Nie ma to jak szybkie 3:0 o poranku

Pierwszy akt Pucharu Świata siatkarzy za nami. Albo raczej pierwszy odcinek, gdyż turniej ten swoją konstrukcją przypomina bardziej serial aniżeli teatralną sztukę. Nie wygląda aby doszło do zawiązania jakiejś niesamowitej i zagadkowej intrygi, ale pojawił się, i to w pierwszych scenach, wątek który zapewne przytrzymał widzów przed telewizorem przynajmniej do końca dzisiejszego odcinka. Tym bardziej że lada moment objawił się nasz główny bohater, którego losy będziemy z zapartym tchem śledzić przez dwa najbliższe tygodnie.

Ale pójdźmy chronologicznie, czyli od zawiązujących akcję spotkań, które rozpoczęły się o 3:00 w nocy. Amerykanie, którzy mają chrapkę na bycie jednym z głównych rywali naszego ulubieńca, bez większych problemów pokonali Chińczyków 3:0. Nie ma co dorabiać historii i ideologii do tego wyniku. Aczkolwiek należy o nim pamiętać, gdyż w każdym dobrym scenariuszu jest takie niby drobne wydarzenia na początku, które na końcu okazuje się kluczowe.

Równolegle do tego spotkania odbył się mecz, o którym wspomniałem we wstępie. Sam fakt pokonania Serbów przez Argentyńczyków można uznać co najwyżej za małą niespodziankę. Ale fakt, że Mistrzowie Europy w całym meczu zdobyli 51 oczek daje do myślenia. Ivan Milijković, który zdobywa w meczu 11 punktów, z czego zaledwie 9 w ataku daje do myślenia jeszcze mocniej. Jako ślepo zapatrzony w jego charyzmę fan nie wyobrażam sobie aby miał tak wyglądać cały turniej w jego, a przy tym całej drużyny, wykonaniu. Serbowie, choć w naszym serialu są częścią całego zastępu czarnych charakterów, to chyba mogą zdobyć serca niektórych widzów, tak jak już to uczynili podczas ME. Z resztą Argentyńczycy swoją młodością i fantazją także mogą się podobać. Ale chyba nie ma co słodzić im za bardzo. Będziemy im kibicować dopiero od środy, gdy obie te ekipy polegną już z naszym ulubieńcem.

Aż w końcu nadszedł moment na który wszyscy czekali – na ekranie pojawił się nasz główny bohater – reprezentacja Polski. I trzeba przyznać, że zrobił to co miał zrobić. Biedni, choć zdolni Kubańczycy byli tylko tłem. Już bez zbędnych metafor: Polacy zagrali po prostu bardzo dobre spotkanie. Nie będę się może rozpisywał, choć w sumie mógłbym wymienić całą naszą siódemkę i opatrzyć każdego z naszych zawodników pochwalnymi i czułymi epitetami. Świetne powroty do kadry zaliczyli Zagumny i Winiarski. Można śmiało napisać, że mamy w tych dwóch panach profesorów, którzy będą panować nad sforą, a w kluczowych momentach demonstrować jak się wygrywa. Zbyszek Bartman tak jak w Lidze Światowej – wylewa z siebie energię strumieniami. Z resztą podobnie jest z Kubiakiem – ta dwójka z kolei zadba o to, aby zawsze grać na maksa i nigdy się nie poddawać. Para środkowych Nowakowski-Możdżonek to z kolei po prostu najwyższy poziom sportowy – bez zbędnej ideologii. Dzięki nim wiemy że jakkolwiek dobrą serię będzie miał atakujący rywali, w pewnej chwili dostanie taką czapę pod nogi, że cały jego czar pryśnie. No i, choć przed chwilą zastrzegałem że nie będę wymieniał całej naszej siódemki, Ignaczak. Szczerze powiedziawszy to on akurat parę razy mnie zdziwił nie najlepszymi zagraniami. Ale na tym polega ten turniej. Nawet niedobrze by było gdyby wszystko wszystkim wychodziło perfekcyjnie, bo taki stan nie może trwać wiecznie. A nawet dwa tygodnie. Choć dziś cieszymy się ze wspaniałej gry, to tak właściwie chyba wielu z nas czeka na moment gdy wygramy mecz po słabej grze. Bo o to w tym turnieju chodzi. Ale takie rzeczy chyba czas około 8-10 dnia. Na razie możemy przejechać się po wszystkich jak leci.

Równolegle z naszym spotkaniem rozpoczął się mecz kreowanego przez wszystkich na najczarniejszy z czarnych charakterów zespołu Rosjan przeciwko Włochom. I choć na początku mogło się wydawać że nie taki czarny ten charakter, to jednak z czasem okazało się, że to tylko taki żart z widza i po pierwszej partii Rosja zaczęła grać swoje. Jedynym, który próbował się przedstawiać był blisko powiązany z naszą ukochaną postacią serialu Michał Łasko. Pewnie dzięki tym powiązaniom on jeden spośród Włochów wiedział jak bardzo trzeba z rosyjskimi siatkarzami walczyć.

Na koniec przyszedł czas na watki poboczne, tudzież pozornie poboczne. Zostaliśmy zapoznani z pozostałymi aktorami – Brazylią, która wydaje się być ponad wszystkim i będzie pewnie pełnić rolę obserwatora-uczestnika oraz Egiptem, który najprawdopodobniej będzie tylko statystą i zapomnimy o nim podczas kluczowych scen. Spotkanie tych zespołów zakończyło się łatwym 3:0. Aczkolwiek szczerze powiedziawszy w dobrym scenariuszu powinna znaleźć się scena upadku legendy. Albo choćby potknięcia.

Tuż przed napisami końcowymi spotkaliśmy się się jeszcze z dwoma postaciami dalszego planu – Japonią i Iranem. Statystami mogą być jednak tylko pozornymi – być może w ostatnich odcinkach wyjdą na pierwszy plan niespodziewanie zmieniając bieg wydarzeń. Starcie tych ekip zakończyło się rezultatem 3:1 dla Iranu.

Co w następny odcinku? Nasz bohater spotka się z budzącymi ambiwalentne uczucia Serbami. Myślę, że nie ma co zważać na ich dzisiejszy występ. Trzeba myśleć, że gramy z tymi Serbami, którzy wygrali we wrześniu nasz kontynentalny czempionat. I ta słowiańska scena wydaje się być gwoździem programu. Ponadto ciekawe może być też spotkanie USA-Brazylia, choć faworyt jest bezdyskusyjny. Tak samo jak w pozostałych czterech spotkaniach, które będą raczej tłem dla tych dwóch uczt. Choć niewykluczone że tłem bardzo kolorowym.


pubsport.pl
Paweł Kazimierczyk
Wrocławianin, student Wydziału Mechanicznego Politechniki Wrocławskiej. W styczniu 2010 rozpocząłem prowadzenie bloga olimpijsko.blox.pl. Grudzień tegoż roku przyniósł mi zaproszenie do PubSportu, kolejna zima zaowocowała z kolei przeniesieniem bloga do serwisu naTemat.pl, gdzie można mnie znaleźć pod adresem pawelkazimierczyk.natemat.pl. Pisuję o wielu dyscyplinach. Być może wygląda to tak, że myślę, że znam się na wszystkim, ale sądzę, że przeboleję taką opinię i będę robił swoje. Największe emocje wzbudzają we mnie zawody w których sportowcy występują pod barwami narodowymi, stąd też ogromna fascynacja imprezą jaką są Igrzyska Olimpijskie. Przy czym wobec tych wszystkich rozgrywek niemal zawsze w ślepej kibicowskiej naiwności wierzę w sukces tych pod biało-czerwonym sztandarem.
http://pawelkazimierczyk.natemat.pl