Niesamowita historia olimpiad

Rok szkolny zaczął się już na dobre, ferwor szkoły ma też swoje plusy, ale niestety ogranicza mi trochę możność pisania dla PubSport. Korzystając z chwili wytchnienia zebrało mi się na wspomnienie z wakacji. Podczas kanikuły przeczytałem gdzieś z tuzin publikacji, wszystkie ciekawe, gdyż sam je wybierałem. Trochę podróżniczych, literaturę piękną, ale i dwie książki o sporcie. Przechodząc do meritum, chciałem się podzielić wrażeniami na temat książki Tadeusza Olszańskiego, pt. „Osobista historia olimpiad”. Wypożyczałem ją przed IO w Londynie, by nieco przypomnieć sobie o dawnych dziejach, dowiedzieć się czegoś nowego, fajnie spędzić czas. I nie zawiodłem się. Jak dla mnie jedna z najlepszych pozycji z tego gatunku, jaką kiedykolwiek przeczytałem. Znakomita warsztatowa, a treść piekielnie wciągająca.

W pierwszym rozdziale autor przedstawia się, pisze, jak dostał się do dziennikarskiego świata. W mocno prywatnym wtręcie wiele anegdot, banan na twarzy gwarantowany.  Następnie autor zaczyna pasjonująca opowieść o olimpiadach, zaczynając od Rzymu, w którym de facto nie był, ale i tak sporo wie, co tam się niezwykłego wydarzyło. Następnie podróżujemy w czasie, przeżywamy igrzyska w Tokio, czyli wielką wiktorię polskiego sportu, a kończymy na powrocie olimpiady do swojej kolebki. Po drodze wiele razy czytałem z niedowierzaniem różne opowieści. Olszański znakomicie przedstawia frapujące historię, które przy dzisiejszym sporcie i jego wydarzeniach mogą się schować w kąt.  Słówkiem wspomnę o Japończyku, który biegnąc na 100 metrów parę kroków przed metą, wyskoczył i wjechał na metą na brzuchu, ostatecznie przechodząc dalej, wsławiając się wśród rodaków heroizmem i bądź co bądź sprytem. Aż brak mi pięknych przymiotów, by opisać, jak fantastyczne są opowieści w tej książce. Chronologiczny ciąg informacji o igrzyska olimpijskich przeplata się z sylwetkami wybitnych postać z różnych czasów. Wszystko to jest znakomicie zredagowane, a smaczki z dziennikarskiego świata dodają jeszcze kolorytu tej pozycji.

Polecam ją wszystkim: świrom sportowym, dla których będzie to odskocznia od papki internetowej,  pasjonatom historii, generalnie wszystkim, którzy umieją czytać, bo jest to naprawdę lektura wyborna.

A bajkowy koniec książki będzie was trzymał w nadzwyczajnym stanie przez dłuuuuugi czas. Kończy się bowiem opowieścią o Spirusie Luisie, który za tryumf w maratonie na pierwszych Igrzyskach miał obiecane od władcy Grecji ręki córki. Tak się złożyło, że zwycięzca miał żonę i dzieci, więc władca zechciał spełnić jego każde życzenie. Grek zażyczył sobie, by wypuszczono jego przyjaciela z więzienia, gdyż ten nie płacił podatków, ale mając takiego wpływowego  kompana szybko poczuł woń wolności i ujrzał piękny grecki krajobraz.


pubsport.pl
Bartosz Śliwicki

Uczeń gimnazjum, mieszkaniec Sompolna, fanatyk sportu. Lubi futbol w najwyższym wydaniu, ale nie gardzi biegami i skokami w zimę. Często ślęczy nad tenisem, namiętnie śledzi poczynania Radwańskiej i Janowicza. Pseudo-erudyta, nieokrzesany humanista, ministrant, ironista, leń i naczelny krytyk wszystkiego. Gustujący w refleksyjnych filmach oraz Depeche Mode. Żarliwy entuzjasta reportaży i Jerzego Pilcha.