Może jednak warto pokochać Abu Zabi?

„Ależ tam musi być cudownie – malownicza okolica, wieczorna sceneria, niesamowity obiekt, a na nim najlepsi kierowcy świata ścigający się w najlepszej serii wyścigowej świata. Szkoda tylko, że moją uwagę przykuwają widoki, nie zaś wydarzenia na torze” – takie myśli miałem w głowie jeszcze dziś w okolicach południa. Dzisiejszy wyścig zdecydowanie temu zaprzeczył. Był chyba najpiękniejszy (jak dotąd) w całym sezonie!

Dramaturgia zaczęła się już w późny sobotni wieczór czasu lokalnego w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, kiedy sędziowie podjęli decyzję o wykluczeniu Sebastiana Vettela z kwalifikacji. Przesądziło 150 ml, którego zabrakło w baku Niemca po kwalifikacjach. Postanowiłem sobie nalać taką właśnie ilość wody do szklanki. Polecam to doświadczenie, działa na zmysły.

Taki obrót spraw nie tylko dodał rumieńców dzisiejszej rywalizacji, ale również znacznie ułatwił obrońcy tytułu mistrzowskiego (a raczej jego mechanikom) przygotowanie się do niej. Niczego nie tracąc mógł spokojnie wymienić skrzynię biegów, zmienić jej przełożenia oraz ustawić zawieszenie. Głównie dzięki tym zabiegom mógł poprawić swoją prędkość maksymalną na długiej prostej – w kwalifikacjach wynosiła ona 311,4 km/h, w wyścigu zaś o 10 km/h więcej. Starał się więc jak najwięcej zyskać na tym, co stracił. Jak się okazało, powiodło to go aż na podium w Abu Zabi.

Nie da się ukryć, iż do tego wyniku przyczyniła się także korzystna sytuacja na torze. Głównie mam tu na myśli dwukrotne pojawienie się na torze samochodu bezpieczeństwa. Szczególnie pomógł ten drugi wyjazd, gdy Sebastian dopiero co założył świeży komplet miękkich opon. Tym występem potwierdził nie tylko swój talent, ale również doskonałość swojego bolidu oraz to, że nie opuszcza go szczęście – element, który ponoć sprzyja lepszym.

Najbardziej zawiódł mnie jego zespołowy partner, Mark Webber. Czyżby zjadła go presja? Zapewne miał jechać w czołówce i utrudniać zdobywanie punktów Fernando Alonso. Poza tym, stanął przed szansą by pokazać, na co go naprawdę stać bez żadnych ograniczeń zespołowych. Tymczasem zaliczył katastrofalny start, jaki dawno mu się nie przytrafił, a potem było już tylko gorzej. Spadał w klasyfikacji, uczestniczył w spięciach na torze (z Maldonado, Massą oraz w tym większym, po którym drugi raz wyjechał safety car) i nie dojechał do mety. Naprawdę, ma prawo być wkurzony po swoim dzisiejszym występie. Nam, widzom, zapewniał atrakcje na torze, ale sam na pewno liczył na znacznie więcej.

Takiego scenariusza, jaki dziś nastąpił nie spodziewał się chyba nikt. Osobiście liczyłem raczej na typową procesję i zwycięstwo zawodnika startującego z pole position. Ta druga część ziściłaby się, gdyby bolid Lewisa Hamiltona wytrzymał do końca, a nie tylko 20 kółek. Nawiasem mówiąc, Brytyjczyk zatrzymał swoje auto w chwili, kiedy pomyślałem sobie, że emocje mogły się już skończyć. Dzięki awarii pompy paliwowej w McLarenie Mistrza Świata z  2008 roku na prowadzenie wyszedł Kimi Raikkonen i nie oddał go już do samej mety. Myślę, że Fin zasłużył na wygraną, patrząc chociażby na cały sezon w jego wykonaniu. Dziś świetnie zachował się po starcie, a fatalny początek Marka Webbera pomógł mu w przedarciu się na pozycję wicelidera.

Obawiałem się także, iż Pastor Maldonado, który znalazł się sensacyjnie wysoko w kwalifikacjach (był najszybszy w „pułapce pomiaru prędkości”), będzie blokował przez kilkanaście okrążeń któregoś z kierowców czołówki klasyfikacji generalnej. Tak właśnie było, a pechowcem okazał się Fernando Alonso. Hiszpan jednak uporał się z Wenezuelczykiem i mógł gonić Kimiego Raikkonena. Z pomocą przyszedł mu samochód bezpieczeństwa, ale ostatecznie nie dał rady przejąć pozycji lidera, choć niewiele do tego brakowało. Myślę, że gdyby wyścig trwał 60 okrążeń, to mielibyśmy on właśnie zwyciężyłby w nim. Nando jakby tym wyścigiem chciał powiedzieć: „Nie skreślajcie mnie! Ja wciąż walczę o Mistrzostwo Świata!”. A wspominany Maldonado i tak zaliczył swój drugi najlepszy występ w tym roku – dojechał piąty.

A propos safety cara, po raz pierwszy pojawił się po bardzo poważnie wyglądającym wypadku. Aż nie chciało mi się wierzyć, że Nico Rosberg wyszedł bez szwanku po tak potężnym uderzeniu w tą miękką ścianę. Poza tym, ekipa sprzątająca niespecjalnie się spieszyła do usunięcia drobnych elementów z toru. Najwyraźniej organizatorzy założyli, że tak poważne kolizje nie będą mieć miejsca na Yas Marina…

Dawno nie było tak ogromnych emocji i napięcia do ostatnich metrów wyścigu. Myślę, że wyniki ułożyły się w jeden z najbardziej korzystnych sposobów dla losów tytułu mistrzowskiego. Sądzę, iż mogę zmienić swoje nastawienie do Abu Zabi. Oby na stałe! Za 2 tygodnie debiut toru w Austin. Pewnie nie uda się powtórzyć tej dramaturgii z dziś, ale myślę, że nowy obiekt będzie na tyle dużym wyzwaniem dla wszystkich, że przyprawi nas o emocje. Już nie mogę się doczekać! Obyśmy tylko mogli zobaczyć to na żywo w telewizji…


pubsport.pl
Krzysztof Sędzicki

Uczeń I LO w Łodzi. Już jako przedszkolak oglądałem transmisje sportowe w telewizji. Kilka lat pograłem w koszykówkę, ale nie spodobała mi się i już pod koniec gimnazjum przerzuciłem się na amatorską odmianę siatkówki i skoku wzwyż.
Pasjonuję się wieloma dyscyplinami, przede wszystkim piłką nożną, siatkówką, formułą 1 i skokami narciarskimi. Czasami lubię też pooglądać inne sporty, np. koszykówkę, biathlon, tenisa, snookera, darta… Nie ma tygodnia, żebym czegoś nie obejrzał!
Tak, uznawaj mnie za sportowego maniaka! Dobrze mi z tym! W przyszłości chciałbym zostać dziennikarzem – komentatorem sportowym.
Póki co, próbuję swoich sił na kilku frontach – na blogu (sedzik.blox.pl), tele-sport.pl, TakSięGra TV i właśnie tu, na Pubsport.pl, gdzie piszę artykuły, felietony, relacje i robię kilka rzeczy, których nie widać gołym okiem, gdzieś tam „za kulisami”.

http://sedzik.blox.pl