Nie trafiłem w emocje

Za nami już półmetek fazy grupowej Ligi Mistrzów (a ja jeszcze nie przeczytałem Skarbu Kibica!). W ubiegły wtorek i środę nie trafiły mi się mecze pełne emocji, ale wtedy właśnie to „coś w środku” przypominało mi, że to jest Champions League i że powinienem się nią delektować. Może to głupie, ale pomogło!

Pierwszego dnia LM przeniosłem się na Santiago Bernabeu. Po raz 9., licząc od 2005 roku, te drużyny spotkały się ze sobą, ale Królewscy odnieśli dopiero drugie zwycięstwo w historii. Jednakże już drugi raz w tym roku, podopieczni Jose Mourinho trafili do siatki Olimpijczyków co najmniej trzykrotnie. Jeśli za dwa tygodnie Wicemistrz Hiszpanii znów pokona Lyon, to uwierzę, że Mou przełamał klątwę francuskiego zespołu.

Z czysto sportowego punktu widzenia mecz był strasznie jednostonny. Komentujący to spotkanie Wojciech Jagoda przechodził samego siebie tamtego wieczoru, ale z jednym jego zdaniem się zgodzę: „to się musiało tak skończyć”. Od samego początku gospodarze nacisnęli rywali i 12 minut z pierwszego kwadransu spędziliśmy na połowie drużyny prowadzonej przez Remiego Garde.

Drugi gol wisiał nad lyończykami strasznie długo i padł dopiero w drugiej połowie. A po samobóju Llorisa, goście zrezygnowali. Było jasne, że może być już tylko gorzej. Może przesadzę, ale ten Real przypominał mi nieco Barcelonę. Twierdzę tak na podstawie obserwacji zarówno meczu, jak i statystyk –  posiadanie piłki znacznie dla Królewskich, dużo ataków, dużo strzałów i wysoka wygrana. Muszę przyznać, że taki zespół z Madrytu mi się podoba. Nie szukali żadnego rozwiązania niesportowego – nie kłócili się z przeciwnikami, czy sędziami (faule – 9:9). Inna sprawa, że Lyon nic nie pokazał, ale to dlatego, że nie miał specjalnie jak. Bo cóż zrobić, jeśli jedna z najlepszych drużyn na świecie usiądzie na tobie od samego początku, a twój zespół potrafi oddać zaledwie jeden celny strzał w całym spotkaniu?

Ciągle mam dylemat, czy obejrzeć rewanż, bo wiele wskazuje na to, iż Olympique nie wygra. Owszem, własny obiekt może bardzo pomóc (obie wygrane Realuz Lyonem w tym roku nastąpiły na Santiago Bernabeu), ale jakoś tak coraz mniej uśmiecha mi się korzystny dla nich rezultat. No, chyba, że jakiś cudowny remis…

Dzień potem obejrzałem występ innego Olympiqu z Francji – Marsylii. Na początek mało ważne, aczkolwiek intrygujące pytanie: dlaczego Wicemistrz Francji grał w czerwonych strojach, a Kanonierzy w granatowo-niebieskich?! Nie rozumiem powodu, dla którego gospodarze nie mogli założyć swojego pierwszego kompletu strojów. Być może ktoś tam w klubie powiedział, że trzeba zaszpanować trzecim kompletem…

Powyższy akapit znalazł się tutaj, ponieważ nie ma co specjalnie się wysilać nad analizowaniem widowiska na Stade Velorome. Było ono mało ciekawe i „zasługiwało” na to, żeby zakończyć się bezbramkowym remisem. Co ciekawe, więcej strzałów oddali marsylczycy, ale w rzutach rożnych zdecydowaną przewagę mieli londyńczycy.

Wojtek Szczęsny nie miał wielu okazji, by się wykazać, ale jeśli musiał, interweniował bardzo dobrze.

Wybrałem właśnie to spotkanie na hit środy, bo spodziewałem się znacznie bardziej otwartej, ofensywnej gry z obu stron. Zarówno Didier Deschamps, jak i Arsene Wenger nie mają spokoju, co do zestawienia obrony swojej drużyny. Są to defensywy niedawno „zbudowane” i potrzebują czasu na zgranie. W każdym przypadku pozostał tylko jeden filar (Diawara i Koscielny). Dlatego mogły się zdarzać błędy w tej formacji. Stąd właśnie wyciągnąłem wniosek, że może być ciekawie. No cóż, tym razem nie było.

Jeszcze tylko zabłysnę cytatem: „a nie mówiłem?”. To w związku z tym, że nienawidzę, gdy zespół broni remisu, albo jednobramkowej przewagi, gdy nie jest osłabiony. Rozumiem, że urwanie punktu Arsenalowi byłoby dla drużyny Deschampa sukcesem, ale mogliby się pokusić o strzelenie choćby jednego gola. Teraz pewnie mówią, że warto było zaryzykować. Tym bardziej, że na Emirates Stadium będzie im bez wątpienia ciężej.

PS. Miałem się jeszcze uczepić, że Cristiano Ronaldo pomimo przyzwoitego, jak na niego, występu nie strzelił bramki, ale dam sobie spokój.


pubsport.pl
Krzysztof Sędzicki
Uczeń I LO w Łodzi. Już jako przedszkolak oglądałem transmisje sportowe w telewizji. Kilka lat pograłem w koszykówkę, ale nie spodobała mi się i już pod koniec gimnazjum przerzuciłem się na amatorską odmianę siatkówki i skoku wzwyż. Pasjonuję się wieloma dyscyplinami, przede wszystkim piłką nożną, siatkówką, formułą 1 i skokami narciarskimi. Czasami lubię też pooglądać inne sporty, np. koszykówkę, biathlon, tenisa, snookera, darta... Nie ma tygodnia, żebym czegoś nie obejrzał! Tak, uznawaj mnie za sportowego maniaka! Dobrze mi z tym! W przyszłości chciałbym zostać dziennikarzem - komentatorem sportowym. Póki co, próbuję swoich sił na kilku frontach - na blogu (sedzik.blox.pl), tele-sport.pl, TakSięGra TV i właśnie tu, na Pubsport.pl, gdzie piszę artykuły, felietony, relacje i robię kilka rzeczy, których nie widać gołym okiem, gdzieś tam "za kulisami".
http://sedzik.blox.pl