Nisko na nogach!

Pomimo że nie padły jeszcze najważniejsze rozstrzygnięcia na szwedzkich mistrzostwach świata w piłce ręcznej, możemy być mocno rozczarowani występem Polaków. Niezależnie od tego, czy zajmiemy miejsce siódme czy ósme, będzie ono odbierane jako porażka. Turniej był bowiem w naszym wykonaniu niezadowalający. Na pewno nie ochrzcimy go mianem beznadziejnego, ale zacieraliśmy ręce na znacznie więcej, bo na co najmniej półfinał. Jakie elementy złożyły się na obraz, jaki wymalowali swą postawą Polacy na minionym czempionacie? Właśnie takie pytanie powinno w tym momencie paść. Mankamentów było kilka. Przytoczę w nierozbudowanym zestawieniu te, które najbardziej w oczy rzuciły się mnie. Nieistotna jest tutaj kolejność, gdyż to nie ranking błędów, a amatorskie spostrzeżenia. Nacechowane stricte negatywnie, gdyż z wyniku reprezentacji nie można być ukontentowanym, lecz oczywiście w naszej grze doszukałbym się zarazem wielu pozytywów. Jednak nie tutaj i nie teraz.

Co następuje:

1) Dramatyczna postawa w przewadze liczebnej. Ten punkt odwołuje się właściwie do aspektu psychologicznego zawodników, gdyż trudno sportowo wytłumaczyć gorszą grę zespołu, podczas gdy naturalną koleją rzeczy jest łatwiejsze dochodzenie do sytuacji rzutowych właśnie w przewadze. My wtedy traciliśmy więcej, a trafialiśmy mniej. Było to wręcz regułą, co momentami było zatrważające. Dochodziło do paradoksu, że sędzia wyrzucając przeciwnika z boiska, czynił jego drużynie przysługę.

2) Niefunkcjonujący kontratak. Kiedy przechwytywaliśmy piłkę, najczęściej do akcji zabieraliśmy się ślamazarnie. Kontrataki zamiast szybkie i dynamiczne, były więc wolne i ospałe. Niby udawało się rzucić z kontry raz po raz, ale było to stanowczo za rzadko, a ponadto wiele tego typu potencjalnych sytuacji bramkowych zaprzepaściliśmy z powodu zbyt dużej asekuracji.

3) Taktyka na kluczowe spotkanie z Danią. O ile z rywalami z niskiej bądź średniej półki radziliśmy sobie dobrze i wygraliśmy wszystkie spotkania, tak przeciwnicy z górnej okazali się za silni. Ze Szwedami i Chorwatami porażki były kilkubramkowe, lecz z Duńczykami o końcowym triumfie decydowały niuanse. My jednak sami utrudniliśmy sobie sprawę, bo wyszliśmy z nastawieniem, określę to potocznie: wszystko na Bieleckiego. A ten Bielecki rzucał wszędzie tylko nie do bramki. Jego statystyka strzałów w tym meczu (1/6) mówi wszystko. Sztab trenerski podjął ryzykowną decyzję, ale musimy to sobie powiedzieć wprost – nietrafioną.

4) Bielecki bez formy. Rozstrzygnął rzutem w samej końcówce rywalizację z Serbią, lecz nie zamaże to plamy, jaką postawił występem w Szwecji na swojej karierze. Podziwiajmy Bieleckiego za hart ducha, ale nie oszukujmy samych siebie. Jeden z najlepszych polskich szczypiornistów po zeszłorocznej operacji nie jest już postrachem rywali. Wciąż potrafi rzucić silnie z dystansu (seria goli z Chile), ale co lepsi obrońcy wyłączą go skutecznie z gry i pozostanie mu jedynie bombardowanie nieopodal siedzących kibiców.

5) Brak lidera. Gdyby Sławomir Szmal grał w polu i prezentował ten sam poziom co na bramce, to zapewne kłopot rozwiązałby się sam. Jednak nie gra. Zakusy do miana lidera zespołu czynił Tomasz Tłuczyński. Nawet myślałem, że mu się to uda. Już ze Słowacją błyszczał najjaśniej. Obok Szmala najlepszy w naszej ekipie, ale w kluczowych momentach gasł i brakowało mu przebojowości. Chociażby takiej, jaką zwykł prezentować skrzydłowy Francji, Luc Abalo. Ten najlepszy według wielu skrzydłowy świata potrafi zejść czasem nawet do środka i stamtąd szarpnąć się na gola. Takiej nieprzewidywalności w poczynaniach zabrakło Tłuczyńskiemu, by stać się ów liderem z prawdziwego zdarzenia.

6) Po prostu niedobór odwagi. Kto się straty boi, ten zysku nie ogląda. To (nie wiem, czy stare) przysłowie trafnie oddaje powagę sytuacji. Czasami brakowało, żeby najzwyklej w świecie nasi zawodnicy podjęli większe ryzyko. Czy to Patryk Kuchczyński decydując się na rzut z ostrego kąta, czy to Marcin Lijewski nie rezygnując z osławionego dlań rzutu z biodra… i tak można by wytknąć wielu naszym reprezentantom. Odwaga w poczynaniach nie była naszą mocną stroną.

7) Proste błędy. Bywało, że nawet niewymuszone. Wiadomym jest, że zdarza się od święta zgubić piłkę bądź niedokładnie rozrzucić do boku akcję, ale my świętowaliśmy w takim razie nad wyraz często. Seryjne błędy pozwalały niektórym rywalom odskoczyć bądź odrobić do nas stratę.

8 ) Chimeryczność naszych rozgrywających. Żaden nie zagwarantował na tych mistrzostwach trwałej, stabilnej dyspozycji, dzięki której byłby niepodważalnym pewniakiem. Nawet chwalony przed turniejem Jaszka nie zawsze był w formie i obniżał loty, gdy zespół potrzebował go najbardziej. Na pewno te spotkania nie wykreowały go na lidera. Nie rzucił tyle bramek, ile powinien środkowy rozgrywający. Jednak w tej chwili lepszych od niego nie mamy.

Czasami nasze boiskowe poczynania były ubrane w tak infantylne pomyłki, że pozwoliłem sobie zatytułować tekst odrobinę złośliwie. Kto trenował kiedyś piłkę ręczną, na pewno usłyszał z ust trenera zdecydowanym tonem: nisko na nogach! W końcu ktoś musi czuwać nad dogmatami gry obronnej zespołu.


pubsport.pl