Niezwyciężeni

Pierwsza połowa wtorkowych derbów Madrytu przypominała rozpaczliwą walkę o przetrwanie. Piłkarze Realu przypuścili szturm na bramkę Atletico, a zawodnicy Diego Simeone odpierali ich zmasowane ataki tylko dzięki kapitalnym interwencjom Jana Oblaka. Dali się zdominować, ale w przerwie argentyński trener zdołał ich natchnąć i po zmianie stron ruszyli z impetem na Real, remis jest więc sprawiedliwy. Stadion Vicente Calderon przez pewien czas trząsł się wczoraj w posadach, ale koniec końców nie został zdobyty przez piłkarzy Carlo Ancelottiego. To już siódmy mecz z rzędu, w którym Atletico nie przegrało z Realem. Gwiazdy z Bernabeu mogą nabawić się kompleksów, aż dziw, że kiedyś to Los Colchoneros przezywano od sufridores, czyli cierpiętników.

Wtorkowe starcie na Vicente Calderon dało nam obraz tego, jak złudny i niewymierny może być wynik piłkarskiego meczu. Solą futbolu są gole, a w Madrycie nie padł ani jeden, mimo to z pełnym przekonaniem stwierdzam, że oglądaliśmy mecz porywający, prawdziwą piłkarską ucztę.

Taktyka nazywana ”cholismo” to wizytówka Diego Simeone i jego piłkarzy. Charyzmatyczny Argentyńczyk wychodzi z założenia, że jego gracze mają zostawiać zdrowie na boisku, powinni emanować cechami wolicjonalnymi i zaciekle walczyć o każdą piłkę, o każdy skrawek boiska. Tą wolą walki są w stanie nadrobić mankamenty stricte piłkarskie. Tak więc we wtorek przecierałem oczy ze zdumienia, widząc w pierwszej części spotkania drużynę pogodzoną ze swoją niewdzięczną dolą, Atletico pozwoliło Realowi na zbyt wiele, oblężenie bramki Jana Oblaka mogło przyprawić o zawrót głowy. Tak czy inaczej Atletico nie pękło, przetrwało tę nawałnicę i mimo że nie pokazało szczególnie wyrafinowanego futbolu, oprócz efektownej akcji Ardy Turana, który w końcówce meczu zafundował swoim rywalom slalom, z nich robiąc sobie tyczki, nie zaznaczyli się niczym pięknym. Ale Atletico nie jest od piękna, Atletico jest od walki, Mario Mandżukic mocno poniewierany i prowokowany przez piłkarzy Realu szybko zarobił żółtą kartkę, ale Simeone go nie poświęcił. Zakrwawiony piłkarz do końca walczył na boisku jak lew. Oto jest motto Cholo: nigdy się nie poddajemy, zawsze wkładamy wiele wysiłku w swoją grę, choćby on nawet był daremny. Zwróćmy uwagę: drużyna Simeone już definitywnie odpadła z walki o mistrzostwo Hiszpanii, ale i tak nie składa broni.

Na Vicente Calderon w pierwszej połowie wtorkowych zawodów widzieliśmy najlepszą wersję Realu Madryt. Real zdominował środek pola, naskakiwał na rywali, zakładając wysoki pressing, by nie powiedzieć: obłędny. Nawet Sergio Ramos nieraz dopadał do przeciwników, przypłacił to co prawda paroma nierozważnymi zagraniami, ale w ostatecznym rozrachunku jego brawurowe interwencje były dla drużyny owocne. Gra Realu przypominała z grubsza to, co na ogół oferuje nam Atletico, wczoraj też zaoferowało, ale dopiero w drugiej odsłonie rywalizacji. Pierwsze trzy kwadranse należały do Królewskich, nieźle grał Gareth Bale, który na skrzydle parę razy dał się we znaki Rojiblancos, bez wątpienia Walijczyk był najlepszy spośród całego tercetu BBC, Cristiano Ronaldo wsławił się tylko źle wymierzonymi strzałami z rzutów wolnych, natomiast choć roli Karima Benzemy w kreowaniu gry nie należy deprecjonować, to wskutek swoich zakusów do rozgrywania zrobił on wakat w środku ataku, to tam brakowało człowieka, który by akcje wykańczał. Real dominował, ale najgroźniejsze sytuacje stwarzał po strzałach z dystansu, prawdziwe ostrzeliwanie bramki Oblaka nie dało jednak Królewskim prowadzenia, a kreatywny środek pola nie mógł wedrzeć się z piłką w pole karne być może przez pasywność Ronaldo i mało błyskotliwą grę Garetha Bale’a, Benzemy nie liczę, bo on wałęsał się gdzieś koło Jamesa, Modrica i Kroosa. Oczywiście Francuza nie można ganić, bo pewną przewagę jednak zrobił w strefie ataku, tym niemniej nie brał on udziału w żadnej z najbardziej obiecujących akcji Realu.

Cristiano Ronaldo znowu zawiódł. Był taki czas, że Leo Messi przeżywał osobistą gehennę w meczach z Atletico, z czasem jednak zaczął urywać się obrońcom kierowanym przez Diego Simeone i dziś jest dla nich nieuchwytny, powoli z ofiary przemienia się w kata. Ronaldo przeciw Atletico wciąż ma złą passę, jedyne co mu wychodzi w starciach z mniej utytułowanym sąsiadem, to teatralne pady na murawę. Nie wnosi wiele do gry, w mojej opinii można już pokusić się o stwierdzenie, że znalazł się w stanie letargu. Messi taki okres przeżywał około dwa lata, stracił swoją szybkość, tę umiejętność dryblowania w największym gąszczu nóg, ale ostatnio jest jak nowo narodzony, teraz trafiło chyba na Cristiano. Portugalczyk nie stara się już nawet zwodzić rywali dryblingami, często strzela na wiwat, powinien się cieszyć, że Florentino Perez sprowadził na Bernabeu Jamesa i że u jego boku grają tacy piłkarze jak Modric i Kroos, a w odwodzie jest jeszcze co ciekawe najbardziej kreatywny wśród graczy Realu-Isco. Gdyby nie oni, Ronaldo nawet Granadzie pięciu goli by nie strzelił.

Ancelotti nie chciał w meczu z Atletico eksperymentować, ustawienie 4-4-3 jest dla niego świętością. Ktoś może mieć obiekcje, bo pewnie lepiej byłoby zagęścić środek pola i Bale’ a posadzić na ławce, a w jego miejsce do gry desygnować Isco, ale po co ta akademicka debata, Carletto jest uparty i nic się nie zmieni.

Myślę, że Realowi brakuje trochę gracza o charakterystyce Angela Di Marii, takiego który pójdzie czasami na przebój, owszem, chociażby Isco potrafi popuścić wodze fantazji i zagrać wprost olśniewająco, ale brakuje mu tej umiejętności radzenia sobie pod bramką, strzelania goli, pozostali gracze środka pola w drużynie Ancelottiego również mają problem z poważnym zagrażaniem bramce rywala. Lubują się w dostarczaniu najbardziej ofensywnym piłkarzom dopieszczonych podań, a czasem powinni też sami pokusić się o gola.

Rok temu Atletico było zmorą Barcelony, grupa futbolowych rozbitków zjawiła się na Calderon pod kierunkiem Gerardo Martino, Los Colchoneros zmogli Barcę, a fani z Katalonii przeklinali ekipę Diego Simeone. Jednak tamta Barcelona znajdowała się w stanie dekadencji, natomiast dziś jest w uderzeniu i Atletico jej niestraszne. Obecnie to piłkarzom Realu może jawić się w koszmarach sennych.

Odnowiona Barcelona Luisa Enrique w Parku Książąt zrobiła miazgę z PSG, zgniotła drużynę z Paryża. Barca nauczyła się wygrywać dzięki swego rodzaju wyrachowaniu, boiskowemu cwaniactwu i potrafi to robić najmniejszym nakładem sił. PSG przestraszyło się kolosa z Katalonii. Grało apatycznie, bez woli walki, wyglądało to tak jakby piłkarze Laurenta Blanca od początku meczu jechali na oparach. Zwycięstwo 3:1 Barcelony chyba już rozstrzyga kwestię awansu na korzyść przedstawicieli hiszpańskiej piłki. W środę show ukradł Jan Oblak, media madryckie przypisywały mu zasługi za to, że Atletico nie straciło gola na Calderon mimo bombardowania zafundowanego przez Real, dziś na czołówki gazet trafił Luis Suarez, piłkarz wciąż niezupełnie kompatybilny z barcelońskim stylem gry, ale coraz bardziej umacniający swoją pozycję na boisku. Urugwajczyk wirtuozem piłki nie jest, więc Luis Enrique ceni go przede wszystkim za niesamowity chart ducha i niezłomny charakter. Suarez wreszcie wyzbył się pospolitych manier, nie wdaje się w różne scysje na murawie. Wczoraj biegał jak nakręcony, ale często na darmo. Bezsensowne pokonywanie długich dystansów może być przejawem desperacji, Leo Messi najczęściej szuka podaniami Neymara, Suarez może domagać się, by dano mu piłkę, ale wszyscy wiedzą, że nie będzie on wprowadzał w zakłopotanie obrońców rywali z takim wdziękiem jak Neymar właśnie. Czasami jednak coś mu się uda, dwa gole na Etihad Stadium i kolejne dwa wczoraj w Paryżu potwierdzają jego klasę. Spektakularne szarże Suareza wbiły w fotel wszystkich, a David Luiz patrzył na jego solowe popisy ze smutkiem, ale też bezradnością. Aż wierzyć się nie chce, że obrońca trenujący w reprezentacji Brazylii pod ręką Luisa Felipe Scolariego mógł zaliczyć takie klopsy. Nie można jednak go obarczać winą z najwyższą surowością, każdemu może się zdarzyć jakaś wpadka, lepiej podkreślić niewątpliwy instynkt zabójcy Suareza. Tak czy inaczej wydaje się, że aby Barcelona była drużyną w pełni kompaktową i aby wszystkie tryby się zazębiały jak w dobrze naoliwionej maszynie, w Barcy zamiast El Pistolero musiałby być Kun Aguero, on nadaje na tych samych falach, co Leo Messi, poza tym jest znacznie bardziej kreatywny niż Urugwajczyk. Sądzę, że dziś to najlepszy napastnik na świecie.

Barcelona nie grała na maksymalnym poziomie zaangażowania, co wystawia złe świadectwo PSG, bo tak grać nie musiała, niemniej wciąż widać, że Luis Enrique nie ma mocy w środku pola. Andres Iniesta przemyka przez płytę boiska niepostrzeżenie, Xavi Hernandez co prawda wciąż potrafi perfekcyjnie regulować tempo gry, jak choćby wczoraj, nie jest to jednak ten sam geniusz, co przed laty.

AUTOR: Bartłomiej Najtkowski
barteknajtkowski.blox.pl


pubsport.pl