Norwegowie nienasyceni, a Słoweńcy w niebie

Zakończyła się najważniejsza impreza tego sezonu – Mistrzostwa Świata w lotach narciarskich. Część indywidualna bardzo mi się nie podobała, zaś drużynowa była naprawdę piękna. Dwa różne bieguny podczas (niestety tylko) dwóch dni rywalizacji. Tak w skrócie można podsumować zmagania na Vikersundbakken. A szerzej? Proszę bardzo.

Ponieważ piątkowe serie zostały odwołane, puszczam je w zapomnienie. Poza tym, wszystko w tym temacie już chyba napisałem. Sobotni konkurs o Mistrzostwo Świata utwierdził mnie w przekonaniu, że majstrowanie belką startową oraz punkty za wiatr to elementy wypaczające rywalizację. Gdy patrzyłem na wyniki I serii – miejsca, odległości i belki startowe, już nie pamiętam, czy załamałem ręce, czy złapałem się za głowę (Fannemel, Koudelka, Morassi, Colloredo…). Brak mi słów.

Z jednej strony taki skoczek musiał mieć szczęście, liczyć na to, aby wiatr nie przeszkodził przy oddaniu skoku, a także żeby jury nie zmieniało rozbiegu przed jego próbą. Taka rywalizacja traci sens i mamy tego dobitny przykład. Z drugiej jednak strony suma sumarum najlepsi okazali się ci, którzy skakali najlepiej i najdalej. Nie zamierzam więc o żadnym z medalistów mówić „przypadkowy”. Zarówno Kranjec, jak i Velta, czy Koch zasłużyli na krążki swoimi skokami. No i gdyby nie ten system, to prawdopodobnie nie udałoby się rozegrać konkursu także i w sobotę.

Już miałem napisać, że Austriacy wypadli znacznie poniżej oczekiwań, ale obronili tytuł drużynowych Mistrzów Świata, więc tego uczynić nie mogę. Po nieudanym (z wyjątkiem M. Kocha) występie indywidualnie, zmotywowali się na następny dzień. Co ciekawe, najlepszy okazał się Thomas Morgenstern, a najgorszy Gregor Schlierenzauer, a spodziewałem się, że będzie dokładnie odwrotnie.

Na podium załapali się ci, którzy oddawali w miarę równe próby, co najwyżej jeden z ośmiu skoków nie wyszedł. Tak było w przypadku Niemców i Mechlera oraz Słoweńców i Sinkovca. Chociaż nie wiem, czy można to tak nazwać, gdyż te próby miały 199.5 metra długości… Dlatego właśnie te reprezentacje zajęły drugie i trzecie miejsca. Pozostałe psuły więcej skoków.

Największymi przegranymi są z pewnością Norwegowie. W tym sezonie już udowodnili, że potrafią drużynowo pokonać Austrię, więc przed zawodami pytano nie: „czy staną na podium?”, a: „czy wygrają?”. Nic z tego nie wyszło, nie ma nawet brązu. Jedynie Rune Velta oddał dwie próby na miarę medalu. Reszta co najmniej raz zawodziła – zarówno siebie, jak i kibiców.

Polacy (oprócz Piotra Żyły) mogą już zaczynać zapominać o weekendzie w Vikersund. Trzeba nazwać rzeczy po imieniu: Nie mamy czterech przynajmniej niezłych lotników, a dodatkowo zawiódł nieco Kamil Stoch. Mam wrażenie, że mamut w Norwegii mu nie leży i woli każdy inny. Z kolei swój talent do największych obiektów odkrył popularny „Wiewiór”, który nie ustał 217 m w Oberstdorfie, by dokładnie tydzień później ustanowić nowy rekord Polski w długości lotu. Kto wie, jak by mu poszło w sprawiedliwych zawodach indywidualnych… Oby utrzymał tę dyspozycję do Planicy, wtedy się przekonamy.

W nawiązaniu do tytułu: Najbardziej szczęśliwi z Vikersund wyjadą Słoweńcy, którzy spisywali się przez całe mistrzostwa wspaniale. Zasłużenie zostali za to wynagrodzeni brązem drużynowym. Zastanawiałem się, czy ćwiczyli wcześniej w Planicy, ale wydaje mi się, że ani tam skocznia niegotowa, ani nie było na to czasu. Rywale muszą uważać, gdyż podopieczni Gorana Janusa będą jeszcze groźni w końcówce tego sezonu, a przecież ostatni (super) weekend odbędzie się w ich ojczyźnie, na Letalnicy.

Niezadowoleni mają prawo być przede wszystkim Norwegowie. Niemal wszyscy. Organizatorzy również, bo do skutku doszło tylko 50% zaplanowanych serii indywidualnych. Ponadto, nie padł rekord świata, na co się przygotowali (jedną z przyczyn oczywiście regulowanie długości najazdu, ale to jest oczywiste). Sztab szkoleniowy cieszyć się może ze srebrnego medalu Rune Velty, lecz czy z czegokolwiek jeszcze? Oni pewnie też liczyli na co najmniej jedno złoto.

Reasumując, to były średnie mistrzostwa. Zdenerwowały mnie w piątek i sobotę, a rozradowały w niedzielę. Wszyscy chcieliśmy, żeby każdy dzień rywalizacji wyglądał tak, jak ostatni – piękna pogoda, dalekie skoki, radosna atmosfera. Szkoda, że udało się tylko raz.

Już teraz cieszę się na pasjonującą końcówkę tego sezonu. Walka w Pucharze Świata jest zacięta, a do końca tylko Turniej Nordycki i Super Weekend w Planicy, czyli łącznie 7 konkursów, z czego 5 indywidualnych. Jeżeli tego nastroju nie zaburzy nam wiatr, ani sędziowie, to będzie to jeden z piękniejszych i bardziej emocjonujących sezonów ostatnich lat.


pubsport.pl
Krzysztof Sędzicki
Uczeń I LO w Łodzi. Już jako przedszkolak oglądałem transmisje sportowe w telewizji. Kilka lat pograłem w koszykówkę, ale nie spodobała mi się i już pod koniec gimnazjum przerzuciłem się na amatorską odmianę siatkówki i skoku wzwyż. Pasjonuję się wieloma dyscyplinami, przede wszystkim piłką nożną, siatkówką, formułą 1 i skokami narciarskimi. Czasami lubię też pooglądać inne sporty, np. koszykówkę, biathlon, tenisa, snookera, darta... Nie ma tygodnia, żebym czegoś nie obejrzał! Tak, uznawaj mnie za sportowego maniaka! Dobrze mi z tym! W przyszłości chciałbym zostać dziennikarzem - komentatorem sportowym. Póki co, próbuję swoich sił na kilku frontach - na blogu (sedzik.blox.pl), tele-sport.pl, TakSięGra TV i właśnie tu, na Pubsport.pl, gdzie piszę artykuły, felietony, relacje i robię kilka rzeczy, których nie widać gołym okiem, gdzieś tam "za kulisami".
http://sedzik.blox.pl