Mourinho dopiął swego (chyba)

Real Madryt po pięknym zwycięstwie nad Levante oddalił się od swojego odwiecznego rywala z Barcelony już na dziesięć punktów. Mniej ostrożni eksperci i niemal wszyscy neutralni kibice przyznają już Realowi tytuł mistrzowski. Są też tacy, którzy starają się podtrzymać temperaturę emocji na hiszpańskich boiskach biorąc za argument to, że do końca sezonu pozostało szesnaście gier. Jednak, gdy spojrzymy na obecną dyspozycję Królewskich możemy zadać sobie pytanie czy ma to jakiekolwiek znaczenie?

Cofnijmy się o nieco ponad dwa miesiące. Jest 10. grudnia 2011 roku. Na Estadio Santiago Bernabeu będący na fali tsunami Real mierzy się  z dającą pierwsze sygnały swojego niedomagania Barceloną.  Pojedynek zaczyna się dla podopiecznych Jose Mourinho jak we śnie, Karim Benzema daje prowadzenie gospodarzom przed upływem pierwszej minuty spotkania. Później jednak z każdą chwilą maluje się coraz większa przewaga Blaugrany. Kończy się na wyniku 1:3. Wtedy coś pęka. Media, eksperci i kibice na całym świecie zastanawiają się czy co trzeba zrobić, aby pokonać Barcelonę, co musi zrobić Real aby pokonać Barcelonę , co musi zrobić Mourinho by pokonać Barcelonę, czy jest w stanie  tego dokonać i czy w ogóle kiedykolwiek jeszcze to osiągnie.  Los Blancos utrzymują prowadzenie w Primera Division, ale po przegranych Gran Derbi pojawiają się coraz bardziej słyszalne słowa zwątpienia w portugalskiego maga. Coraz więcej ludzi nie pamięta, że już raz Barcelona pod naporem mourinhowskiego Realu padła, a później o jej zwycięstwie decydowały nanometry. Z dnia na dzień coraz większy elektorat zdobywa opozycja The Special One podirytowana tym, że Real kojarzy się z chamskimi faulami Pepe, upuszczeniem Pucharu pod autokar i ciosami w oko, a na końcu górą zawsze Barca.

W świetle ostatnich wydarzeń musimy jednak uderzyć się w pierś i oddać cesarzowi co cesarskie. Ów cesarz przeszedł na ziemi hiszpańskiej prawdziwą szkołę życia. Przyzwyczajony do mniej wrażliwych społeczeństw włoskich i angielskich musiał się liczyć z ostrą krytyką po każdym mocniejszym słowie jakie padło z jego ust na konferencjach prasowych. Zaczął od hańbiącego 0:5 na Camp Nou co na zawsze pozostanie mu plamą na honorze. Później wprowadził Real do najlepszej czwórki w Europie,  bo Królewscy choć są największym klubem na Starym Kontynencie przez lata nie liczyli się w walce z największymi z największych. Jednak jego osiągnięcie zostało spaprane odpadnięciem z Barceloną po dwumeczu pełnym skandali. Ostre wejścia Pepe, symulacje Alvesa, nieuznana bramka w rewanżu itd.  Taki dwumecz jak tamten nie przystawał na Gran Derbi. Zawodnicy oby drużyn dopuszczali się niesamowicie niegodziwych czynów, ale winą moralną obarczono tylko Real i słynącego z kontrowersyjności Mourinho. Jako, że zwycięzców nikt nie sądzi Barcelonie się upiekło.  W międzyczasie był jeszcze tryumf w Pucharze Króla. Sierpniowy Superpuchar Hiszpanii miał być przełomowy. Wydawało się, że Real wreszcie zdetronizuje oponenta z Katalonii. Nie udało się, mecz zakończył się bójką, a Mourinho ugodził palcem w oko asystenta Pepa Guardioli. Znów na Jose spadł ognisty deszcz krytyki i publicznego potępienia. To wszystko plus grudniowa porażka na Bernabeu miało się równać  spektakularnej klęsce Mourinho i całego Realu, który został oddany Portugalczykowi pod pełne władanie jako topos ciemnego imperium chcącego zapanować nad światem, powstrzymanego przez dobrych, bohaterskich Katalończyków.

Jednak Mourinho się nie poddał. Zrobił to co umie najlepiej, mianowicie stworzył maszynę do wygrywania, której nie jest w stanie przeciwstawić się żaden hiszpański klubik. Jesteśmy świadkami sytuacji kiedy każdy zespół Primera Division prócz Barcelony wygląda przy tworze Mourinho jak żaglówka przy Titanicu. Portugalczyk stworzył armię terminatorów zdolną wygrywać z każdym po 5:0 właśnie teraz, gdy herosi z Camp Nou pokazują jeden za drugim że jednak mają w sobie coś z człowieka. Wielkie apetyty poszczącego od futbolu przez kilak lat Florentino Pereza sprawiły, że Real w przeddzień wielkiego gospodarczego kryzysu zgromadził w jednej szatni  zawodników pokroju Ronaldo, Kaki, Benzemy i Xabiego Alonso – kto wie czy nie najlepszych kopaczy globu jeżeli wyłączymy tych, którzy związali swe życie z bordowo-granatową koszulką Barcelony. Dzięki takiemu nagromadzeniu potencjału Real jest najznakomitszym dzieckiem Mourinho. W porównaniu z rodzeństwem wygrał jeszcze stosunkowo niewiele, ale jest zdecydowanie bardziej efektowny i efektywny niż brat z Mediolanu i siostra z Londynu.  Jednak przed chwilą  zdążył polec jeszcze raz w walce z Blaugraną.  I była to walka idealnie wpisująca się w scenariusz ostatnich Gran Derbi: Real prawie dorywa Barcelonę, ta mu się wymyka, Pepe robi skandal, sędzia krzywdzi Real, Barca wygrywa, włodarzom Królewskich pozostaje tylko moralny kac, Mourinho uosobieniem najgorszych cech ludzkich. Tym razem stało się coś jeszcze.  Mou po raz pierwszy na przestrzeni kariery mówi otwarcie, że porażka była rezultatem jego błędu. Po raz pierwszy w karierze publicznie zarzuca swoim zawodnikom brak zaangażowania.  Jeden z jego podopiecznych wysyła smsa do dziennikarza ze składem nie wykazując wielkiej wiary w zwycięstwo. Do mediów przedzierają się sygnały procesów odśrodkowych rozsadzających Real. Mourinho otwarcie mówi, że niewykluczone iż opuści Madryt po sezonie. Pragnie pewnie tylko zdobyć Mistrzostwo Hiszpanii. To był cel minimum. Zostać pierwszym trenerem który święcił tytuły w trzech największych ligach Europy.

Czy Mourinho przywiezie do stolicy Hiszpanii dziesiąty Puchar Mistrzów? Czy zdobędzie krajowy tytuł i opuści Półwysep Iberyjski z poczuciem połowicznego spełnienia? Może wróci tam, gdzie wszystkich spraw nie załatwił, do Londynu?  Anglia pokochała Mourinho takiego jakim był. Dla niej nie musiał się zmieniać to raczej Anglia zmieniła się dla niego. Jego pobyt w Madrycie przypomina do złudzenia sytuację Fabio Capello na stołku selekcjonera Synów Albionu. Anglia nie lubiła Capello, a Capello nie lubił Anglii. Rozstali się pod pierwszym lepszym pretekstem. Podobnie wyglądają stosunki Mourinho i Hiszpanii. Jose zrobi co ma zrobić, skończy panowanie Barcy i wyjedzie. On, trener ponad wszystkich, potrzebuje wyzwań jakie daje najlepsza liga świata, gdzie o tytuł za rok będzie walczyło 7 drużyn. Mourinho to nie człowiek, którego kręci obijanie sześcioma golami Gijonów, Granad i innych Vallecanów. Dopnie swego i wróci tam, gdzie go uwielbiają. Życie Realu zależy tylko od niego. Nie wszyscy w Madrycie mu sprzyjają, ale Mourinho jest Realowi potrzebny niczym tlen. Jest najważniejszym elementem wielomilionowej układanki Pereza. Szkoda by było tego Realu. To drużyna nie gorsza od tej, która na przełomie wieków trzykrotnie zdobywała najważniejszy europejski tytuł. Szkoda by było gdyby tak genialny projekt jak Real ala Mourinho nie został zwieńczony żadnym poważnym sukcesem.


pubsport.pl
Krystian Nowak
Mam 16 lat. Miłością do piłki zaraziłem się podczas EURO 2004, które nauczyło mnie futbolu. Piłkarzem już raczej nie zostanę, choć szansa na to przez moment była. Chciałbym w przyszłości być dziennikarzem sportowym, bo wydaje mi się , że na sporcie, a szczególnie na piłce, znam się bardzo dobrze. Ponadto byłaby to chyba jedyna praca, którą wykonywałbym z przyjemnością. Od lipca 2010 roku swoimi spostrzeżeniami na temat piłkarskiego świata dziele się na moim blogu, gdzie serdecznie zapraszam: http://prideoflondon.blox.pl/html
http://prideoflondon.blox.pl/html