O honor angielskiej piłki

Premier League  – najlepsza liga świata, gdzie przewalają się największe pieniądze za największych piłkarzy. Każdy wybitny piłkokopacz jeśli tylko nie upodobał sobie muraw katalońskich, albo gra w Anglii, albo grał, ewentualnie zagra. Na przestrzeni ostatnich lat Anglia stała się istnym futbolowym piedestałem. Tym czym dla koszykówki NBA, dla hokeja NHL,  dla siatkówki  Serie A etc.

Aż trudno sobie wyobrazić, że już dziś, najdalej za dwa tygodnie reprezentanci tejże najeżonej przepychem i  bogactwem ligi mogą zostać wyproszeni z innego piedestału – Ligi Mistrzów, którą wydawało się, że już za chwilę zmonopolizują.  W latach 2007-2009 Anglicy dotaczali do półfinału najważniejszych europejskich rozgrywek po trzy drużyny. W 2008 roku o tytuł na moskiewskiej ziemi zagrały Chelsea i Manchester. Rok później w Rzymie byłoby tak samo, gdyby nie dziwne zachowanie pewnego Norwega z gwizdkiem w zębach na Stamford Bridge. Eksperci w Europie byli pewni, że nadciąga okres wieloletniej i pełnej dominacji Wyspiarzy, którym żadna inna liga nie była w stanie się postawić. W Hiszpanii o lidze nie można mówić, we Włoszech regres, Bundesliga prze do przodu z niesamowitą dynamiką, ale do Premier League jeszcze jej bardzo daleko.

Jaka ta piłka dziwna, jak wiele potrafiło się zmienić w ciągu raptem dwóch lat. Na przodownictwo angielskiej ligi jeszcze nikt nie nastaje, bo nikt nie jest w stanie nadążyć za nią finansowo, ale na dzień dzisiejszy arena europejska pokazuje, że to niekoniecznie na Wyspach najlepiej kopie się piłkę. Ostatnie bezpośrednie potyczki pokazują, że Real i Barcelona stworzyły drużyny bliższe ideału niż te na Wyspach, City zostało wyrzucone za burtę Ligi Mistrzów przez włoskie Napoli, a Milan niemiłosiernie pobił Arsenal . Gdzie szukać przyczyn oklapnięcia angielskiej supremacji? Odpowiedź wydaje się prosta, mianowicie za wszystkim stoi jednoczesny kryzys  angielskich kolosów. Kibice zachwycają się tym, iż na starcie obecnego sezonu do walki o najwyższe cele z realnymi szansami nawet na mistrzostwo stanęło sześć ekip, a w trakcie kampanii doskoczyło do nich Newcastle. Jest to skutek wyrównania się poziomu Premier League. Mamy  coraz więcej meczów topowych. Dwa lata temu spotkanie Machesteru City z Tottenhamem nie elektryzowało tak jak dziś. Jednak rozszerzenie się angielskiej czołówki nie jest tylko wynikiem topienia wielkich pieniędzy przez arabskich właścicieli The Citizens czy też świetnej pracy jaką wykonał Harry Redknapp w Londynie. Główną przyczyną takiego stanu rzeczy są moim zdaniem mniejsze lub większe kłopoty tych, którzy dotąd dzielili i rządzili.

Manchester United nie do końca poradził sobie ze zmianą pokoleniową w zespole i przecenił możliwości swoich półrezerw (bo nikogo oprócz Kuszczaka nie można nazwać w MU w pełni rezerwowym) w wyniku czego w Lidze Mistrzów już go nie ma. O kłopotach Arsenalu pisałem szeroko w poprzedniej notce. Tam już nikt nie pamięta jak puchar wygląda, a latem doprowadzono do istnej autodestrukcji. City przypomina walec niszczący wszystko co spotka na swej drodze. Manciniemu wreszcie udało się zbudować ze swoich superdrogich podzespołów superwydajną maszynę. W tym roku zabrakło jednak doświadczenia na europejskich boiskach. Widać było, że zderzenie z innymi kulturami piłkarskimi nie poszło jak po maśle. Grającemu futbol okrutnie bezwzględny Napoli urwali tylko punkt. Problemy Liverpoolu mają inną genezę, są pochodną zbytniego zaufania do Beniteza i zaczęły się dużo wcześniej. Doskoczenie do czołówki większej liczby drużyn nie pomaga podopiecznym Kenny’ego Dalglisha w powrocie na salony, choć The Reds powoli wychodzą na prostą. Chelsea zmianę pokoleniową przeprowadza bardzo niepłynnie, przede wszystkim za późno i nie z tej strony co trzeba, bo osadziła na ławce trenerskiej trzydziesto parolatka , którego nie wszyscy się słuchają, a sam chyba nie ma gotowego pomysłu na grę drużyny. Efektem największy kryzys w erze Abramowicza.

I to sprawie Chelsea przyjrzę się dzisiaj bliżej, bo za kilka godzin to ona właśnie stanie przed misją uratowania honoru angielskiej piłki. Byłoby rzeczą co najmniej sensacyjną, gdybyśmy po raz pierwszy od szesnastu lat nie mieli angielskiej ekipy w ćwierćfinale Ligi Mistrzów. Misja ta trafiła się Londyńczykom w najmniej odpowiednim momencie. The Blues ostatnie ligowe zwycięstwo zaliczyli 14. stycznia. Ostatnio nie poradzili sobie na własnym boisku z pierwszoligowym Birmingham, a kilka dni wcześniej po katastrofalnej grze ulegli Evertonowi co było ich szósta porażką w obecnym sezonie ligowym.

W świetle powyższych faktów nie można od Chelsea wymagać, aby łatwo rozprawiła się z Napoli. Edinson Cavani w wywiadzie mówi: „Let’s destroy english football”.  Wypowiedź dosyć buńczuczna, ale bardzo znamienna, pokazująca, że i Włosi zdają sobie sprawęz tego  co się może w ciągu najbliższych dni wydarzyć. Dla Serie A, która co dopiero boleśnie osunęła się w rankingu UEFA tracąc jedno miejsce w europejskiej elicie, wyeliminowanie z gry Anglików byłoby sprawą kapitalną, sygnałem, że jeszcze Włochy nie zginęły.  Wypowiedź urugwajskiego napastnika pokazuje również, że Chelsea nikt sie już nie boi mimo, że to firma od takiego Napoli większa, markę ma bardziej uznaną i nazwiska drukowane na koszulkach głośniejsze. Ekipa z zachodniego Londynu nigdy Ligi Mistrzów ostatecznie nie podbiła, ale zawsze zachodziła daleko, odpadała z hukiem, często w atmosferze wielkich kontrowersji, bo też jej porażki były milimetrowe. W ostatnich dwóch latach działo inaczej. Londyńczycy przegrywali oba mecze z United, a wcześniej z Interem. Od pamiętnego, owianego legendą meczu z Barceloną, który poruszyłem w pierwszym akapicie zaczęły się nawarstwiać ich problemy. Chelsea była coraz bardziej podatna na kryzysy, nie wszyscy trenerzy dawali radę ogarnąć szatnię przepełnioną największymi nazwiskami światowego futbolu, konieczność zmiany warty na kluczowych pozycjach dostrzeżono zbyt późno. Teraz robi sie ją na szybko nie patrząc na koszty.  Chelsea na rynku transferowym przypomina jeźdźca bez głowy. Większość transferów albo udaje się połowicznie albo są to posunięcia całkowicie nietrafione. Przez ostatnie cztery lata z Chelsea pracowało pięciu trenerów. Każdy zostawił po sobie trochę bałaganu  w szatni. Nie powinno według mnie być w  niej miejsca dla niektórych graczy. Można się zastanawiać co w Chelsea robią jeszcze John Obi Mikel czy Salomon Kalou, którzy żadnego postępu nie poczynili, a ściągał ich jeszcze Jose Mourinho na kilka tygodni przed zwolnieniem. Trener Villas-Boas zaludnia szatnię swoimi rodakami lub zawodnikami których dobrze zna. Dlatego są tam jeszcze wieczny rezerwowy Paulo Ferreira czy też Jose Bosingwa, który od dłuższego czasu gra poniżej. Można zaryzykować stwierdzenie, że Raul Meireles trafił do Londynu tylko i wyłącznie z powodu braterstwa krwi z trenerem The Blues. Ściągnięty przez Ancelottiego David Luiz miał wejście smoka w ubiegłym sezonie i pewnie będą z niego ludzie, ale na razie cierpi na zdecydowane braki w edukacji taktycznej.  O Torresie szkoda nawet wspominać. W jego grze wszystko jest super dopóki nie trzeba skierować piłki do siatki. Hiszpan wyraźnie zapomniał na czym polega sztuka zdobywania bramek. Jest przykładem tego jak wielką rolę w życiu piłkarza odgrywa psychika i pewność siebie. To wszystko zbiegło się w czasie z obniżeniem lotów przez ikony Chelsea. Terry’emu zdarzają się śmieszne błędy, Lampard podaje już tylko do tyłu, a Didier Drogba albo nie dostaje piłek wcale, albo jak w meczu z Birmingham kierowane są do niego wszystkie co nie trudne do odczytania dla obrońców.

Cały dwumecz może rozegrać się na skrzydłach. To jest największa broń Napoli i jedyna broń Chelsea. Prawdopodobnie o wyniku zadecyduje dyspozycja dnia kwartetu Sturridge – Mata- Hamsik-Cavani. Jeżeli chodzi chodzi o skrzydłowych Chelsea to obaj mają być przyszłością tego klubu. Na dzień dzisiejszy to najmocniejsze figury w talii Villasa-Boasa.  Dzisiejszy mecz zadecyduje też o jego przyszłości. Portugalczyk chwali się, że ma wsparcie Abramowicza, ale Carletto przed rokiem w chwilach kryzysu wypowiadał się podobnie, a dziś jest już po innej stronie kanału La Mache.  Z racji na młody wiek, Andre początkowo był wspierany, ale ostatnio stracił resztki wsparcia kibiców, którego u starszyzny drużyny nie miał ponoć nigdy. W sobotę kibice na Stamford Bridge śpiewali „Jose Mourinho, Jose Mourinho”. Villas-Boas ma ostatnią szansę na to by udowodnić, że The Special One isn’t only one.


pubsport.pl
Krystian Nowak
Mam 16 lat. Miłością do piłki zaraziłem się podczas EURO 2004, które nauczyło mnie futbolu. Piłkarzem już raczej nie zostanę, choć szansa na to przez moment była. Chciałbym w przyszłości być dziennikarzem sportowym, bo wydaje mi się , że na sporcie, a szczególnie na piłce, znam się bardzo dobrze. Ponadto byłaby to chyba jedyna praca, którą wykonywałbym z przyjemnością. Od lipca 2010 roku swoimi spostrzeżeniami na temat piłkarskiego świata dziele się na moim blogu, gdzie serdecznie zapraszam: http://prideoflondon.blox.pl/html
http://prideoflondon.blox.pl/html