Olimpijskie sanki: Szósty medal włoskiego Kanibala?

Saneczkarstwo to jedna z tych zimowych dyscyplin olimpijskich interesująca tak niewielu, która mnie interesuje tak bardzo.

Już w dniach 8-9 lutego rozegra się pasjonująco zapowiadająca się walka o medale w męskich jedynkach. Podczas igrzysk w Vancouver triumfował Felix Loch, niszcząc marzenie Armina Zöggelera o zdobyciu złotego medalu na trzecich kolejnych igrzyskach i wyrównaniu osiągnięcia Georga Hackla z Albertville (1992), Lillehammer (1994) i Nagano (1998). Także tym razem faworytem będzie Loch, który wygrał dwie ostatnie edycje mistrzostw świata, ale nie można go traktować jako murowanego kandydata do złota. Apetyt na wygrywanie wciąż ma Zöggeler, który swój pierwszy olimpijski medal zdobył 20 lat temu w Lillehammer (brązowy). Włoch z każdych igrzysk, w których startował wracał z medalem (dwa złote, jeden srebrny i dwa brązowe).

Zöggeler, zwany Kanibalem ze względu na obłędną zwycięską serię i długowieczność (aż 10 razy w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata plasował się na pierwszym miejscu, w tym sześć razy z rzędu na przestrzeni sezonów 2005/2006-2010/2011) po igrzyskach w Vancouver wygrał mistrzostwa świata w 2011 roku, a rok później sięgnął po brązowy medal. W tym sezonie zawsze jeżdżący z żelazną konsekwencją, zimnokrwisty król sanek w Pucharze Świata zwyciężył w Park City i Siguldzie. Te ostatnie zawody były zarazem mistrzostwami Europy. Poza tym zajął drugie miejsce w Winterbergu i Königssee. W klasyfikacji generalnej ostatecznie uplasował się na drugim miejscu, za Lochem, który triumfował w pięciu pucharowych zawodach, a poza podium znalazł się jedynie w Park City (w Siguldzie nie startował).

Trzecie miejsce zajął rodak Zöggelera, niespełna 21-letni Dominik Fischnaller, który wygrał inauguracyjne zawody w Lillehammer, a później jeszcze trzy razy znalazł się na najniższym stopniu podium. Za faworytów do medali trzeba też uznać rodaków Locha Davida Möller i Andiego Langenhana. Bardziej jednak tego pierwszego, który jeździ dużo równiej, a to przy rywalizacji złożonej z czterech ślizgów ma niebagatelne znaczenie. Z tego powodu presji może nie wytrzymać młody Fischnaller, który na dobrą sprawę dopiero rozpoczyna swoją karierę na najwyższym poziomie. Kto jeszcze? Zdecydowanie nie można skreślać Rosjanina Alberta Demczenko, dla którego będą to już siódme igrzyska olimpijskie (debiutował w Albertville w 1992 roku). Pytanie czy szalony, jeżdżący z niezwykłym rozmachem reprezentant gospodarzy, wicemistrz olimpijski z Turynu (2006), jest w stanie wykonać aż cztery ślizgi na równie wysokim poziomie? Rosjanin to zupełne przeciwieństwo chłodnego, nie okazującego emocji przed startem Zöggelera. Uwaga też na Amerykanina Chrisa Mazdzera, który w tym sezonie stanął na drugim stopniu podium w Whistler i Park City oraz zajął czwarte miejsce w Igls.

U kobiet dominacja Niemek jest absolutnie niepodważalna. Zdobyły one 10 z 12 medali na czterech ostatnich igrzyskach. Na podium zdołały się wślizgnąć tylko dwie Austriaczki: Angelika Neuner (1998) i Nina Reithmayer (2010). Występ tej drugiej w Soczi był niepewny z powodu uszkodzenia więzadeł lewego kolana podczas zawodów w Königssee, ale Austriaczka we wtorek wzięła udział w treningu, więc najwyraźniej wygrała wyścig z czasem. Czy istnieje jakaś szansa, by po Silke Kraushaar (1998), Sylke Otto (2002 i 2006) oraz Tatjanie Hüfner (2010) złoto przypadło komuś innemu niż Niemce? W sporcie oczywiście niczego wykluczyć nie można, ale na zdecydowaną faworytkę wyrasta Natalie Geisenberger, brązowa medalistka z Vancouver. W tym sezonie wygrała ona siedem z dziewięciu pucharowych zawodów (w Siguldzie jej nie było), a z pięciu ostatnich mistrzostw świata wracała z medalem. Jest też Hüfner i ta trzecia Anke Wischnewski. Jeśli ktoś może przerwać niemiecką dominację to tylko Kanadyjka Alex Gough, brązowa medalistka mistrzostw świata z 2011 i 2013 roku. W tym sezonie ukończyła ona pucharowe zawody na drugiej pozycji, nie dopuszczając do tego, by całe podium zajęły Niemki.

W dwójkach prym wiodą Niemcy Tobias Wendl i Tobias Arlt oraz Toni Eggert i Sasha Benecken. Pierwsi w tym sezonie triumfowali w sześciu pucharowych zawodach, a drudzy w dwóch. Kto może spróbować zaszkodzić Niemcom? Bez wątpienia doświadczeni Włosi Christian Oberstolz i Patrick Gruber, którzy w Siguldzie, pod nieobecność Niemców, zostali mistrzami Europy. Uważać też trzeba na  mistrzów olimpijskich z Turynu i Vancouver Andreasa i Wolfganga Lingerów oraz ich rodaków Petera Penza i Georga Fischlera. Z dwóch ostatnich igrzysk Niemcy wracali z dwoma medalami: srebrnym Andre Florschütza i Torstena Wustlicha (Turyn) oraz brązowym Patricka Leitnera i Alexandra Rescha (Vancouver). Wydaje się, że dominatorzy ostatnich sezonów Wendl i Arlt powinni przywrócić właściwy niemiecki porządek, ale igrzyska rządzą się swoimi prawami. Dla Tobiasów będzie to olimpijski debiut, w sezonie 2009/2010 zajęli w Pucharze Świata czwarte miejsce, ale lepsze były dwa inne niemieckie duety. Na igrzyska pojechali ci, którzy zajęli pierwsze i drugie miejsce w końcowej klasyfikacji, czyli Florschütz i Wustlich oraz Leitner i Resch. Lingerowie byli dopiero na piątym miejscu, ale w Vancouver to oni cieszyli się ze złota. Florschütz i Wustlich zmagania olimpijskie ukończyli na piątej pozycji. Z kolei cztery lata wcześniej najlepsi w Pucharze Świata byli Leitner i Resch, ale na igrzyskach w Turynie zajęli dopiero szóste miejsce. Triumfowali Lingerowie, którzy sezon w Pucharze Świata ukończyli na szóstej pozycji.

Jeśli chodzi o typy na niespodzianki to u mężczyzn stawiałbym na Łotysza Martinsa Rubenisa i Austriaka Daniela Pfistera, odpowiednio piątego i ósmego zawodnika ubiegłorocznej próby przedolimpijskiej. Do tego trzeba dołączyć Kanadyjczyka Samuela Edney’a, który w tym sezonie zajął siódme miejsce w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. U kobiet zaskoczyć może Tatiana Iwanowa, rok temu czwarta w Soczi. W tym sezonie Rosjanka nie błyszczała, choć rozpoczęła od drugiego miejsca w Lillehammer, ale potencjał w niej jest olbrzymi (jest wicemistrzynią świata z 2012 roku). Uważać trzeba też na Amerykanki Erin Hamlin i Kate Hansen. W dwójkach akurat na igrzyskach wypalić mogą Andris i Juris Šicsowie, którzy cztery lata temu w Pucharze Świata zajęli siódme miejsce, a z Vancouver wrócili ze srebrnymi medalami. Ale jeśli chodzi o możliwość sprawienia niespodzianki to najbardziej liczę na Rosjan Władysława Jużakowa i Władimira Machnutina. W Oberhofie zajęli oni trzecie miejsce, w Altenbergu czwarte, a w Siguldzie zostali wicemistrzami Europy.

Olimpijskie zmagania odbędą się z Sliding Center Sanki na Krasnej Polanie. Mężczyźni w jedynkach o medale walczyć będą 8 i 9 lutego. W sobotę pierwsze dwa ślizgi o godz. 15:30 i 17:40 (wszystkie godziny według czasu polskiego), a kolejne dwa w niedzielę o tych samych godzinach. Panie swoje ślizgi wykonywać będą 10 (godz. 15:45 i 17:35) i 11 lutego (godz. 15:30 i 17:20). Rywalizacja w męskich dwójkach rozstrzygnie się w dwóch ślizgach 12 lutego o godz. 15:15 i 16:45. Wreszcie 13 lutego o godz. 17:15 odbędzie się pierwsza w historii sztafeta, w której weźmie udział po jednym mężczyźnie i kobiecie oraz męska dwójka. Faworytami będą Niemcy, ale trzeba też uważać na Kanadyjczyków, Amerykanów i Rosjan.

Najbardziej czekam na rywalizację w męskich jedynkach, bo ta zapowiada się najbardziej emocjonująco. Moim ulubieńcem jest tutaj Zöggeler, bo i od tego niezwykłego Włocha rozpoczęła się moja fascynacja sankami w olimpijskim sezonie 2005/2006. Będę mocno trzymał za niego kciuki, by także na szóstych swoich igrzyskach zdobył medal. W grudniu w Winterbergu Armin zaliczył 100. podium w karierze, a Park City święcił swój 56. indywidualny triumf w Pucharze Świata. 4 stycznia obchodził 40. urodziny, w piątek będzie chorążym reprezentacji Włoch podczas ceremonii otwarcia igrzysk, a w sobotę i niedzielę powalczy o kolejny medal do swojego skarbca.

Polskę w Soczi będą reprezentować Maciej Kurowski, Ewa Kuls i Natalia Wojtuściszyn oraz w dwójkach Karol Mikrut i Patryk Poręba. Będzie się działo, ale nie ma co się oszukiwać – Polacy w głównej roli nie wystąpią. Będę im oczywiście kibicował, bo mam wielki szacunek dla takiej grupki zapaleńców, jak saneczkarze czy bobsleiści, o których przeciętny Polak słyszy wyłącznie podczas igrzysk.


pubsport.pl
Łukasz Iwanek
Lubartów, w 2009 roku ukończył studia na kierunku Ekonomia. Od 2009 roku pracuje w portalu SportoweFakty.pl, najczęściej cytowanym serwisie internetowym. Pisze tam o tenisie, ale interesuje się też piłką nożną i wieloma innymi dyscyplinami, jak lekkoatletyka, siatkówka, pływanie czy sporty zimowe. Od 2007 roku prowadzi bloga Sportowa Publicystyka.
http://sportowapublicystyka.blox.pl