Nie lubię już Barcy

Może zachowuję się jak stary dziad. Może zrzędzę. Ale tęsknię do dawnych czasów. Gdy oglądałem Barcelonę zdobywającą Superpuchar Europy i piłkarzy, których kolejne trofeum ledwo zmusiło do wyciśnięcia na twarzach krótkich i sztucznych uśmiechów, musiałem spojrzeć sobie na tabelę rozgrywek Prmiera Division z sezonu 2002/2003. Tak na poprawę nastroju…

Pierwsze miejsce Real Madryt. I to oczywiście nic radosnego. Ale dalej – drugie Real Sociedad San Sebastian, trzecie Deportivo La Coruna, czwarte Celta Vigo, piąte Valencia i dopiero szóste – ostatnie dające grę w Pucharze UEFA – FC Barcelona. To była „moja” Barca. Myślę, że w tym sezonie dramatycznej walki o udział w europejskich pucharach, moje uczucie do niej sięgnęło szczytu. Ten klub był dla mnie wyborem naturalnym, bo skoro wtopiłem w futbol na EURO2000, podziwiając Holendrów, to nie mogłem nie przerzucić się na Barcelonę, naszpikowaną moimi bohaterami – Kluivertem, de Boerami, Overmarsem, Reizigerem, Cocu…

Wtedy, widząc jak ta wielka niby drużyna ponosi notoryczne klęski, nie mogłem uwierzyć, że dożyję czasów, w których będzie ona wygrywać. Kiedy zaczęła, za Rijkaarda, jeszcze mnie to cieszyło. Zresztą, nie wypiąłem się na nią zupełnie – kiedy z rywalizacji odpadną już wszystkie kluby „sympatyczne” i zostają same nabite dolarami potęgi, zawsze najlepiej życzę Katalończykom. Podobnie jak w Gran Derbi. A jednak Barcelona coraz bardziej mi brzydnie.

Nie mam kompletnie nic to tamtejszych krasnali. Są wybitni i ich gra naprawdę jest fantastyczna. Osiągają niesamowite rezultaty. Ale na miłość boską, oni nie zbawiają świata. To nie więcej niż klub, ale tylko naprawdę duży klub. Piękno jest względne i to, co mówi Tony Pulis, trener Stoke City, do mnie przemawia. – Po co mamy wymienić 40 podań, żeby strzelić gola, jak możemy to zrobić dwoma podaniami?

Barcelona nie fauluje – Barcelona mądrze przerywa akcje rywala. Nikt nie przerywa mądrze akcji Barcelony. Każdy zabija futbol, nie umie przegrywać, nie radzi sobie z presją, jest sfrustrowany, zakompleksiony. Przeciwko Barcelonie grają bandyci. W Barcelonie grają magicy i aniołowie.

Racja, Real Madryt w meczach z Katalończykami fauluje ostrzej i częściej niż wynosi przeciętna dla piłki nożnej. Tyle, że Barcelona symuluje częściej niż ktokolwiek inny. Iniesta pokazał nawet w finale mistrzostw świata, jaki jest w tym znakomity. A tacy Pedro czy Busquets są w tej dyscyplinie niemal tak dobrzy jak Messi w kopaniu piłki.

Jedyni i prawdziwi kibice Barcelony też mają poczucie niesienia dla świata oświaty kaganku. I doszło do tego, że cała zgraja obrzydziła mi drużynę, która była moją pierwszą klubową miłością. Gdzie bym wtedy słyszał o wszystkich bielskich drużynach, Hull City, Ajaksie, czy dziesiątkach innych zespołów, za które dziś ściskam kciuki. Do Barcelony na serio pewnie wrócę. Kiedyś w końcu musi się skończyć era, w której zamiast taktyki jest filozofia, a zamiast magicznych nauczycieli futbolu, ludzie, ze swojskiej sfery profanum.


pubsport.pl
Michał Trela

Kronika Beskidzka, Gazeta Wyborcza, SportSlaski.pl

http://trelik.blox.pl