Niedoskonałość Barcy

Miniony tydzień miał być dla Barcelony nie tylko testem charakteru, ale też namacalnym sprawdzeniem piłkarskiej jakości. Na tle przeciwników europejskiej klasy Barca mogła istotnie zmierzyć swoją siłę. W zeszłą sobotę w Andaluzji drużyna Luisa Enrique odbyła ciężką przeprawę, twierdza Sewilla znowu nie padła, natomiast w środku tygodnia PSG nie podjęło nawet walki z Barceloną i już właściwie pogrzebało swoje szanse na awans do półfinału Champions League. W sobotę Barca starła się na Camp Nou z Valencią, zwycięstwo miało być formalnością, tymczasem kataloński gwiazdozbiór momentami drżał przed styczniowym pogromcą Realu Madryt, ale ostatecznie odniósł zwycięstwo.

Te trzy arcyważne mecze obnażyły pewne ograniczenia Barcy, ale stały się też przyczynkiem do dość śmiałej konstatacji, że Real w tym sezonie ma nikłe szanse na przeskoczenie Katalończyków w tabeli La Liga. Jeśli Barca gra nawet źle, to dopisuje jej szczęście, coraz częściej uprawia futbol pragmatyczny, ale też wyrachowany.

Sobotniego popołudnia doświadczyliśmy wielu emocji piłkarskich. Starcie Barcelony z Valencią było reklamowane jako hit La Liga. Rzeczywiście, zasłużyło na taki status. Piłkarze Nuno Espirito Santo ruszyli z bloków startowych jak rozjuszony byk, ale to Katalończycy okazali się torreadorem. Spontaniczna akcja rozpoczęta tuż po pierwszym gwizdku sędziego została jednak zduszona w zarodku, a proces przeniesienia piłki ze środka pola pod bramkę Diego Alvesa zajął ledwie kilkanaście sekund. Sergio Bosquets dostarczył piłkę Leo Messiemu, zaś ten obsłużył Luisa Suareza. Nie upłynęła minuta, a Barca była już na prowadzeniu. Na pozór Valencia powinna ukorzyć się pod takim ciosie, przecież ten gol spadł na nią jak grom z jasnego nieba, a jednak nie. Szybko poniesiona strata zamiast zdeprymować ludzi Nuno, wywołała u nich wzmożony wysiłek i determinację, by walczyć o gola wyrównującego. Wysoki pressing, wręcz dzikie doskakiwanie do rywali mogło przywołać porównanie ze sforą. Valencia miała rzut karny, miała też słupek, a Barca biedziła się pod własną bramką. Brazylijczyk Adriano słynie z pięknych strzałów z dystansu, które nieraz zamieniały się w cudowne gole, ale w defensywie jest strasznie niepewny, jednak nie tylko on naważył piwa, które co prawda po zmian stron gracze Barcy spijali, to przede wszystkim Gerard Pique nastręczył swojej drużynie bezlik trudności, obrońca ostatnio uznawany za lidera bloku defensywnego Katalończyków urządzał mały sabotaż na placu gry. To on sprokurował rzut karny, to on nieopatrznie wycofał piłkę do Claudio Bravo. Jego szczęście, że piłkarze Valencii mieli pecha.

Leo Messi mógł ukrócić tę ofensywę Valencii pod koniec pierwszej części spotkania, ale nie trafił czysto w piłkę, świetnie dograną przez Neymara i chyba dobrze, bo to by był szczyt niesprawiedliwości. Barca męczyła się z Valencią jak zagubiona drużyna Gerardo Martino, trzy lata dekadencji odwróciły tendencję w Barcelonie, spuścizna po Johannie Cruyffie, czyli kultowy styl gry nazywany tiki-taką zaczął ciągnąć się za ekipą z Katalonii jak kula u nogi. Pep Guardiola hołubił ową tiki-takę, odcisnęła ona wszak głębokie piękno na zespole z Camp Nou, Luis Enrique jednak nie miał sentymentów, poza tym takim romantykiem i dogmatykiem nie jest. Dziś Barca strzeliła dwa gole po kontratakach, były przejawy technicznego kunsztu i piłkarskiej estetyki na najwyższym poziomie, ale dryblingi Neymara, indywidualne mijanie rywali niczemu nie służyło. Strzelec pierwszego gola Luis Suarez znowu wpadał w  pułapki ofsajdowe i nie potrafił sforsować obrony Valencii w pojedynkę, mimo że te szyki były dość luźno zawiązane. Nawet Leo Messi nieudolnie uciekał się do rozpaczliwych zagrań, komiczna próba uderzenia przewrotką czy strzał głowy najdobitniej oddawały akty desperacji Katalończyków w konfrontacji z drużyną Nuno.

Miarą fundamentalnej zmiany w sposobie gry Barcelony był przebieg boiskowych zdarzeń w pierwszej połowie dzisiejszego meczu. Valencia zdominowała środek pola, ale skoro najbardziej ofensywnym graczem w centrum boiska był Xavi, czemu się dziwić? Po wejściu na boisko w drugiej odsłonie rywalizacji Ivana Rakitica gra Barcelony znacznie się ożywiła, ale czy była to zasługa Chorwata, nie notował on nieszablonowych zagrań, starał się grać ostrożnie, to gracze Valencii biegali jak niezmordowani przez pierwsze 45 min batalii na Camp Nou, a nikt przecież nie ma niespożytych sił, to wyeksploatowanie ujawniło się z całą ostrością po przerwie. Neymar coraz częściej bawił się piłką, Barca podeszła trochę wyżej pod bramkę Diego Alvesa, ale to wciąż był futbol pośledniej klasy.

”Cierpienie lidera” tytuł z ”Marki” oddaje najdoskonalej obraz gry w starciu na Camp Nou. Kiedyś Barcelona nie umiała rozszczelnić potrójnych zasieków, wtedy mówiło się o jej cierpieniu. Dziś mamy nową definicję cierpienia, a zasadnicza zmiana sposobu gry sprawia, że najłatwiej pokonać tę nową Barcelonę, gdy ruszy się na nią z kopyta, bez respektu. Problem jednak jest i tak istotny, można grać brawurowo, ale mistrzów czyni wynik, wspomnienie po przegranych szybko zostaje zatarte, zatem do Katalonii można jechać jak na ścięcie. Media madryckie po niedawnym El Clasico dowodziły, że Real w starciu z Barceloną był drużyną lepszą, jednak miało to znaczenie marginalne, długi przerzut do Luisa Suareza i sprytne wykończenie akcji przez Urugwajczyka zniweczyły nadzieję Madrytu.

4 pkt plus pewne zwycięstwo w europejskich pucharach w trzech szalenie trudnych meczach i kluczowych w kontekście końcowych rozstrzygnięć jeśli chodzi o ligę hiszpańską i LM to wynik bardzo dobry. Nowa Barcelona także jest bardzo dobra, choć wolelibyśmy pewnie, by uwodziła kibiców trochę bardziej. Argentyńczyk Gerardo Martino zwierzył się swego czasu, że gdyby mógł cofnąć czas, zrobiłby w Barcelonie kompletny przewrót, to co w swojej kadencji skorygował, nie zdało się na nic. Drużyna potrzebowała głębokich reform, a nie delikatnego retuszu. Walec z Barcelony jedzie powoli, ale to wystarczy, by na drodze do mistrzostwa sukcesywnie zmiatać kolejnych rywali.

Luis Suarez nie musi grać ładnie, grunt że strzela gole. Neymar może mieć spadek formy i nie trafiać w bramkę, a swoimi nieraz efekciarskimi zagraniami wprawiać w stan irytacji kibiców, ważne że Leo Messi rozkwita. W ubiegłym sezonie człapał po boisku, ktoś nawet odważył się powiedzieć, że oszczędza się na mundial, była to jednak kiepska wymówka, dzisiaj Argentyńczyk znów ma wenę i wigor. Szturmuje bramki rywali w uniesieniu, nawet gdy drużyna srodze zawodzi, on odklei się od obrońców i odda kąśliwy strzał głową, chociaż wszyscy widzą, że jest wyjątkowo skromnej postury. To jest geniusz, który nie chowa się za drużyną, jak pewien Portugalczyk z Realu Madryt. Owszem, dzisiaj brakowało najlepszej wersji Messiego, ale i tak przejawiał na boisku inicjatywę, niestety Ronaldo zwykle liczy na ruch kolegów.

Valencia już w pierwszej rundzie sezonu napędziła strachu Barcelonie, dzisiaj również napsuła jej masę krwi, ale koniec końców doznała porażki. Siła uderzeniowa Katalończyków jest ogromna, w historii piłki chyba żadna z wielkich drużyn nie dysponowała aż tak potężnym arsenałem w linii ataku. Tercet barceloński robi na nas niesamowite wrażenie, dobrze że są jeszcze tacy, którzy umieją to wspaniałe trio, z lekko odstającym od brazylijsko argentyńskiej pary Suarezem, zneutralizować, szkoda tylko, że już właściwie nikt nie umie ich drużyny pobić. Nawet Duch Święty, który dwa razy próbował ze swoimi chłopakami i nawet mu się powodziło, musiał poznać gorzki smak
porażki.

Ta kolejka Primera Division to nie lada gratka dla piłkarskich buchalterów, wszyscy którzy rzeźbią cyferki w Excelu i podliczają gole Cristiano Ronaldo oraz Leo Messiego mają teraz używanie. CR7 nie wykorzystał rzutu karnego, obił słupek, a wiemy że z jedenastu metrów w zasadzie się nie myli. Tak czy inaczej jednego gola zdołał strzelić, niestety nie pierwszy raz zniesmaczył swoją ekspresyjną cieszynką po zdobyciu bramki. Są piłkarze, którzy potrafią zachować takt i pewną klasę, Ronaldo do nich nie przystaje. Leo Messi strzelił swojego czterechsetnego gola w barwach Barcelony, bez dzikiej radości, bo to nie zwierz, ale może o portugalskim strzelcu lepiej wyrazić się bardziej łagodnie? Zatem – Cristiano to po prostu troszkę nieokrzesany człowiek.

Bartłomiej Najtkowski
barteknajtkowski.blox.pl


pubsport.pl