Niełatwo jest być polskim kibicem

Legia Warszawa wygrała 3:1 z Rapidem Bukareszt i zapewniła sobie awans do 1/16 finału LE. Niestety, w tej samej kolejce Wisła Kraków przegrała w Londynie z Fulham 1:4 i swoją szansę na wyjście z grupy zredukowała do minimum. I co ma teraz czuć polski kibic?

Mimo wszystko myślę, ze satysfakcję. Chyba niewielu z nas spodziewało się, że którakolwiek z polskich drużyn będzie grać w LE na wiosnę. Sam podejrzewałem, iż bliżej do tego Wiśle niż Legii, a tu proszę. Drużyna z Warszawy zagrała na miarę oczekiwań umiarkowanych optymistów, zaś Mistrz Polski zawodził od początku. Był wybryk w postaci wygranej na Reymonta z Fulham, ale to nastąpiło w takich okolicznościach, że nie warto o tym mówić.

Wojskowi w czwartek walczyli o coś więcej niż zwycięstwo. Na Pepsi Arenę przyszedł komplet widzów – ponad 30700 miejsc było zajętych. Od początku odważnie poczynali sobie goście. Mogli sobie spokojnie poćwiczyć wynonywanie rzutów rożnych, a Legioniści – ich bronienie. Podopieczni Razvana Lucescu pokazali, że nie zamierzają się poddawać. Nawet czerwona kartka dla Dana Alexy nie zabrała im ochoty do atakowania. Inna sprawa, że od 26. minuty zdobywca Pucharu Polski począł się rozpędzać. Do przerwy powinni być o co najmniej bramkę lepsi. Na przykład tę bramkę, której nie zdobył Radović pudłując w sytuacji, gdy bramkarza, Virgila Draghii nie było między słupkami.

Kilka tygodni temu ułożyłem nową teorię o Legii – że gra naprawdę dobre… 40-50 minut. Ale jak już do nich dochodzi, to wpadamy w ekscytację. I tak było między 30., a 80. minutą tego spotkania. Trener Skorża zmotywował w przerwie swoich piłkarzy, by jeszcze bardziej postarali się o gola. I udało się. Co prawda w ferworze walki obrońcy z Warszawy zapomnieli się i zostali za to skarceni trafieniem Filipe Teixeiry, ale to znów podziałało motywująco na polski zespół. Ponownie oglądaliśmy ich oblegających bramkę Rapidu. Bohaterem meczu i w ogóle drużyny Legii Miroslav Radović. Siedem razy już pokonywał bramkarzy rywali w grupie. Po czerwonej kartce dla Janusza Gola pojawiły się nerwy, gospodarzom zaczęło brakować śmiałości. Na szczęście wszystko skończyło się happy-endem. Doszła informacja o remisie w Eindhoven i feta się rozpoczęła.

O zmaganiach Wisły na Craven Cottage pisałem na żywo. Ogólnie nie był to występ zły, po prostu piłkarze Martina Jola pokazali nam, gdzie nasze miejsce. Być może wynik byłby inny, gdyby Ivica Iliev nie miał problemów na angielskiej granicy, ale tak gdybać to sobie teraz możemy…

W pierwszych 45 minutach Biała Gwiazda jeszcze podjęła walkę. Choć straciła dwie bramki po naprawdę ładnych akcjach, nadal tliła się nadzieja na dobry wynik wywieziony z Londynu. Jak to ująłem: „Wisła prezentowała się znacznie lepiej niż w Krakowie, ale to samo można było powiedzieć o piłkarzach Fulham”. Potem było już tylko gorzej. Ta porażka boli jeszcze bardziej, bo krakowianie stracili naprawdę ładne bramki – śliczne uderzenie z półwoleja Johnsona, czy piękna kombinacja przy rzucie wolnym, którą także zakończył Andrew Johnson trafieniem do bramki Pareiki.

Ofensywa Mistrza Polski wyglądała w miarę przyzwoicie, ale defensywa wołała o pomstę do nieba. Zdecydowanie za łatwo gospodarze dochodzili do sytuacji strzeleckich. Nie musieli wymieniać specjalnie dużej ilości podań, wystarczyło, że ktoś szybciej… biegał i już poradził sobie z obrońcami.

Uwagę, w pozytywny sposób, przykuwali skrzydłowi – Damien Duff i Clint Dempsey. Kibicom piłkarskim tych zawodników przedstawiać nie trzeba. Nawet jeśli nie należą już do światowej czołówki, to było widać, że wciąż spisują się znakomicie. Bohaterem meczu absolutnie Andrew Johnson z wiadomych przyczyn. A ponoć mógł on grać dla Polski…

To drugie 1:4 Wisły na wyjeździe. Sam nie wiem, czy kręcić nosem na Maaskanta, który mówił, że dla niego Liga Europy nie będzie najważniejsza. Pewnie nie wziąłem tych słów na serio i teraz przeżywam zawód. Strach pomyśleć, co będzie w następnych dwóch kolejkach, w których Biała Gwiazda grać już będzie o pietruszkę.

Tak więc mam mieszane uczucia, co do występów naszych klubów w Europa League. Chyba jednak przeważa radość z powodu tego poprzedniego akapitu. I tak zamierzam obejrzeć Wisłę i Legię do końca fazy grupowej. Tym bardziej, że teraz będzie łatwiej, bo dwie ostatnie kolejki są rozbijane na dwa dni. O Wojskowych się raczej nie obawiam. Co ma być, to będzie. Chciałbym jedynie, żeby piłkarze Roberta Maaskanta się nie skompromitowali…


pubsport.pl
Krzysztof Sędzicki
Uczeń I LO w Łodzi. Już jako przedszkolak oglądałem transmisje sportowe w telewizji. Kilka lat pograłem w koszykówkę, ale nie spodobała mi się i już pod koniec gimnazjum przerzuciłem się na amatorską odmianę siatkówki i skoku wzwyż. Pasjonuję się wieloma dyscyplinami, przede wszystkim piłką nożną, siatkówką, formułą 1 i skokami narciarskimi. Czasami lubię też pooglądać inne sporty, np. koszykówkę, biathlon, tenisa, snookera, darta... Nie ma tygodnia, żebym czegoś nie obejrzał! Tak, uznawaj mnie za sportowego maniaka! Dobrze mi z tym! W przyszłości chciałbym zostać dziennikarzem - komentatorem sportowym. Póki co, próbuję swoich sił na kilku frontach - na blogu (sedzik.blox.pl), tele-sport.pl, TakSięGra TV i właśnie tu, na Pubsport.pl, gdzie piszę artykuły, felietony, relacje i robię kilka rzeczy, których nie widać gołym okiem, gdzieś tam "za kulisami".
http://sedzik.blox.pl