Nie nazywaj F1 sportem indywidualnym

W tytule podałem swój najważniejszy wniosek po obejrzeniu GP Korei Płd. Formuły 1. Nie ma specjalnie co emocjonować się wynikami, skoro wygrał ten, który miał wygrać. Tak samo „roztrzygnęły się losy” trzeciego miejsca. W pewnej chwili pomyślałem sobie, że prawdziwa walka na Yeongam toczy się dopiero od 5. lokaty w dół…

Na początek muszę się pochwalić, że dziś mój organizm w połączeniu z podświadomością pokazały mi, że F1 jest dla mnie bardzo ważna. Nastawiłem sobie budzik na 07:35 – tak, aby na spokojnie się ubrać, umyć, pościelić łóżko itp. Zadzwonił. Już miałem wstawać, ale jeszcze na chwilkę oparłem sobie głowę o poduszkę i… zasnąłem. Miałem nawet jakiś sen, ale to nieistotne. Najważniejszym punktem z tej historii jest moje ponowne obudzenie się o 08:01. Czym prędzej ruszyłem do teleodbiornika. Zobaczyłem końcowkę okrążenia rozgrzewkowego. Odetchnąłem z ulgą. Później jeszcze wyczytałem, że odbyłem tzw. idealną drzemkę, choć nie czułem się po niej jakoś… idealnie…

Ale już wracam do spraw stricte związanych z Formułą 1. Start kierowców Red Bulla był fantastyczną zagrywką… zespołową. Mark Webber wcale nie rozpoczął źle, wydaje się nawet, że lepiej od Sebastiana Vettela, ale od razu puścił Niemca przed siebie. Następnie obaj wspólnie zamknęli Lewisa Hamiltona, który usiłował się wcisnąć pomiędzy nich. Z jednej strony wszystko to wyglądało efektownie, ale z drugiej zabrakło mi takiej rywalizacji. Należy jednak pamiętać, że w austriackim teamie dbają o aktualnego Mistrza Świata, bo jest on znacznie bliżej zdobycia kolejnego tytułu niż jego zespołowy partner. Żałuję, bo Australijczyk to mój pupil…

Chwilę później ściganie (a według mnie także walkę o Mistrzostwo Świata w tym sezonie) zakończył Jenson Button po tym, jak wjechał w niego Kamui Kobayashi. Nie wiem dlaczego, ale „wyczyn” Japończyka bardzo przypominał mi to, co zrobił Romain Grosjean przed tygodniem… Lecz tym razem skończyło się na karze przejazdu przez aleję serwisową. I tak później sprawiedliwość została „dodatkowo” wymierzona, bo trzeci zawodnik GP Japonii musiał zakończyć wyścig po 13 okrążeniach.

Na pierwszych kilkunastu kółkach nie działo się wiele w czółowce. Dopiero po pierwszych pit stopach doszło do roszad, aczkolwiek niewielkich. Ale gdzież mieliśmy szukać pasjonującej walki, skoro Ferrari również sobie „ustawiło” kolejność swoich zawodników? Gdyby nie polecenie do Felipe Massy, to jestem wręcz przekonany, że znalazłby się na podium, a kto wie, może nawet dogoniłby Sebastiana Vettela… Wydaje mi się, że aby Massa lub Webber w końcu mogli zwyciężyć, musieliby wystartować z pierwszej linii w którejś z następnych eliminacji. W innym razie znów zostaną poproszeni o puszczenie lub nieatakowanie zespołowych kolegów.

Należy zwrócić uwagę, że nie mówimy za dużo o McLarenie. Okazuje się, że tam naprawdę przyszedł kryzys, o którym nieśmiało pisałem w piątek. Podstawowy problem to dojazd do mety i o tym właśnie wspominałem przedwczoraj. Dzisiaj dodatkowo okazało się, iż są kłopoty z utrzymaniem dobrego tempa wyścigowego u Lewisa Hamiltona. Jednak wciąż nie wiadomo, na ile to faktycznie słabnący samochód, a na ile świadomość zmiany teamu przez Mistrza Świata z 2008 roku po tym sezonie.

A Mercedesowi również ostatnio się nie wiedzie. Dwa ostatnie wyścigi Schumacher i Rosberg zakończyli bez punktów. W dodatku, ten drugi nie przejechał w żadnym z nich nawet pełnego okrążenia! Teraz już naprawdę Ross Brawn i jego ekipa nie mają o co walczyć. Mogą koncentrować się na następnym sezonie.

Przydałoby się jeszcze słówko o Lotusie. Zacznę od Grosjeana, choć tym razem niczego nie zmalował. I to właśnie jest ta „sensacja”, mówiąc pół żartem. Wyraźnie dawało się zauważyć, że Francuz jechał bardzo ostrożnie, gdyż bał się konsekwencji od FIA. Myślę, że zarówno jemu, jak i konkurencji wyszło to na dobre. Raikkonen zaś, w moim odczuciu, o tytule mistrzowskim może zapomnieć. Patrząc na to, co wyprawiają Ferrari i Red Bulle, nie widzę go na czele klasyfikacji kierowców. Ma jednak bardzo realną szansę utrzymania trzeciego miejsca, co i tak byłoby sukcesem jak na jego pierwszy rok po dwóch sezonach przerwy.

Spełniło się moje życzenie i nie chciało mi się spać w trakcie ścigania w Yeongam. Choć od połowy dystansu było pewne, że na zmiany w czołówce się nie zapowiada, to dramaturgia związana m.in. z wytrzymałością opon Sebastiana Vettela wystarczyła mi do utrzymania koncentracji i ciekawości. Niemniej jednak potwierdziło się, iż tor w Korei Płd. nie obfituje w wiele emocji, jeśli nie pada tam deszcz.

Przed nami przedostatnia w tym sezonie dwutygodniowa przerwa między eliminacjami. Sytuacja w klasyfikacji indywidualnej kierowców nieco się wykrystalizowała. Przyznam szczerze, że nie wierzę w to, że Mistrzem Świata zostanie ktoś inny niż Alonso, czy Vettel. Biorąc pod uwagę aktualną dyspozycję i obiekty, na których odbędą się wyścigi, pieniądze postawiłbym na Niemca. Liczę, że walka o końcowe zwycięstwo jeszcze nas zaskoczy, bo jakoś wspominany scenariusz wydaje mi się zbyt łatwy do zrealizowania.

Trochę inaczej jest w punktacji zespołowej, gdzie wygląda na to, że Red Bull znów okaże się najlepszy, ale na kolejnych trzech lokatach rywalizacja toczyć się będzie do samego końca. To właśnie zestawienie może mieć wpływ na zachowania poszczególnych kierowców w kolejnych wyścigowych weekendach. Póki co, faworytem jest Ferrari, ale bardzo blisko włoskiej stajni mamy McLarena, który jeżeli choć trochę otrząśnie się po ostatnich niepowodzeniach, to nawiąże walkę i do końca bić się będzie o Wicemistrzostwo.

Jest więc po co oglądać dalej Formułę 1. Mogę jednak ogłosić koniec wczesnego wstawania na ten rok. No, chyba, że komuś będzie zależało na indyjskich sesjach treningowych. Jest duża szansa, że nareszcie się wyśpię w październiku. Dzisiejszego ranka wstałem najpóźniej spośród wszystkich dni tego miesiąca… Aha, no i pamiętaj kibicu, że podczas, gdy karuzela F1 zatrzyma się na Buddh International Circuit, nastąpi u nas w Polsce zmiana czasu, a pora rozpoczęcia kwalifikacji/wyścigu to i tak 10:30. Ot, taka mała ciekawostka na koniec.

PS. Albo nie. Na koniec PSY machający flagą na mecie

Świetny pomysł organizatorów! W końcu znany jest 🙂


pubsport.pl
Krzysztof Sędzicki
Uczeń I LO w Łodzi. Już jako przedszkolak oglądałem transmisje sportowe w telewizji. Kilka lat pograłem w koszykówkę, ale nie spodobała mi się i już pod koniec gimnazjum przerzuciłem się na amatorską odmianę siatkówki i skoku wzwyż. Pasjonuję się wieloma dyscyplinami, przede wszystkim piłką nożną, siatkówką, formułą 1 i skokami narciarskimi. Czasami lubię też pooglądać inne sporty, np. koszykówkę, biathlon, tenisa, snookera, darta... Nie ma tygodnia, żebym czegoś nie obejrzał! Tak, uznawaj mnie za sportowego maniaka! Dobrze mi z tym! W przyszłości chciałbym zostać dziennikarzem - komentatorem sportowym. Póki co, próbuję swoich sił na kilku frontach - na blogu (sedzik.blox.pl), tele-sport.pl, TakSięGra TV i właśnie tu, na Pubsport.pl, gdzie piszę artykuły, felietony, relacje i robię kilka rzeczy, których nie widać gołym okiem, gdzieś tam "za kulisami".
http://sedzik.blox.pl