Nawet nie zdążyło zaboleć

Długo walczyłem ze sobą, żeby napisać ten tekst. Naszych siatkarzy nie ma już w turnieju olimpijskim, choć mieli zostać w nim do samego końca. Wczoraj (bo już jest po północy) Rosjanie zmietli nas z Earls Court szybko, zdecydowanie i niestety zasłużenie.

Zanim wejdę głębiej w to spotkanie, zwracam uwagę na jedną, dość istotną rzecz – media. Po meczu nie zabrałem się od razu do pisania. Najpierw zjadłem sobie kolację, potem otworzyłem facebooka, kilka sportowych fanpageów i poczytałem opinie o reprezentacji Polski. Jak na dłoni dało się zauważyć, kto należy do siatkarskiej rodziny, a kto jest (a raczej był) tylko farbowanym lisem. Ci, którzy teraz opluwają nasz zespół mają wprawdzie odrobinę racji, ale swoje zdanie wyrażają w taki typowy bezczelny polski sposób.

Nikogo chyba nie muszę przekonywać, że podopieczni Andrei Anastasiego zawalili swoje spotkanie życia. Już na samym początku widać było, że źle w nie weszli. Dostawali mnóstwo punktów w prezencie od rywali, a zamiast to wykorzystać, odwdzięczali się im tym samym. Zarówno Polacy, jak i Rosjanie podejmowali ryzyko zagrywką i albo się udawało – petarda spadała w boisko, albo się nie udawało – petarda o mało co nie przerwała siatki lub leciała daleko w zielone. Nad tym również wypadałoby się chwilę zastanowić. Dziennikarze Sport.pl robili to dość głośno. Mają odrobinkę racji, bo to nienormalne, żeby w trzysetowym meczu ponad 30 punktów zostało przyznanych po nieudanym serwisie. Z drugiej strony, oba zespoły nie miały wyboru, bowiem zdawały sobie sprawę, iż lekka zagrywka i tak przyniesie punkt przeciwnikom.

Od powyższej reguły był jeden wyjątek, a nazywał się Sergei Grankin. Przy tych jego balonikach na drugą stronę siatki szlag mnie trafiał, zwłaszcza, gdy Biało-Czerwoni nie mogli dobrze tego przyjąć i od razu doprowadzić do przejścia. Gdybym był w sztabie Anastasiego powiedziałbym coś w tym stylu: „Panowie, jeśli w polu zagrywki pojawi się Grankin, to macie obowiązek zdobycia punktu tuż po niej!„. Nie wiem, czy coś by to dało, bo Andrea mówił, a oni nie słuchali. Mieli nie celować w Obmochaeva, mieli przesuwać się w bloku, lecz tego nie robili.

Zawodnicy prowadzeni przez Vladimira Alekhnę podawała nam wielokrotnie rękę, a myśmy nie skorzystali. Oni już mieli jedno takie spotkanie w Londynie z podobną ilością błędów i przegrali je 0:3 – z Brazylią. Dlaczego nie poszliśmy śladami Canarinhos? Głównie dlatego, że nie potrafiliśmy skutecznie postawić bloku, nie kończyliśmy nadarzających się kontr i wykazywaliśmy się ogólną niską skutecznością.

Był jeszcze jeden problem. Rywale byli „elastyczni”, tzn. gdy wzmocniliśmy zagrywkę, oni wzmacniali przyjęcie, gdy my zagraliśmy lepiej w ataku, to oni, z kolei, w obronie lub bloku. No i nie bawili się raczej w długie wymiany. Po zbiciach Volkova, Mikhailova, czy Muserskiyego nie było już co zbierać…

Czym zaś dysponowaliśmy w ofensywie? Czasem Zbigniewem Bartmanem, Bartkiem Kurkiem… I to by było na tyle. Środek leżał. Mieliśmy niedawno najlepszych środkowych na świecie, a oni nagle w ćwierćfinale IO zdobywają w trójkę ledwo sześć oczek po wejściach na krótką. Pod koniec trzeciej partii w polskich szeregach nastąpiło przebudzenie w tychże elementach, jednak zdecydowanie za późno i nie zdązyliśmy już dogonić Rosjan.

Swoją drogą możemy mówić o nieprzełamanym kompleksie. Niby wygraliśmy z nimi w ME, ale wtedy już byli zgaszani świadomością, że nie powalczą o złoto. Nawet w Pucharze Świata okazali się od nas lepsi. Możemy mówić o swego rodzaju kompleksu Sbornej. Sądziłem, że po przezwyciężeniu kompleksu Brazylii już nikt nas nie zatrzyma. A tu taki klops…

Nasi zawodnicy dobrze wiedzą, co się stało. Z pewnością wielu nie prześpi tej nocy. Wczoraj razem z nimi ponieśliśmy porażkę, którą można nawet nazwać porażką życia. Ona nawet nie zdążyła zaboleć, szybko poszło. Gdybyśmy odpadli po zaciętym tie-breaku, to faktycznie możnaby mówić o bolesnym odpadnięciu. Tymczasem dostaliśmy taki łomot, że nawet nie da się rozpłakać.

Nie sposób nie zapytać: dlaczego?. Przecież ostatnio Anastasi im odpuścił, nie mieli ciężkich treningów, więc nie mogli być za bardzo zmęczeni. Najwidoczniej szczyt formy przyszedł o dokładnie miesiąc za wcześnie. Przegrane z Bułgarią i Australią zachwiały konstrukcję o nazwie Polska zmierzająca po złoto, a Rosja we wczorajszym ćwierćfinale zburzyła ją doszczętnie.

Jedynie kibice nie zawiedli. Znów – lecz pewnie po raz ostatni – Earls Court w Londynie przybrała biało-czerwone barwy, była fantastyczna atmosfera. Jednak Rosjanie swoją grą skutecznie uciszyli ogromną rzeszę polskich kibiców. Wygląda na to, że zmierzają po medal. Wyraźnie dają do zrozumienia, że chcą go zdobyć. Mają na to dość duże szanse.

Dla nas Igrzyska się kończą, wielu kibiców nie będzie ich już dalej oglądać. Jednakże dla najlepszej czwórki drużyn, one właśnie się zaczęły. Walka rozkręca się na dobre, będą wielkie emocje. Tylko szkoda, że już bez Polaków…


pubsport.pl
Krzysztof Sędzicki
Uczeń I LO w Łodzi. Już jako przedszkolak oglądałem transmisje sportowe w telewizji. Kilka lat pograłem w koszykówkę, ale nie spodobała mi się i już pod koniec gimnazjum przerzuciłem się na amatorską odmianę siatkówki i skoku wzwyż. Pasjonuję się wieloma dyscyplinami, przede wszystkim piłką nożną, siatkówką, formułą 1 i skokami narciarskimi. Czasami lubię też pooglądać inne sporty, np. koszykówkę, biathlon, tenisa, snookera, darta... Nie ma tygodnia, żebym czegoś nie obejrzał! Tak, uznawaj mnie za sportowego maniaka! Dobrze mi z tym! W przyszłości chciałbym zostać dziennikarzem - komentatorem sportowym. Póki co, próbuję swoich sił na kilku frontach - na blogu (sedzik.blox.pl), tele-sport.pl, TakSięGra TV i właśnie tu, na Pubsport.pl, gdzie piszę artykuły, felietony, relacje i robię kilka rzeczy, których nie widać gołym okiem, gdzieś tam "za kulisami".
http://sedzik.blox.pl