, o tyle na przykład z Pogonią wyglądało to dużo mniej kolorowo.

Prawdziwym kozakiem w tym sezonie jest Donald Guerrier, do którego długo nie mogłem się przekonać. Owszem, zawsze imponował swoimi parametrami fizycznymi, tą niesamowitą szybkością. Ale zawsze kojarzył mi się raczej się z typem skrzydłowego, który więcej ma z lekkoatlety aniżeli piłkarza. Prawdziwe umiejętności zaczął pokazywać w końcowej fazie minionego sezonu, a już w tym obecnym wystrzelił jak torpeda. Często brakuje mu zimnej krwi, bywa i tak, że w banalny sposób traci futbolówkę, ale śmiało pokuszę się o stwierdzenie, że to jednak on ciągnie wózek z napisem „Wisła”. W dobrą stronę.

Bramek nie strzela….stary już jest….nie wiem, jak gra ten Estończyk, co był na testach, ale od Brożka to jest lepszy na pewno – zewsząd słychać było narzekania na piłkarską formę snajpera spod Wawelu. No i coś w tym było, Paweł Brożek bramki nie strzelił od 11 maja. Szmat czasu. Tym bardziej, gdy mówimy o snajperze, który gra w zespole mającym walczyć o czołowe lokaty. W piątkowy wieczór „Brozio” jednak się przełamał. Swojego dawnego klubowego kolegę, Mariusza Pawełka, wczoraj pokonał nie raz, a nawet dwa razy. I pokazał, że jeśli jest w formie to nadal pozostaje świetną „dziewiątką”, przynajmniej na warunki ekstraklasy. Pomińmy fakt, że Brożek strzelił wczoraj dwa gole. Spójrzmy tylko na to, jak wiele daje w rozegraniu piłki. Wczoraj niejednokrotnie wracał się pod własną połowę, by pomóc kolegom w rozprowadzeniu ataku. Był bardzo ruchliwy, a przy tym – co najważniejsze – dokładny (wszak niecelne podania można w jego przypadku policzyć na palcach jednej ręki). Dla mnie absolutny man of the match wczorajszego spotkania, nawet mimo tego, iż Guerrier oprócz bramki i asysty, stale robił wiatrak z Zielińskiego. Ale właśnie, tak jak mówiłem, Paweł jest świetny, jeżeli jest w formie. W ostatnim czasie wahania jego dyspozycji pojawiają się jednak zdecydowanie zbyt często.

Jeśli chodzi o grę do przodu, dobrze wygląda środek pola Białej Gwiazdy. Świetnym ruchem było pozyskanie Krzysztofa Mączyńskiego, wszak jednak jest to postać, która w ekstraklasie zapewnia stały, solidny poziom. Bo i często wygrywa pojedynki jeden na jeden, i nie stroni od dokładnych przerzutów, i fajnie reguluje tempo gry. Nie zawsze świetnie to jednak wygląda w grze defensywnej, bo tam momentami Mączyńskiego jest trochę za mało. Czasem jest spóźniony, czasem się zapomina. Ogólnie tragedii nie ma, ale mogłoby być znacznie lepiej.

Jednak im dalej w tył, tym gorzej to wszystko wygląda. Wiemy, że Alan Uryga jest raczej najbardziej defensywnym typem defensywnego pomocnika. Bo do przodu nie gra niemal wcale, a pojęcie „kreowanie gry” niestety jest mu obce. Dlatego, mimo młodego wieku, pewnego poziomu nigdy nie przeskoczy. Nie można jednak powiedzieć, że jest słabym ogniwem, w obronie gra naprawdę dobrze (a przecież to należy do jego głównych zadań). Natomiast na pewno Wiśle grało by się dużo łatwiej, jeśli i na pozycji numer „6” posiadałaby zawodnika, który potrafi coś więcej poza grą w defensywie.

Głowacki ze Śląskiem zagrał bardzo dobrą partię, jednak na ten moment wcale nie może obecnych rozgrywek zaliczyć do udanych. Popełnia dużo więcej prostych błędów, w porównaniu do minionych sezonów przegrywa więcej pojedynków. Richard Guzmics też nie zawsze gwarantuje niezmienny, wysoki poziom. Ogólny obraz jego wczorajszej gry byłby raczej pozytywny, musielibyśmy wyjąć jednak jedno fatalne zagranie. Kiks, ewidentny błąd techniczny, który niestety skutkował utratą bramki na 2:3.

Największą bolączką Białej Gwiazdy pozostaje gra w destrukcji, zbyt często pojawiające się dziury w środkowej strefie. No i przede wszystkim, nieumiejętność utrzymania dobrego wyniku w garści. Już kilka razy w tym sezonie Wisła, mając dobry wynik, pozwalała wydzierać go sobie z rąk, często już na ostatniej prostej. Bramka Kiełba we wczorajszym spotkaniu sprawiła, że pewnie wielu już obawiało się kolejnej powtórki z rozrywki. Dobrze, że DG77 i „Brozio” załatwili sprawę.

A co imponuje w grze Wisły, to właśnie ta ruchliwość zawodników bez piłki (o której wspominałem w akapicie poświęconym Pawłowi Brożkowi). Piłkarze ofensywni stale zmieniają pozycję, grają płynnie, wychodzą na pozycję. To musi się podobać, tym bardziej, że na polskich boiskach nie jest to widok zbyt często spotykany.

„Biała Gwiazda”, jeśli dalej będzie się tak spisywać, może śmiało powalczyć o puchary, a – biorąc pod uwagę europejskie wojaże Legii i Lecha oraz ewidentną słabość Lechii pod ręką Jerzego Brzęczka – może i o tytuł mistrzowski. Prezesowi Cupiałowi wypada więc życzyć więcej wiary w Kazimierza Moskala. I – na gorsze chwile – cierpliwości.


pubsport.pl
Daniel Flak
Mam czternaście lat. Uwielbiam sport, a w szczególności piłkę nożną, w której zakochałem się oglądając w telewizji Mistrzostwa Świata w Niemczech. Od tego czasu regularnie trenuje i gram w klubie, obecnie w Rakowie Częstochowa. Oprócz tego, wielką przyjemność sprawia mi pisanie o futbolu. W przyszłości chciałbym zostać dziennikarzem sportowym. Prowadzę bloga, na którego serdecznie zapraszam: http://daniel99.blox.pl/html
http://daniel99.blox.pl