Olimpijskie historie: Polska zespołowa

Igrzyska Olimpijskie w Londynie już za niecałe 300 dni i coraz częściej to one stanowią motyw przewodni wielkich międzynarodowych imprez sportowych. Co rusz słychać hasło po niekoniecznie wymarzonym występie – „ale przynajmniej jest kwalifikacja olimpijska”. Liczba polskich sportowców, którzy już mogą szykować formę na sierpień przyszłego roku stale się powiększa. No ale na razie mówimy o wioślarstwie, czy zapasach, a nie wiemy jeszcze nic o kwalifikacjach w sportach drużynowych. Ale o tym dzisiaj za dużo nie będzie. Dziś kawałek historii. Może nie nazbyt bogatej, ale wstydzić chyba się nie musimy.

Wraz z pierwszym polskim udziałem na Letnich Igrzyskach Olimpijskich zaliczyliśmy też debiut drużynowy. Polscy piłkarze nożni przyjechali do Paryża gdzie od razu trafili na Węgrów. Rok 1924 to jeszcze nie były czasy wielkich Madziarów, ale i tak szybko wróciliśmy do domu przegrawszy zero do pięciu. W tamtym zespole grał jeden z najlepszych polskich sportowców dwudziestolecia międzywojennego – Wacław Kuchar. Reprezentował on Polskę (ale nie na IO) także w lekkoatletyce, narciarstwie, hokeju na lodzie i łyżwiarstwie szybkim. Z resztą uprawiał też niemało innych dyscyplin. Dzięki różnym sukcesom został w 1926 roku laureatem pierwszego w historii plebiscytu Przeglądu Sportowego na najlepszego polskiego sportowca. A potem został głową sportowego rodu, którego najznamienitszym przedstawicielem jest obecnie kierowca rajdowy Tomasz Kuchar – wnuk Wacława. Ze znanych nazwisk można jeszcze wymienić związanych do dziś w różnych formach z krakowskimi klubami Józefem Kałużę i Henrykiem Reymana.

Cztery lata później w St. Moritz mieliśmy debiut zimowy – nasi hokeiści w Szwajcarii zremisowali 2:2 ze Szwecją, polegli 2:3 z Czechosłowacją co spowodowało odpadnięcie w pierwszej fazie. Cztery lata później igrzyska były w Lake Placid. Polacy pofatygowali się za ocean gdzie byli jedną z czterech ekip. Z każdym z rywali zagrali po dwa spotkanie. W sumie sześć. Niestety sześć porażek. Stosunek bramek 3:34. Auć.

Debiuty mamy odhaczone, czas na pierwsze osiągnięcia. Tymi są medale, ale warto jeszcze wspomnieć o występie naszych kopaczy w Berlinie, w 1936 roku. Tym razem udało się nam pokonać Węgrów w pierwszej rundzie. Następnie był ćwierćfinał, a w nim na przeciwko Polaków sami Brytyjczycy. Wygraliśmy 5:4 mimo prowadzenia 5:1 20 minut przed końcem. Musiało więc być gorąco. W półfinale niestety była porażka z Austrią 1:3, zaś w walce o brąz mimo utrzymującego się przez niemal całe spotkanie remisu 2:2 nie udało doprowadzić się do dogrywki. W 86 minucie niejaki Arne Brustad zdobył swoją trzecią bramkę w tym meczu dając Norwegii brąz zaś sobie samemu sławę w wyniku której można informacje o nim znaleźć nawet na polskiej Wikipedii. Naszym bohaterem byli wówczas Gerard Wodarz, który w meczu z Brytyjczykami zaliczył hat-tricka w dziesięć minut. No, może trochę więcej, bo w pierwsza z jego bramek padła przed przerwą, a dwie kolejne tuż po. W całym turnieju Wodarz zdobył pięć bramek, co dało trzecie miejsce w klasyfikacji strzelców. Ex aequo z Brustadem.

Dobra – czas na medale. Szybko przenosimy się do Tokio, do roku 1964. Wówczas na Igrzyskach Olimpijskich zadebiutowała siatkówka, a wraz z nią nasza reprezentacja pań. I nasze panie przywiozły z dalekiej Japonii brąz ulegając tylko gospodyniom i naszym przyjaciółkom zza wschodniej granicy. Z ciekawostek można napisać że w całym turnieju (6 drużyn, system ligowy) tylko jedno spotkanie nie zakończyło się wynikiem 3:0. Był to mecz Polek, które urwały seta mistrzowskim Azjatkom.

4 lata później w Meksyku sytuacja na podium była podobna, ale tym razem to do ZSRR powędrowało złoto, zaś do Japonii srebro. Jedną z naszych medalistek z Meksyku jest Barbara Hermel-Niemczyk – jedna z żon Andrzeja Niemczyka i matka Małgorzaty Niemczyk, która medalu olimpijskiego niestety nie zdobyła, tak samo jak jakakolwiek inna polska siatkarka niegrająca w dwóch wyżej wspomnianych imprezach.

W końcu doczekaliśmy się na pierwsze złoto zespołowe. Rok 1972, Monachium i dość dobrze znana historia ekipy Kazimierza Górskiego. Łatwe zwycięstwa z Kolumbią i Ghaną, trochę cięższe z NRD, remis z Danią, zawsze cieszące pokonanie ZSRR i rozwałka Maroka. Finał z Węgrami – a to już były Te Węgry. No ale była i wówczas Ta Polska. Do przerwy 0:1, ale potem Deyna x2, tytuł króla strzelców dla niego i złoto dla Polski.

Kolejne igrzyska – kolejne sukcesy. Rok 1976, czyli Montreal kojarzy się polskiemu kibicowi, całkiem słusznie z resztą, głównie ze złotym medalem ekipy Huberta Jerzego Wagnera i finałowej wiktorii z ZSRR, kiedy to mieliśmy w Polsce noc podczas której mało kto spał. Wobec czegoś takiego można nawet zrozumieć że zapomina się trochę o piłkarzach ręcznych. Ci wszak z radzieckimi przyjaciółmi nie wygrali (pewnie dlatego że układ turniejowy takiego meczu nam nie przyniósł). Przegrali za to z Rumunią, ale była to jedyna nasza porażka w tamtym turnieju. W walce o brąz pokonaliśmy Niemców z Zachodu i brąz był nasz. Jak na razie jest to jedyny olimpijski krążek w historii polskiej piłki ręcznej. Srebro naszych piłkarzy nożnych jest już trochę częściej wspominane, ale takie już po prostu miejsce piłki nożnej w naszej sportowej hierarchii i nic się na to nie poradzi. W półfinale pokonaliśmy Brazylię, ale  był to po pierwsze drugi garnitur Canarinhos, a po drugie gdy w tym samym czasie rozbijamy Związek Radziecki…

Po wielkim sukcesie w Kanadzie przyszły lata marazmu. W 1980 roku były jeszcze czwarte miejsca siatkarzy i laskarzy, potem był bojkot, a w 1988, po raz pierwszy od 1956 roku, nie wysłaliśmy na letnie igrzyska żadnego zespołu. Następnie nastąpił jeszcze jeden zryw – w 1992 roku w Barcelonie zdobyliśmy się na srebro naszej kadry piłkarzy, choć było to już w epoce śmiesznych turniejów młodzieżowych podniesionych do olimpijskiej rangi, przez co ten sukces nie robi zbytniego wrażenia.

Kilka miesięcy po tym ostatnim sukcesie urodziłem się ja, mogę zatem śmiało powiedzieć, że czekam całe życie na polski medal olimpijski w dyscyplinie drużynowej. Do Atlanty wysłaliśmy tylko siatkarzy. W wśród nich młodziutkich Zagumnego i Gruszkę – zebrane przez nich doświadczenie kończy listę pozytywnych aspektów tamtego turnieju.

W Sydney byli laskarze i koszykarki – z mizernymi wynikami, ale przynajmniej ilościowy postęp był. W Atenach znów regres ilościowy, ale za to powiało sukcesem gdy nasza kadra siatkarzy pokonała Serbię i Czarnogórę w pierwszym spotkaniu. Na tym niestety dobre akcenty się skończyły – przyszły porażki z Grecją i Francją, no i w ćwierćfinale natrafiliśmy na Brazylijczyków. Mecz ten zakończył się tak większość spotkań z udziałem siatkarzy Canarinhos w ostatnich latach.

W Pekinie mieliśmy już trzy ekipy. Występ naszych siatkarek można niestety odnieść do Coubertinowskiej zasady „udział jest najważniejszy”. Ciekawiej zaprezentowały się dwa pozostałe zespoły. Siatkarze trafili do bardzo mocnej grupy m.in. z Serbią, Brazylią i Rosją. Wyszliśmy z niej ulegając tylko Gibie i spółce. Po pokonaniu Serbów i Rosjan przejście Włochów wydawało nad wyraz realne. Po dwóch setach ćwierćfinału nasze nadzieje trochę przygasły, ale kolejny set był nasz. I kolejny, mimo dwóch piłek meczowych dla rywali także. Z resztą w tie-breaku też udało nam się obronić dwie piłki meczowe. Ale do przełamania nie doszło i za trzecim, a w sumie piątym podejściem siatkarze z półwyspu Apenińskiego zakończyli nasz udział w turnieju. Podczas tego tie-breaka rozpoczął się inny ćwierćfinał. W innej hali rzecz jasna, a także innej dyscyplinie. Był to mecz naszych piłkarzy ręcznych którzy pokonawszy w grupie Chorwację i zremisowawszy z Francuzami także złapali już Boga za nogi. Niektórzy wieszali już medale na szyjach podopiecznych Bogdana Wenty. Islandczycy okazali się jednak barierą nie do przeskoczenia. Potem były jeszcze jakieś bzdurne rozgrywki o miejsca 5-8. Tam pokonaliśmy Koreańczyków z południa i Rosjan i mogliśmy dumnie ogłosić piąte miejsce na Igrzyskach Olimpijskich. W Londynie gier o dalsze miejsca już nie będzie.

Spośród olimpijskich dyscyplin zespołowych wcale nie wspomniałem o piłce wodnej, bo po prostu nigdy żaden polski piłkarz wodny, ani żadna polska piłkarka wodna na LIO nie grała. Z resztą nikt nawet chyba tego nigdy nie oczekiwał. Podobnie jak w przypadku baseballu i softballu oraz dyscyplin które gościły na igrzyskach w czasach bardzo dawnych: krykieta, polo, rugby i lacrosse’a. Z resztą część z tych dyscyplin wypadła z programu olimpijskiego przed rokiem 1924.

Tylko raz wspomniałem o koszykówce – no cóż, koszykarki na igrzyskach były właśnie ten jeden wspomniany raz – w Sydney. Panowie zaś sześciokrotnie brali udział w olimpijskim turnieju  – w roku 1936 (4. miejsce), w latach 1960-72 oraz w 1980. Po za pierwszym występem wyniki były dosyć nieszczególne.

Jeśli chodzi o hokej na trawie to oprócz czwartego miejsca w Moskwie (gdzie obsada była jaka była), były jeszcze cztery niczym nie wyróżniające się występy. Jeśli chodzi o panie, to one były na LIO tylko raz. W Moskwie. Chyba wiadomo czemu.

Wracając jeszcze do zimy, czyli hokeja na lodzie – od debiutu w roku 1928 do roku 1992 Polacy tylko dwukrotnie opuścili olimpijski turniej. W 1960 (Squaw Valley) i 1968 (Grenoble). Jak graliśmy, to zajmowaliśmy miejsca z przedziału 6-11. No a od lat 90-tych zaczęliśmy się obsuwać w światowej hierarchii i o polskich hokeistach na igrzyskach nie ma dziś co myśleć. O hokeistkach także.

Polscy curlerzy, bądź curlerki na igrzyskach? Może kiedyś się doczekamy.

A teraz kilka słów o przyszłości. Tej najbliższej, czyli londyńskiej. Przede wszystkim liczymy na udział siatkarzy i piłkarzy ręcznych. Z ostatnich przetasowań w rankingu siatkarek wynika, że szansa na awans będzie tylko jedna i będzie bardzo ciężko. Ale przecież nikt nie będzie się poddawać przed walką. Na pewno nie poddadzą się też nasi laskarze, którzy dobrą postawą na Mistrzostwach Europy drugiej dywizji wywalczyli sobie udział w turnieju kwalifikacyjnym. Niestety tutaj kończy się lista naszych zespołów, które mają jeszcze jakiekolwiek szanse na udział w LIO Londyn 2012.

W ramach podsumowania statystyka medalowa. Najlepiej stoimy z piłką nożną – złoto plus dwa srebra. Dalej mamy siatkówkę, złoto plus dwa brązy, i piłkę ręczną – jeden brązowy medal. Te 7 medali stanowi 2,5% naszego dorobku medalowego wszech czasów. Stąd wynika, że co czterdziesty medal zdobywamy w dyscyplinie zespołowej. Czyli oczekiwanie na kolejny przez dwadzieścia lat to dużo. Dużo za dużo.


pubsport.pl
Paweł Kazimierczyk

Wrocławianin, student Wydziału Mechanicznego Politechniki Wrocławskiej. W styczniu 2010 rozpocząłem prowadzenie bloga olimpijsko.blox.pl. Grudzień tegoż roku przyniósł mi zaproszenie do PubSportu, kolejna zima zaowocowała z kolei przeniesieniem bloga do serwisu naTemat.pl, gdzie można mnie znaleźć pod adresem pawelkazimierczyk.natemat.pl.
Pisuję o wielu dyscyplinach. Być może wygląda to tak, że myślę, że znam się na wszystkim, ale sądzę, że przeboleję taką opinię i będę robił swoje. Największe emocje wzbudzają we mnie zawody w których sportowcy występują pod barwami narodowymi, stąd też ogromna fascynacja imprezą jaką są Igrzyska Olimpijskie. Przy czym wobec tych wszystkich rozgrywek niemal zawsze w ślepej kibicowskiej naiwności wierzę w sukces tych pod biało-czerwonym sztandarem.

http://pawelkazimierczyk.natemat.pl