Na starcie Premier League: Liverpool F.C.

To ma być sezon, w którym upadły gigant z miasta Beatlesów znowu stanie na nogi. Jest nowy właściciel – John Henry. Duet jego poprzedników doprowadził do katastrofy. To już drugi sezon, gdy The Reds nie ma w elitarnej Lidze Mistrzów i podobno ostatni. Klub z Anfield Road tego lata wydał na wzmocnienia więcej pieniędzy niż etatowy już król letnich zakupów Manchester City.

Priorytetem – i tego nikt nie ukrywa – jest powrót do Wielkiej Czwórki i co za tym idzie powrót do Champions League, bo gra w tych rozgrywkach generuje przychody konieczne do utrzymania się w ścisłej europejskiej czołówce. Są tacy, którzy twierdzą, iż drużynę z Merseyside stać nawet na mistrzostwo, ale ja się do nich nie zaliczam. Wygląda jednak na to, że stary dobry Kenny Dalglish dał radę wyleczyć zespół z kaca po odejściu Rafy Beniteza. Wzmocnienia naprawdę robią wrażenie. Niewykluczone, że problemy z miejscem w pierwszym składzie będzie miał narzekający na ciągłe kontuzje Steven Gerrard, co jeszcze rok temu było zupełnie nie do pomyślenia. Z daleka widać, że Dalglish buduje typową brytyjską drużynę rodem z czasów, gdy sam jeszcze biegał po zielonej murawie. Póki co ściąga prawie samych Brytyjczyków: Downing, Henderson, Adam, itd. Drużyna ta urozmaicona genialnym ostatnio Luisem Suarezem naprawdę może wiele w tym sezonie zdziałać. Takiej paki na Anfield nie było nawet wtedy, gdy Liverpool wygrywał Ligę Mistrzów. Pozbyto się już prawie wszystkich nietrafionych pomysłów trenera tragedii – Roya Hodgsona.

Nie wierzę by LFC był w stanie odzyskać po 22 latach mistrzowskie trofeum, ale w rozpoczynającej się kampanii na pewno bardzo namiesza. Drużyna bazuje na zawodnikach w kwiecie piłkarskiego wieku. Jeszcze nie podstarzałych, ale niezwykle doświadczonych,  czyli takich 25-cio, 26-letnich. Między słupkami stoi jeden z najbardziej doświadczonych i zaawansowanych wiekowo zawodników The Reds, a przy tym jeden z najlepszych bramkarzy w Premier League Pepe Reina. Linię obrony tworzyć będą Flanagan, Agger, sprowadzony z Newcastle Jose Enrique i dowódca tejże formacji Jamie Carragher. Jeżeli kontuzje będą omijać Duńczyka Aggera to może Liverpool wreszcie będzie miał silną parę stoperów. Teoretycznie najsłabszym punktem tej czwórki jest Flanagan, ale bardzo prawdopodobne, że będzie występował na zmianę z reprezentantem Anglii Glenem Johnsonem. Pomoc to przebojowy Stewart Downing, niezmordowany Dirk Kuyt, Lucas Leiva i pod nieobecność Gerrarda była gwiazda Blackpool Charlie Adam. Ciężar zdobywania bramek będzie spoczywał na wartym prawie 60 mln funtów duecie Andy Carroll – Luis Suarez. Ten drugi wyrasta powoli na jak najbardziej godnego następce Fernando Torresa. Obserwując ostatnie poczynania Urugwajczyka i Hiszpana można zaryzykować stwierdzenie, że Liverpool zrobił zimą interes życia kupując pierwszego i sprzedając drugiego. Gołym okiem widać, że ta drużyna ma potencjał. Wystarczy popatrzeć na same nazwiska przez pryzmat dokonań danych zawodników w ostatnim sezonie.

Opisując sytuację LFC na starcie Premier League jestem o tyle mądrzejszy, że start ten Liverpoolczycy mają już za sobą. Remis 1-1 z Sunderlandem wrażenia na nikim nie zrobił. Można śmiało rzec, iż spotkanie to bardzo rozczarowało kibiców zgromadzonych na Anfield. Choć w zasadzie stosowniej byłoby napisać, że kibiców rozczarował wynik, nie samo spotkanie, bo to w wykonaniu ich pupili było całkiem niezłe. Piłka wyspiarska opiera się na szybkości, ale akcji w takim tempie w jakim budowali je The Reds to widziałem tylko w meczach Manchesteru United i to tych najlepszych. Trzy punkty mogły zostać w Liverpoolu, gdyby as miejscowych i zdobywca jedynej bramki dla gospodarzy – Luis Suarez nie zmarnował wywalczonego przez samego siebie rzutu karnego. Goście wiele nie pokazali, ale wystarczył jeden błąd młodego Flanagana, który dał się zgubić Larssonowi, by Szwed w pięknym stylu doprowadził do wyrównania.

Jak to się mówi „pierwsze koty za płoty”. W tym wypadku Czarne Koty. Na pocieszenie fanów Liverpoolu na pewno działa fakt, że główni rywale w walce o tytuł – Chelsea i Arsenal także pogubiły punkty na starcie rozgrywek, a broniący tytułu Manchester United wygrał z WBA tyle zasłużenie co i szczęśliwie. Okazję do zrehabilitowania się w oczach kibiców The Reds będą mieli już w najbliższy weekend, ale nie będzie łatwo, bo podejmą Arsenal na Emirates. To hitowe spotkanie spokojnie można nazwać meczem o 6 punktów.


pubsport.pl
Krystian Nowak
Mam 16 lat. Miłością do piłki zaraziłem się podczas EURO 2004, które nauczyło mnie futbolu. Piłkarzem już raczej nie zostanę, choć szansa na to przez moment była. Chciałbym w przyszłości być dziennikarzem sportowym, bo wydaje mi się , że na sporcie, a szczególnie na piłce, znam się bardzo dobrze. Ponadto byłaby to chyba jedyna praca, którą wykonywałbym z przyjemnością. Od lipca 2010 roku swoimi spostrzeżeniami na temat piłkarskiego świata dziele się na moim blogu, gdzie serdecznie zapraszam: http://prideoflondon.blox.pl/html
http://prideoflondon.blox.pl/html