Napalamy się, oj napalamy…

Rzadko zabieram głos w kwestii polskiej piłki, ale tym razem mamy sytuację wyjątkową. Przed naszą kadrą najważniejszy mecz tego roku. Już we wtorek na gdańskiej PGE Arenie podejmiemy reprezentację Niemiec. Drużynę, z którą nigdy w historii nie wygraliśmy…

Ale zanim przejdę do sedna, to napiszę parę słów o przedwczorajszej potyczce z Meksykiem. Miał to być sprawdzian dla „dublerów”. Po raz kolejny nasza obrona była w innym zestawieniu niż w poprzednich meczach. Podobał mi się występ Marcina Wasilewskiego. Widać, że po dramatycznej kontuzji doszedł do siebie i chce mu się grać. Ma jednak małe szanse w rywalizacji z Łukaszem Piszczkiem. Mimo tego, może się załapać do szerokiej kadry na ME.

Zagraliśmy całkiem niezłą pierwszą połowę. Nasi zawodnicy starali się wymieniać kilka krótkich podań między sobą i w ten sposób zagrażać bramce Alfredo Talavery. Myślę, że pierwsze 45 minut w wykonaniu podopiecznych Franciszka Smudy można uznać za „niezłe”.

Meksykanie nie przypominali drużyny sprzed kilku miesięcy ze Złotego Pucharu CONCACAF. Spodziewałem się, że obudzą się w drugiej połowie, bo będą potrzebować czasu na to, by się rozkręcić (podobnie jak w finale Gold Cup). Pod koniec I połowy przenieśli się nieco bliżej pola karnego Polaków i przyniosło im to bramkę. O tyle, o ile my na gola zapracowaliśmy, o tyle wśród gości był Javier Hernandez, który po prostu musiał pokazać się z jak najlepszej strony.

W drugiej połowie nasi byli już cofnięci, dali pograć przyjezdnym. Nic z tego specjalnie nie wynikało i regularnych zagrożeń pod obiema bramkami nie było. Niestety, znów Polacy woleli przećwiczyć bronienie korzystnego wyniku zamiast go poprawić. A Meksyk po prostu rozgrywał sobie piłkę (stąd ta przewaga w jej posiadaniu) i tak minuty upływały. Chyba spodziewałem się troszkę więcej zaangażowania po Mistrzach Ameryki Północnej. Dopiero w końcówce, gdy graliśmy już w dziesiątkę, podopieczni Jose Manuela de la Torre zbliżyli się do naszej szesnastki. Było zagrożenie – Przemysław Tytoń musiał się wysilić, gdy Barrera oddał próbę na jego bramkę – ale nie tak znaczne, jak można się tego było spodziewać.

Nareszcie powołany Patryk Małecki nie miał specjalnego pola do popisu, bo zagrał w drugiej połowie, w której (nie licząc akcji Brożek-Mierzejewski) nie atakowaliśmy. Boję się, że Smuda zrezygnuje z pomocnika Wisły Kraków tłumacząc, że nic nie pokazał, a miał ku temu sposobność.

I jeszcze o Ludo Obraniaku. Czerwona kartka dla niego to decyzja dość kontrowersyjna, tym bardziej, że ten, który go sprowokował, Gerardo Torrado ukarany został jedynie żółcią. Gest teoretycznie miał być przyjacielski, ale najwyraźniej pomocnik Lille był zdenerwowany i potraktował to jako zaczepkę. Nie kopnął specjalnie mocno Meksykanina, ten przesadził. Lecz przepisy mówią jasno: to był faul na czerwoną kartkę, bo zawodnik nie był zainteresowany piłką i zachował się w sposób niegodny sportowca. Decyzją arbitra, pana Deaconu (przy pomocy polskiego sędziego technicznego – Pawła Gila) Obraniak wyleciał z placu gry, ale podobnie powinno być z Torrado, bo gdyby nie jego zachowanie, to całego zajścia by nie było.

Jak zwykle, przed meczami z rywalami z najwyższej światowej półki, w Polsce mamy poruszenie tym wydarzeniem. Znów piłka nożna staje się ważna i popularna. W sklepach pojawiają się ciekawe okazje/produkty (np. chipsy o smaku polskich zrazów i niemieckiej kiełbasy z kapustą zapakowane w paczki w barwach krajów), choć tym razem nie ma promocji w stylu „jak kupisz u nas lodówkę, a nasi wygrają z Niemcami to zwrócimy ci za nią”. Znów ujawniają „znaffcy”, którzy twierdzą, że Biało-Czerwoni mają szansę podjąć wyrównaną walkę, a nawet wygrać, bo przecież są świetną drużyną. Nawet Franciszek Smuda nieco ulega tym wszystkim oczekiwaniom. Wypowiadał się w następujący sposób: „Niemcy tak wysoko ograli Austrię, bo pomógł im bramkarz tamtych (…) Nie patrzę na ich zestawienie, a na swoje. Mamy szansę zwyciężyć”, Ach, to my, Polacy…

Lecz warto zejść na ziemię i spojrzeć z punktu widzenia realisty. Co wskazuje na to, że możemy powalczyć z odwiecznymi rywalami? Chyba jedynie kibice… Powiedzmy sobie szczerze: gramy z jedną z najlepszych drużyn na świecie. Niemcy to światowa potęga, według niektórych najlepsza reprezentacja naszego globu. Jako pierwsi zapewnili sobie awans do naszego Euro z eliminacji.

Trener Joachim Loew chce dać odpocząć tym, którzy dużo grają w reprezentacji i klubie, więc nie zabierze do Gdańska Ozila, Neuera, Schweinsteigera. Lecz i tak przybędzie ze znakomitymi piłkarzami niemal wyłącznie Bundesligi (tylko Miro Klose gra poza rodzimą ekstraklasą). A to musi budzić respekt w naszych szeregach.

Kim (oprócz kibiców) mamy postraszyć zachodnich sąsiadów? Naszymi ludźmi na ich terenie, czyli Robertem Lewandowskim i Kubą Błaszczykowskim. Co prawda mają problemy, bo łapią ich urazy, ale na mecz ma być wszystko w porządku. Pewne nadzieje pokładać możemy w interwencjach Wojtka Szczęsnego, ale o naszą defensywę nieco drżę. Damien Perquis? Uda się, albo się nie uda…

Chciałbym w końcu zobaczyć Polaków grających ładnie dla oka, najlepiej ofensywnie, niech podejmą równą walkę ze wspaniałym rywalem. Niestety, szansa jest raczej tylko na to ostatnie, bo próba otworzenia gry może skończyć się dla nas tragicznie. Nawet szybko zdobyty gol nie załatwi sprawy, bo na pewno wówczas Niemcy natychmiast rzuciliby się do odrabiania strat. Przecież mają kim straszyć, nasi ludzie w ich kadrze to wystarczający powód do obaw o konto strat.

Jak może wyglądać wtorkowe starcie na PGE Arenie? Nie chcę ulec polskim mediom, które znów podrywają naród do wiary w sukces. Tym razem nastawiam się negatywnie i liczę na niespodziankę. Takową będzie nawet remis. Niestety, w takiej jesteśmy obecnie sytuacji. Pozostaje nam gorąco dopingować Biało-Czerwonych. To zdaje się jedyna nadzieja, która ma realną szansę na spełnienie. Sprawmy Niemcom „kocioł czarownic”! Niech przynajmniej to da nam powody do dumy i zadowolenia…

Powyższy wpis jest dziewięćsetnym w historii Pubsport.pl. Sam szykuję się we wrześniu do „okrągłych” wydarzeń związanych z moją działalnością w sportowej publicystyce. Więcej szczegółów o tym niebawem 🙂


pubsport.pl
Krzysztof Sędzicki

Uczeń I LO w Łodzi. Już jako przedszkolak oglądałem transmisje sportowe w telewizji. Kilka lat pograłem w koszykówkę, ale nie spodobała mi się i już pod koniec gimnazjum przerzuciłem się na amatorską odmianę siatkówki i skoku wzwyż.
Pasjonuję się wieloma dyscyplinami, przede wszystkim piłką nożną, siatkówką, formułą 1 i skokami narciarskimi. Czasami lubię też pooglądać inne sporty, np. koszykówkę, biathlon, tenisa, snookera, darta… Nie ma tygodnia, żebym czegoś nie obejrzał!
Tak, uznawaj mnie za sportowego maniaka! Dobrze mi z tym! W przyszłości chciałbym zostać dziennikarzem – komentatorem sportowym.
Póki co, próbuję swoich sił na kilku frontach – na blogu (sedzik.blox.pl), tele-sport.pl, TakSięGra TV i właśnie tu, na Pubsport.pl, gdzie piszę artykuły, felietony, relacje i robię kilka rzeczy, których nie widać gołym okiem, gdzieś tam „za kulisami”.

http://sedzik.blox.pl