Odwieczna rywalizacja

Obecnie każdy cywilizowany człowiek wie o pojedynku wioślarskim Oxford – Cambridge. Elektryzuje on całe Wyspy, na ostatnim wyścigu pojawiło się ćwierć miliona kibiców. Owa rywalizacja obrosła już legendą, przeszła do historii i wciąż jest pielęgnowana. To materiał na niejedną pracę naukową czy książkę. Młodociany i niesystematyczny gryzipiórek postara się znaleźć kilka nader frapujących ciekawostek.

Dla Polaków i reszty świata Boat Race (tak po angielsku nazywa się ta impreza), to przede wszystkim piękne obrazki. W Anglii larum co do sensu tych zawodów osiąga kolosalne rozmiary. Przeciwnicy uważają to za ikonę burżujstwa żaków, których rodzice są niezdrowo bogaci. Sądzą także, iż to gra pozorów. Zwolennicy uważają regaty za jedne z ostatnich niekomercyjnych, amatorskich zjawisk w sporcie, mocno wpisanych w historie narodu brytyjskiego.

Po pierwsze, w latach 2010- 2012 w głównej nazwie regat występowała nazwa sponsora, co jest poważną rysą na nieskazitelnym wizerunku tych zawodów. Przymioty krajowy i amatorski też są przesadzone. W ostatnich latach masowo występują tam obcokrajowcy. Co więcej, nie tylko obcokrajowcy, ale i profesjonaliści.

Nie należy zbytnio uogólniać. W każdym razie jest wśród uczestników jakiś tam procent amatorów, którzy naprawdę wylewają z siebie siódme poty, by w ogóle znaleźć się w ostatecznej ósemce.  Eliminacje zaczynają się na pół roku przed zawodami. Żeby dostać się do tej elitarnej ósemki należy reprezentować poziom krajowy. Na nazwę Boat Race każdemu brytyjskiemu chłopakowi zapala się czerwona lampka i czym prędzej leci zapisać się na testy wytrzymałościowe. Te jednak wytrzymuje garstka. Klaruje się wąska grupa 20 osób, które zaczynają intensywnie pracować. Treningi odbywają się dwa razy dziennie i przybierają różne formy. Siłownia, hala sportowa, ale obowiązkowy przejazd na akwenie. Żadnego znaczenie ma, czy to mróz, deszcz, upał (w Anglii to mocno wątpliwe ;)), trzeba ciężko harować. A znajdź tu czas na naukę ! Normalnemu człowiekowi żyć by się odechciało, tym bardziej wielki pokłon dla tych chłopaków.

Z aprobatą i zdziwieniem odebrałem fakt, że Polak też startował w tych zawodach. Michał Płotkowiak robił doktorat z inżynierii biomedycznej w Oxfordzie i załapał się do tej elitarnej grupy, co było jego wielkim marzeniem już od dzieciństwa. Ten wspaniały mężczyzna w wywiadach  wspomina także o rygorze, jaki panuje w grupie. Zero alkoholu, imprez, jakichkolwiek większych rozrywek. Pan Michał dla ogółu jest osobą anonimową, ale od niedawna jest mężem Julii Michalskiej, która zdobyła brąz na igrzyskach w Londynie wespół z Magdaleną Fularczyk w dwójce kobiet.

Moim zdaniem warto pielęgnować piękne tradycje. W tym przypadku jestem absolutnym konserwatystą. Pojedynek Oxford -Cambridge z biegiem czasu, wszechogarniającą komercją, traci trochę na swojej nieskazitelności, prostocie i pięknie. Czytając i słysząc o tym przykrym zjawisku też miałem mieszane uczucia, ale gdy przeczytałem rozmowę z Michałem Płotkowiakiem, uwierzyłem, że te regaty mają sens. Zabrzmiało trochę patetycznie, ale ten wyścig w ostatnią niedzielę marca ma znaczenie dla tych dwóch załóg. Wykonują olbrzymią, nadludzką wręcz pracę, a wygrana z odwiecznym rywalem jest dla nich przepiękną wiktorią, o której będą pamiętać przez całe swoje życie. To zwycięstwo, dla którego tak ciężko pracowali, wyrzekli się wszystkich rozrywek, podniet, zwykłego codziennego leniuchowania. To jest coś niebywałego i ma niesamowity, i piękny wydźwięk.

O kulisach przygotowań przeczytałem  w wypowiedzi Michała Płotkowiaka  dla „Dużego Formatu” z 3 stycznia 2013 roku.


pubsport.pl
Bartosz Śliwicki
Uczeń gimnazjum, mieszkaniec Sompolna, fanatyk sportu. Lubi futbol w najwyższym wydaniu, ale nie gardzi biegami i skokami w zimę. Często ślęczy nad tenisem, namiętnie śledzi poczynania Radwańskiej i Janowicza. Pseudo-erudyta, nieokrzesany humanista, ministrant, ironista, leń i naczelny krytyk wszystkiego. Gustujący w refleksyjnych filmach oraz Depeche Mode. Żarliwy entuzjasta reportaży i Jerzego Pilcha.