Nasza kochana Liga Mistrzów znów jest z nami

Liga Mistrzów powróciła. Przyznaję, że się za nią stęskniłem. Te wtorki i środy mają w sobie coś wyjątkowego. Nie było więc możliwości, bym nie doświadczył kolejnej inauguracji sezonu.

Na wtorek wybrałem sobie mecz Barcelony z Milanem. Dziwne było to starcie. Rozpoczęło się od… bramki Pato. Później przez cały mecz Barcelona atakowała, a Milan tylko się bronił i czasem skontrował. W sumie oddał 6 strzałów na bramkę. W drugą stronę poszły aż 22 uderzenia, ale tylko dwa z nich wpadły do bramki Abiattiego. Nic z tego jednak nie wynikało, bo w doliczonym czasie gry, Thiago Silva głową po rzucie rożnym doprowadził do wyrównania.

Chciałem napisać, że obrona Milanu spisywała się całkiem nieźle, ale pewnie mało kto w to uwierzy, gdy spojrzy na statystykę oddanych strzałów. Coś w tym jednak jest, bo dużo uderzeń było niecelnych. Było to spowodowane tym, iż obrońcy włoskiej drużyny często przeszkadzali przeciwnikom w tworzeniu akcji. Poddawali się dopiero po odpowiedniej ilości szybkich podań wymienionych przez Barcę. Indywidualnie tylko Leo Messi jak zwykle swoim niesamowitym drybligiem potrafił oszukać defensywę Rossonerich. Ale być ogranym przez najlepszego piłkarza UEFA poprzedniego sezonu to przecież nie wstyd.

Kibice Blaugrany już zaczynają się denerwować o formę swoich pupili, bo to było drugie 2:2 z rzędu. Poza tym, każdy z obu tych zremisowanych meczów powinien być wygrany. Martwić może skuteczność podopiecznych Pepa Guardioli. Na ponad 20 prób tylko dwa gole i jeden słupek. Słabo jak na najlepszą drużynę Europy.

Nie ma co specjalnie pisać więcej o wtorkowym wieczorze na Camp Nou, ponieważ autentycznie były to jednostronne zawody z dwoma wypadkami na początku i na końcu. Rezultat oczywiście wielce niesprawiedliwy, ale mało kto się przejmuje, bo ani w FCB, ani ACM nie dopuszcza się myśli o nieawansowaniu z grupy H. Ale kto wie, dopóki piłka w grze…

Dzień później „wybrałem się” do Lizbony na moim zdaniem najciekawsze spotkanie tego dnia.  Przynajmniej tak się zapowiadało. Efekt był już nieco inny.

Moja ulubiona portugalska drużyna, Benfica podejmowała Manchester United. Relację na żywo z tego spotkania przeprowadził Damian Ślusarczyk na naszej stronie. Mecz nie stał na jakimś wysokim poziomie, choć zupełnej nudy też nie było. Wyglądał mniej więcej tak: goście częściej byli przy piłce, ale niewiele z tego wynikało. Orły z Lizbony zaś były raczej nastawione na kontrataki i szybkie ataki. Po drugim z wymienionych bramkę zdobył Oscar Cardozo. A w sumie wyszło z tego to, że Wicemistrzowie Portugalii oddali trzy razy więcej strzałów niż ich przeciwnicy.

Dla Mistrza Anglii gola strzelił Ryan Giggs po ładnej indywidualnej akcji. Walijczyk pomimo swego wieku zaprezentował się znakomicie w środę. Niestety, wtórował mu jedynie Anders Lindegaard, który uchronił swój klub od porażki na Estadio da Luz.

W ostatniej ćwiartce rywalizacji przycisnęli piłkarze Jorge Jesusa, ale dobrze bronił duński bramkarz Czerwonych Diabłów. Drużyny, która przypominała mi Inter Mediolan, bo ubrała stroje w barwach… niebiesko-granatowych…

Cieszyło mnie to, że Benfica stale szukała swojej szansy. Z tego właśnie powodu bardzo ją lubię. Gracze są waleczni i atakują. Nie rezygnują, choćby po drugiej stronie był rywal z najwyższej półki. Trochę szkoda, że nie strzelili zwycięskiej bramki, ale sądzę, iż udowodnili swoje aspiracje na wyjście z grupy. Tym bardziej, że okazję ku temu mają większą niż przed rokiem, gdzie zabrakło im naprawdę niewiele.

Raduję się niezmiernie, że Champions League znów jest z nami. Nie wszyscy faworyci weszli w nią zdecydowanym krokiem, ale to dopiero 1/6 fazy grupowej. Błysnęły nam Genk i przede wszystkim Trabzonspor. To dobry znak, że nie zwyciężają tylko pewniacy, bo dzięki temu mamy wiele emocji (i mniej punktów w typowaniach).

W 1. kolejce mieliśmy kilka hitów, a w drugiej takich jest znacznie mniej. Może to tylko tak wygląda, ale zdecydowanie najbardziej interesująco zapowiadają się mecze Bayernu z Manchesterem City we wtorek, 27.09. i  Valencii z Chelsea dzień potem. W te właśnie spotkania będę celował w następnej rundzie spotkań.


pubsport.pl
Krzysztof Sędzicki
Uczeń I LO w Łodzi. Już jako przedszkolak oglądałem transmisje sportowe w telewizji. Kilka lat pograłem w koszykówkę, ale nie spodobała mi się i już pod koniec gimnazjum przerzuciłem się na amatorską odmianę siatkówki i skoku wzwyż. Pasjonuję się wieloma dyscyplinami, przede wszystkim piłką nożną, siatkówką, formułą 1 i skokami narciarskimi. Czasami lubię też pooglądać inne sporty, np. koszykówkę, biathlon, tenisa, snookera, darta... Nie ma tygodnia, żebym czegoś nie obejrzał! Tak, uznawaj mnie za sportowego maniaka! Dobrze mi z tym! W przyszłości chciałbym zostać dziennikarzem - komentatorem sportowym. Póki co, próbuję swoich sił na kilku frontach - na blogu (sedzik.blox.pl), tele-sport.pl, TakSięGra TV i właśnie tu, na Pubsport.pl, gdzie piszę artykuły, felietony, relacje i robię kilka rzeczy, których nie widać gołym okiem, gdzieś tam "za kulisami".
http://sedzik.blox.pl