Nie tylko Eintracht, nie tylko kobiety

Kibicowanie klubowi, który jest wiecznie biedny, wiecznie bez perspektyw, nieznany i od 100 lat  nie osiągający sukcesów boli. Kibicowanie takiemu klubowi, gdy obok lokalny rywal kosi triumfy,  gra na 40-tysięcznym stadionie i zna go każdy szanujący się kibic od Karachi po Tegucigalpę,  wymaga charakteru. Zaś granie w tym klubie, ze świadomością, że największe sukcesy i tak osiąga  sekcja kobieca – wymaga niezłomności. Czasem, raz na pół wieku i do takich drużyn – zza  wielkiej góry – wychodzi słońce. Tak jest w tym roku – FSV Frankfurt gra w tej samej lidze, co  wielki Eintracht.

To były najbardziej wyczekiwane derby, które chcą być jak najszybciej zapomniane. Rzadko się  zdarza, by dwie największe drużyny w mieście nie mierzyły się ze sobą przez 50 lat. Rzadko, o  ile nie mówimy o Niemczech, gdzie dwa kluby na znośnym poziomie w jednym mieście to rzadkość.  Dlatego, gdy FSV po raz kolejny ledwo ledwo utrzymało się w 2. Bundeslidze, a Eintracht  niespodziewanie do niej spadł, wszyscy zacierali ręce. Odnowiony w 2009 roku VolksbankStadion  mieści jednak tylko 11 tysięcy osób. Tymczasem derby chciało ich obejrzeć zdecydowanie więcej.  Ostatecznie, zdecydowano się więc je rozegrać na stadionie Eintrachtu, który mieści 40 tysięcy  kibiców. Klęska FSV była jednak setna. 0-4 sprawiło, że kibice jakoś tak przestali tęsknić za  mierzeniem się z lokalnym rywalem.

Rywalizacja pewnie prędko się nie powtórzy (nie licząc oczywiście rewanżu), bo FSV jak zwykle  walczy o utrzymanie (obecnie na 13. miejscu), zaś sąsiedzi chcą szybko wrócić do elity i na  razie nie przegrali meczu, zajmując drugie miejsce w tabeli. A o tym, że mniej znana drużyna z  Frankfurtu powalczy o Bundesligę po raz pierwszy w historii raczej nie ma co na razie marzyć.  Stary, bo założony w 1899 roku, klub drobne chwile triumfu miał tak dawno, że ci, którzy je  pamiętają nucą sobie już piosenki geriatryka. W 1925 roku FSV zostało wicemistrzem Niemiec (w  systemie pucharowym). W finale uległo Norymberdze 0-1, ale wcześniej ograło HSV Hamburg, czy  Herthę Berlin. W 1938 roku dotarło zaś do finału krajowego pucharu. Również bez efektu.

W latach 60. frankfurtczycy byli jeszcze etatowymi II-ligowcami. Później zaczęli się jednak  staczać, a występy na przedsionku najwyższej ligi stały się raczej wyskokami, niż normą. Po  spadku w połowie lat 90. klub występował w niższych klasach rozgrywkowych. Dobrze zaczęło się  dziać dopiero pięć lat temu. Klub po siedmiu sezonach gry w IV lidze wywalczył awans, jego  sponsorem został Hyundai, odnowiono stareńki stadion z lat 30. i siłą rozpędu powrócono do 2.  Bundesligi. W pierwszych dwóch sezonach cudem udawało się zajmować 15. pozycję, a więc tuż nad  strefą barażową, zaś w trzecim FSV zaszalało, zajęło 13. miejsce i mogło sobie pozwolić na  wątpliwy komfort przerżnięcia trzech ostatnich meczów w sezonie.

Nadziei na szybką poprawę sytuacji raczej, jako się rzekło, nie ma. A to dlatego, że obecny  skład FSV jest tak samo mizerny, jak właściwie wszystko, co się z tą drużyną wiąże. Jedyne  nazwisko, które cokolwiek znaczy, nosi Wiaczesław Hleb, ale jest znane tyleż, przez  podobieństwo z branżą piekarską, co przez starszego brata piłkarza FSV – Aleksandra, który dziś  gra w VfL Wolfsburg, a w szczytowym okresie biegał po Camp Nou jako gospodarz. Wiaczesław ma  jednak ten feler, że nigdzie poza Białorusią nie błyszczy. Nie dał rady w HSV, Grasshoppers  Zurich, czy Szanghaju, za to w MTZ-Ripo Mińsk strzelał bramki jak Grzegorz Piechna za czasów  gry w WOY-u Bukowiec Opoczyński. Żaden piłkarz FSV nie ma też tylu występów w reprezentacji, co  on – już ponad 40.

Reszta to gracze, jak z Odry Wodzisław. Odrzuceni, kiedyś może utalentowani, o czym świadczą  powołania do reprezentacji młodzieżowych, potem staczający się coraz niżej. Epizodziki w  młodzieżówkach mieli Nils Teixeira i Manuel Konrad (Niemcy) oraz Tufan Tosunoglu (Turcja).  Trochę więcej w pewnych momentach kariery znaczyli Karim Benyamina, który jest najlepszym  strzelcem w historii Union Berlin i dwa razy zagrał w reprezentacji Algierii, Babacar Gueye,  25-razy zakładający koszulkę Senegalu (w 25 różnych meczach). Mario Fillinger i Daniel Gordon  krótko podokazywali odpowiednio w HSV i Dortmundzie, wreszcie Sven Mueller znaczył trochę  więcej w Wolfsburgu, Norymberdze czy Kaiserslautern, a nawet 4-krotnie grał w niemieckiej  kadrze B.

Najjaśniejszą gwiazdą i pewnym promykiem nadziei na lepszą przyszłość jest jednak Macauley  Chrisantus. Dobre informacje są takie, że jest młody (21), bardzo skuteczny (6 goli w 10  meczach) i już się pokazał na arenie międzynarodowej, kiedy został królem strzelców mistrzostw  świata U-17, strzelając dla Nigerii siedem goli w siedmiu meczach, więc daje nadzieję na niezły  zarobek z przyszłego transferu. Zła wiadomość jest taka, że… nie dla FSV. Młody napastnik  jest wypożyczony z HSV, okrzepnie, nastrzela w 2. lidze i tyle go będą we Frankfurcie widzieć.

Całą obarczoną lekko tragicznym losem zgrają dowodzi Hans Juergen Boysen, czyli trener z  gatunku naszego Janusza Kubota, którego niektórzy określiliby „ma 70 lat i nigdy nic nie  wygrał”. Boysen ma 54 i prowadził dotychczas równie prowincjonalne, co jego obecna, drużyny.  Gdyby nagle wzleciał z nią ponad poziomy, miałby jeszcze szansę na późne zawodowe spełnienie.  Skończy się jednak pewnie tak, że Boysen następnych derbów Frankfurtu z FSV jako gospodarzem  już nie dożyje. Niestety, dosłownie…

PS Wyszperałem, że FSV miało w swojej historii jednego mistrza świata. Richard Herrmann,  urodzony w Katowicach, do połowy lat 30 grający w 1. FC Katowice w 1954 roku sięgnął z  reprezentacją RFN po tytuł najlepszej drużyny na planecie.


pubsport.pl
Michał Trela

Kronika Beskidzka, Gazeta Wyborcza, SportSlaski.pl

http://trelik.blox.pl