Mourinho – człowiek, który zatrzymał Barcelonę

O wczorajszym megahicie na Estadio Mestalla powiedziano już chyba wszystko. Postanowiłem także dorzucić kilka słów od siebie. Trochę późno, ale to efekt permanentnego braku czasu. Jednakże jak mówi przysłowie, lepiej późno niż wcale i tego się trzymam.

Po osiemnasty latach przerwy Puchar Króla trafia znów w ręce Realu.  Los Blancos pokonali Dumę Katalonii po raz pierwszy od wiosny 2008. roku. Dokonali to za pomocą genialnego Jose Mourinho. Portugalczyk to postać kontrowersyjna, ale największa we współczesnym futbolu. To jeden z tych ludzi, których albo się kocha, albo nienawidzi. Nie będę ukrywał, że należę do tej pierwszej grupy, ale to co zaraz napisze nie jest tylko moją subiektywną opinią, ale także opinią tych wszystkich fanów futbolu na całym świecie, którzy nie kibicują Barcelonie. Portugalski mag od niemal dekady pokazuje, że nie ma dla niego rzeczy niemożliwych. W czasach bezwzględnej dominacji Katalońskiej potrafił dwa razy Barcę zatrzymać, co dla innych, z pozoru równie wielkich, było rzeczą nieosiągalną. Tym drugim zwycięstwem utorował sobie drogę na sam szczyt. To drugie zwycięstwo może definitywnie przerwać  hegemonię mikrusów z La Masii. Z Katalonii i przychylnych jej rejonów świata dochodzą głośne krzyki, że Mourinho znów zabił futbol. Krzyki całkowicie nieuzasadnione, bo aby jedna drużyna mogła wygrać, druga musi zagrać ciut gorzej. Nie takiej możliwości, aby obie drużyny miały jednocześnie po 70% posiadania piłki. A Real po prostu w celu zwycięstwa w tym prestiżowym spotkaniu, niejako narzucił Barcelonie styl, którego ona nie lubi. Zmusił ją by grała piłkę inną niż gra zazwyczaj. Czasem odnoszę wrażenie, że aby kibice Barcy nie uważali, iż ktoś zabił im futbol, należałoby każdej z drużyn dać po jednej piłce. Kto jak kto, ale w Hiszpanii styl gry Mourinho powinni rozumieć najlepiej. Na Półwysep Iberyjski Puchar Świata zawitał przecież dopiero wtedy, gdy w poczynania gorących Hiszpanów wkradła się nuta rozsądku, ostrożności i dbania o wynik, aczkolwiek tych dwóch przypadków nie należy porównywać.

Pisałem już wcześniej, że z Barcą można wygrać, albo od flanki (i tak padła zwycięska dla Realu bramka), albo przez niesamowite zagęszczenie środka pola i likwidacje przestrzeni między formacjami. Na Camp Nou ta druga opcja odpada, bo boisko jest tam takie, że można by spokojnie utworzyć bazę lotniczą. Właśnie tam, na tak rozległej polanie jaką jest Camp Nou chcąc czy nie chcąc, przestrzenie między formacjami są największe i jedenastu ludzi nijak nie wystarcza na ich zapełnienie, w związku z czym 90% spotkań kończy się wysokim zwycięstwem Barcy, a tylko nieliczni jak Chelsea, Inter, Manchester, (Real?) są wstanie za pomocą wyższych technik survivalowych  przetrwać w paszczy lwa. Lecz, gdziekolwiek indziej, na boiskach na których widać jeszcze kolegę biegającego po przeciwległym skrzydle, Katalończycy radzą sobie zdecydowanie gorzej. Tam jeśli tylko rywal jest skoncentrowany od 1. do 90. minuty, taktyka Barcy zawodzi. Wówczas Xavi, Iniesta i Messi po prostu się wyłączają. Na boisku tak jakby nie ma dla nich miejsca. I dokładnie tak było wczoraj. Oczywiście Barca do głosu dochodziła. Fragmentami budziła się i grała swoje, ale to było za mało, bo gracze Dumy Katalonii przyzwyczajeni są do tego, iż kluczowe dla akcji podanie następuje po wymianie co najmniej dwudziestu podań, a takiego komfortu Królewscy wczoraj im nie dali.

Można się upierać i niektórzy na pewno będą to robić, że Mou postawił autobus w polu karnym, ale to nieprawda łamana przez bzdurę. W pierwszej połowie Real przerywając akcje Barcy, piłkę miał częściej niż usiłujący prowadzić grę rywale. Należałoby podkreślić wyraz usiłujący, bo wysiłki Blaugrany w pierwszej odsłonie przyniosły trzy nic nie dające kornery. W drugiej było lepiej, ale tylko momentami. Jak już pisałem nikt nie da Barcelonie trzymać piłki na swojej połowie przez 80 z 90 minut gry, jeżeli gra ta toczy sie poza Camp Nou.  Spotkanie było jak na ligę hiszpańską bardzo elektryczne. Obawiałem się, a w pewnym momencie byłem nawet pewien, że skończy się paroma czerwonymi kartkami. Współczułem sędziemu. Nawet przy głupim aucie połowa jednej i drugiej drużyny przez dwie minuty się wykłócała komu powinien się on należeć. To też był chyba element taktyki The Special One i część misternego planu, aby Barcelonie na Mestalla było jak najbardziej niewygodnie, bo kiedy jest jej wygodnie to jest zabójcza. Plan się powiódł. Mourinho zdobył czwarty krajowy puchar. W kolejnym klubie zyskał sobie oddanych i kochających go zawodników, a dowód tego widzieliśmy wszyscy po ostatnim gwizdku Undiano Mallenco. Oczekiwano właśnie od niego, że wstrząśnie madryckimi gwiazdorami. Tam zawsze trener zwracając się do zawodnika musiał używać słów w stylu „Czy mógłbyś pobiec za tą piłką?”. Teraz jest inaczej i przynosi to trofea. W Madrycie nikt już nie liczy dochodów z kontraktów reklamowych tylko dąży z całych sił do sukcesu sportowego wiedząc o co toczy się gra i mając w zasadzie pewność, że jeżeli tylko dążył będzie sumiennie, to na pewno marzenia swoje spełni.

Chcąc zakończyć ten wpis jakimś nawiązaniem do kolejnych derbowy starć muszę odwołać się do słów z poprzedniej mej notki, mianowicie po wczorajszym spotkaniu Real dostał niezwykłego psychologicznego kopa, który wepchnął Barcę w psychologiczny dołek. Niektórzy ludzie, w tym także fani Realu, uważają, że taką drużynę, z taką generacją piłkarzy jaką ma teraz Barcelona mógłby poprowadzić  każdy, a Guardiola to farciarz nad farciarzami. To oczywiście bzdura, ale Pep nie mógł sobie wymarzyć lepszej okazji do tego by pokazać jakoby żadne z jego 8 trofeów zdobytych z Barcą nie były efektem działania przypadku. Jeśli zmotywuje nasyconych sukcesami mistrzów, by jeszcze raz się sprężyli w obliczu rosnącego w siłę przeciwnika, z całą pewnością będzie go można nazwać szkoleniowcem genialnym.


pubsport.pl
Krystian Nowak
Mam 16 lat. Miłością do piłki zaraziłem się podczas EURO 2004, które nauczyło mnie futbolu. Piłkarzem już raczej nie zostanę, choć szansa na to przez moment była. Chciałbym w przyszłości być dziennikarzem sportowym, bo wydaje mi się , że na sporcie, a szczególnie na piłce, znam się bardzo dobrze. Ponadto byłaby to chyba jedyna praca, którą wykonywałbym z przyjemnością. Od lipca 2010 roku swoimi spostrzeżeniami na temat piłkarskiego świata dziele się na moim blogu, gdzie serdecznie zapraszam: http://prideoflondon.blox.pl/html
http://prideoflondon.blox.pl/html