O tych, którzy utarli nosa faworytom w LM

To, że o 3. kolejce Ligi Mistrzów nic nie napisałem, nie znaczy, że jej nie oglądałem. Nie mogłem jednak dopuścić do tego, aby przemilczeć drugą serię spotkań pod rząd. Na szczęście śledziłem na żywo spotkania pomiędzy tymi samymi drużynami, co przed dwoma (a nawet już prawie trzema) tygodniami, więc o analizę będzie mi łatwiej.

Ogromny sukces BVB

Podejrzewam, że gdyby ktoś piłkarzom z Dortmundu powiedział, że w dwóch meczach z Realem zdobędą 4 pu”oczka”, wzięliby je w ciemno. Sam uważałem, że podopiecznych Jurgena Kloppa stać będzie co najwyżej na remis na własnym obiekcie. Tymczasem mało brakowało, a wzbogaciliby się na Królewskich maksymalną kompletem punktów! To może być koniec koszmarów Borussii o kiepskiej dyspozycji w europejskich pucharach po powrocie do nich (czego nie można powiedzieć o Manchesterze City).

Pierwszy mecz na Signal Iduna Park był naprawdę wyrównany, ciekawy i emocjonujący (ewentualnie z wyłączeniem ostatniego kwadransu). Mistrzowie Niemiec niesieni fenomenalnym dopingiem własnej publiczności stwarzali naprawdę groźne sytuacje. W każdym razie na pewno groźniejsze niż ich rywale. Jednakże podopieczni Jose Mourinho pokazali, że w żadnej chwili nie należy ich lekceważyć. Chodzi mi tu oczywiście o odpowiedź Cristiano Ronaldo na gola Roberta Lewandowskiego.

Lecz w drugiej połowie gospodarze podnieśli się i dołożyli kolejne trafienie. Bardzo podobało mi się ich podejście do tego meczu. To było coś w stylu: „Nie mamy nic do stracenia, a czujemy swoją szansę!”. Zdecydowanie opłaciło się podjęcie swoistej sportowej wojny z Królewskimi. Nie chcę się rozpisywać o tamtym meczu, bo to już taka musztarda po obiedzie. Pora na kilka myśli o wtorkowym, rewanżowym starciu na Santiago Bernabeu.

Początkowe minuty ekipa Mistrzów Hiszpanii rozegrała trochę po barcelońsku. Usiedli na rywalu, wymieniali dużo podań, ale nie byli w stanie stworzyć sobie poważnej akcji bramkowej. Zdecydowanie takie kreowali sobie dortmundczycy. Wykazywali oni większą ochotę do walki, co przejawiało się w ich jakości stwarzanych przez nich sytuacji podbramkowych. Dużo biegali, ich gra miała naprawdę mocne tempo, gol dla nich wydawał się kwestią czasu. Co prawda w końcu padł, ale nie spodziewałem się, że podobnie jak przed dwoma tygodniami, Real znów szybko zniweluje straty. To, iż nikt nie wyskoczył do Pepe nie jest dla mnie zaskoczeniem. Obrońcy po prostu się bali zniszczeń, jakich mógłby dokonać Portugalczyk przed, w trakcie i po locie do piłki…

Za bramki, które tracili podopieczni Jose Mourinho odpowiedzialność ponosi przede wszystkim Alvaro Arbeloa. Prawy obrońca Realu w obu sytuacjach miał najbliżej do uderzającego, a jakoś nie reagował lub reagował za późno. Coś mi się wydaje, że te plotki o Łukaszu Piszczku i transferze na Santiago Bernabeu nie są bezpodstawne. The Special One przyznał się przecież, że wie, kiedy polskiej trójce z Dortmundu kończą się kontrakty…

Wróćmy jednak do spotkania. Po przerwie istniał już tylko jeden zespół. Półfinaliści ostatniej edycji LM jakby zostali uświadomieni przez swojego trenera, jak dużo już stracili z Borussią i że nie mogą już stracić więcej. Bodźcem pobudzającym było wprowadzenie Jose Marii Callejóna, chociaż jemu samemu zabrakło skuteczności. Na obrazie gry zarysowały się zdecydowane zamiary defensywne gości (coraz bardziej ściśnięci na małej przstrzeni) i ofensywne gospodarzy (obleganie pola karnego przeciwników).

Gdy emocje opadły, nadszedł rzut wolny dla piłkarzy z Madrytu. Pewnie wielu sądziło, że wykonywać go będzie CR7, ale to spotkanie kompletnie mu nie wyszło. Swoim występem jeszcze bardziej podbudował morale Łukasza Piszczka. Jednak stały fragment gry bił Mesut Oezil i był to strzał w dziesiątkę, a raczej w bramkę Romana Weidenfellera. To się po prostu musiało tak skończyć. Borussia za świetną i dzielną postawę została nagrodzona punktem, choć równie dobrze mógłby on zostać zabrany, jak i pomnożony razy 3. Tu naprawdę każdy scenariusz wchodził w grę.

Czy oglądaliśmy już maksimum możliwości BVB? Jeśli tak, to myślę, że podopieczni Jurgena Kloppa mogą mierzyć wysoko. Do wyjścia z grupy wystarczy im jeszcze tylko punkt. Oznacza to, że są bliscy odprawienia Manchesteru City i Ajaxu Amsterdam. Ktoś powie, że to niby nie jest niespodzianka, ale spójrzmy też na to, jaki postęp wykonał zespół Mistrza Niemiec w ostatnim czasie w europejskich pucharach. Nawet jeśli przypłacił to nieznacznym obniżeniem lotów w Bundeslidze, to chyba teraz tego nie żałują, bo mają szansę na naprawdę wielki sukces w tym sezonie.

Szachtar, któremu należało się więcej

Na 23 października wybrałem oglądanie starcia Szachtara Donieck z Chelsea głównie dlatego, że dawno nie oglądałem podopiecznych Mircei Lucescu w akcji. Powodem numer dwa była średnia dyspozycja The Blues i dobra forma „Górników”. W dodatku mecz odbywał się na Donbass Arenie, a wiadomo, że to również był atut przeciwników obrońców trofeum.

Nad ich grą można było się po prostu rozpływać. Ci piłkarze świetnie się rozumieją i odnajdują, dlatego ich mocnym atutem jest zespołowość. Nieistotne, że jest to międzynarodowa mieszanka piłkarzy z brazylijczykami na czele. Oglądanie tej drużyny w akcji jest naprawdę czystą przyjemnością.

Przed dwoma tygodniami odnieśli absolutnie zasłużone zwycięstwo. Od początku ustawili sobie spotkanie i konsekwentnie nie pozwalali się rozhulać rywalom, którzy i tak tamtego wieczoru byli tylko tłem. Jedynie kolejny błysk Oscara spowodował, że nie wyjechali ze wschodu Ukrainy z „zerem z przodu”.

Za to spotkanie na Stamford Bridge było bardziej zacięte. Na pewno można o nim powiedzieć, iż było godne Ligi Mistrzów. Już pierwsze 10 minut było ekscytujące ze względu na bramki zdobyte przez oba zespoły. Po kilkunastu minutach przyszedł taki moment, że na parę chwil tempo gry opadło i zacząłem się zastanawiać, dlaczego znów mamy tak wyrównany mecz. Czy to Mistrz Ukrainy po raz kolejny przypomina o sobie Europie, czy też triumfator poprzedniej edycji nie radził sobie najlepiej. Myślę, że częściowo i jedna i druga odpowiedź byłaby poprawna. Podopieczni Roberto Di Matteo nie grają niczego przebojowego. Gdyby nie Andriy Pyatov i jego fatalne zachowanie, pewnie znacznie trudniej przyszłoby im zdobycie dwóch bramek przeciwko Szachtarowi.

Znów mieliśmy okazję zobaczyć geniusz Oscara. Niby to takie nic, bo aby przelobować bramkarza z 40 metrów trzeba tylko dokładnie przymierzyć. No właśnie – „tylko”? Aby tak trafić też trzeba przecież mieć świetne wyszkolenie techniczne. Założę się, że znaczna większość polskich piłkarzy miałaby problem z trafieniem w światło bramki w takiej sytuacji…

Pomimo, że goście otrzymali trafienie do szatni, zdołali się po nim szybko podnieść. Zaraz po przerwie wyrównali stan gry i było 2:2. Następnie oglądaliśmy wymianę ciosów. Podobało mi się to, że i jedni i drudzy odpuścili sobie trzymanie się założeń taktycznych, a grali do przodu. W ten sposób tworzy się najpiękniejsze widowiska. Cudownie jest przyglądać się, ja piłka wędruje od jednego pola karnego do drugiego bez specjalnego rozciągania, przeciągania w czasie.

Ostatecznie jednak to Chelsea wygrała 3:2, bo – jak to mówię – najostatniejszą okazję wykorzystał Victor Moses. Tak, mnie też przypomniał się Didier Drogba. W pierwszej chwili myślałem nawet, że to naprawdę był on. Warto zaznaczyć, że kilka chwil wcześniej swoje piłki meczowe mieli Srna i Luiz Adriano. Mimo wszystko sprawiedliwym wynikiem byłby remis, nawet 4:4. Wielka szkoda, że możliwość emocjonowania się tym meczem miała tylko wąska grupa posiadająca platformę n (no i rzesza sprytnych internautów, dla których mecz Celticu z Barceloną nie był wystarczająco atrakcyjną propozycją na środowy wieczór).

W związku z powyższymi roztrzygnięciami, sytuacja w grupie E zrobiła się bardzo ciekawa. Myślę, że również możnaby ją nazwać grupą śmierci, bowiem ktoś z trójki Chelsea, Szachtar, Juventus będzie musiał zadowolić się grą w LE. A duński Nordsjaelland lubi płatać figle utytuowanym rywalom, jak uczynił to w październiku u siebie remisując ze Starą Damą. Z pewnością bacznie będę obserwować rozwój wypadków w gronie tych zespołów. Te dwa mecze bardzo mnie zachęciły!

Ach, Ligo Mistrzów, naprawdę jesteś kochana! Już nie mogę doczekać się Twojej kolejnej wizyty. Mam dylemat, które Twoje oblicze (czyt. który mecz) mam podziwiać we wtorek i środę za 2 tygodnie…


pubsport.pl
Krzysztof Sędzicki
Uczeń I LO w Łodzi. Już jako przedszkolak oglądałem transmisje sportowe w telewizji. Kilka lat pograłem w koszykówkę, ale nie spodobała mi się i już pod koniec gimnazjum przerzuciłem się na amatorską odmianę siatkówki i skoku wzwyż. Pasjonuję się wieloma dyscyplinami, przede wszystkim piłką nożną, siatkówką, formułą 1 i skokami narciarskimi. Czasami lubię też pooglądać inne sporty, np. koszykówkę, biathlon, tenisa, snookera, darta... Nie ma tygodnia, żebym czegoś nie obejrzał! Tak, uznawaj mnie za sportowego maniaka! Dobrze mi z tym! W przyszłości chciałbym zostać dziennikarzem - komentatorem sportowym. Póki co, próbuję swoich sił na kilku frontach - na blogu (sedzik.blox.pl), tele-sport.pl, TakSięGra TV i właśnie tu, na Pubsport.pl, gdzie piszę artykuły, felietony, relacje i robię kilka rzeczy, których nie widać gołym okiem, gdzieś tam "za kulisami".
http://sedzik.blox.pl